sobota, 14 maja 2016

Kardio

Lubicie Bollywood? Ja nie przepadam. Szczególnie, że moja ulubiona kategoria to jednak filmy dokumentalne. Do czego zmierzam? Postanowiłam pobiegać. Niestety lunęło, zrobiło się mega zimno, a ja mam już drugi dzień katar. Usiadłam do kopma jak wszyscy, którzy widzą za oknem taką pogodę i... zamiast odpuścić ćwiczenia poszukałam jakiegoś kardio do ćwiczenia w domu. Zupełnie przez przypadek przeleciałam kilka filmików i w końcu spodobał mi się ten:



Trenerka prosto z Indii, z typowym dla nich akcentem, jednak trening przyjemny. Nie za ciężki, a jednak idzie się rozgrzać i podnieść tętno. Jak macie 30 minut to polecam. Dziś miałam nieco więcej czasu, dlatego potraktowałam go jako rozgrzewkę do innego treningu. Na filmie ćwiczą całą ekipą. Poza tym wyświetlają się napisy następnych ćwiczeń i odmierzany jest czas. Kto zrobi proszę się pochwalić w komentarzach!

piątek, 18 grudnia 2015

Nie marnuj jedzenia

Już od jakiegoś czasu mówi się o Francji. Prawne uregulowanie kwestii związanych z wyrzucaniem jedzenia przez sprzedawców jest według mnie strzałem w dziesiątkę. Dzięki temu sklepy rozdają jedzenie potrzebującym i konkretnym organizacjom. Dzięki temu marnuje się jedynie niewielka jego część. Przynajmniej taką mam nadzieję. Jak to działa w Polsce? Obejrzyj ten filmik. Dowiesz się więcej.




czwartek, 17 grudnia 2015

Strefa komfortu

Progres ma miejsce jedynie wtedy, kiedy wychodzimy ze swojej strefy komfortu. Może nie dotyczy to wszystkich, ale na pewno większość ludzi musi się ze mną zgodzić. Zresztą nie są to moje słowa i wielu badaczy zgłębiło już temat na różne sposoby.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że siedzenie w miejscu jest wygodne, mało zaprzątające umysł i bezpieczne. Ale co się dzieje, kiedy zaczyna nam doskwierać nasze nudne i ubogie życie? Próbujemy zmienić nasze przyzwyczajenia czy otoczenie. I jest to najlepszy moment na opuszczenie ciepłego gniazdka jakie sobie uwiliśmy.

Zadanie to wcale nie jest łatwe. Może być nawet bolesnym doświadczeniem, a kiedy się nie uda staje się tragedią. Ale uwierz mi, że warto. Otwierają się oczy i nagle widzisz tak wiele... Ja przez kilka miesięcy zobaczyłam aż za dużo. Przytłoczyło mnie to i narobiło niezłych problemów. Wiem jednak, że z czasem będę wspominała ten rok z wdzięcznością jako ważną lekcję. Tylko dzięki temu sporo osiągnęłam i niektórzy są pod wrażeniem.

Czytając książki z zakresu psychologii zauważyłam, że większość ludzi myśli schematycznie, działa w ten sam sposób i nie chcą wychodzić ze swojej strefy komfortu. Stoją w miejscu, zarabiają mało i ciągle narzekają. Zajmują się wszystkim czyli niczym i najczęściej życie innych jest dla nich ważniejsze niż ich własne. Nic dziwnego, że nie są w stanie osiągnąć wyżyn.

Druga grupa to osoby o otwartym umyśle, które nie zawahają się zmiany. Ich mentalność jest zupełnie inna. Potrafią zadziałać schematycznie, ale często wykorzystują zupełnie inne drogi do osiągania swoich celów. Dlatego jedni są biedni,a drudzy bogaci jak pisze T. Harv Eker.

Zatem bierzmy się do roboty i zmieniajmy nasze życie bo warto!



EDIT 18.12.2015
No i proszę. Opublikowałam wpis, a kolejnego dnia Maja nakręciła na ten temat filmik. Polecam:



czwartek, 3 grudnia 2015

Wielkości porcji

Odkąd pamiętam wiele osób mówiło mi, że talerze które miały średnicę 30 cm, dziś mają 45. Naukowcy w laboratoriach oraz psychologowie cały czas współpracują z branżą spożywczą i wciskają nam coraz więcej. Firmy na tym zarabiają i udają, że tak powinno być. Czytałam ostatnio książkę, gdzie autor (jeden z psychologów Uniwersytetu Cornela) pokazuje jakie sztuczki wykorzystuje, abyśmy jedli więcej i kupowali chętniej. Książka ("Beztroskie jedzenie") powędrowała dalej, aby uświadamiać. Zapomniałabym o całej sprawie, gdyby nie dzisiejsze zakupy. Osiedlowy sklep. A raczej sklepik. Częściowo samoobsługowy. Kiedy przechodzi się przez niego nie da się ominąć regału z... chipsami. Na wysokości rąk, nieco poniżej wzroku światło odbija się od kolorowych torebek. Na ogół przechodzę tamtędy obojętnie. Dziś natomiast zaskoczyły mnie nowe, zupełnie inne opakowania i na moment się zatrzymałam. Zaczęłam czytać.

Odkąd pamiętam mała paczka była prostokątna i miała 27 g. Była to standardowa porcja dla jednej osoby. Potem za porcję zaczęto uważać okrągłe 30 g., a od jakiegoś czasu widziałam czasem 35 g. Dziś jednak mała paczka jest kwadratowa (co przykuło moją uwagę) i posiada średnią porcję 40 g. Małych paczek nie ma, zatem średnia ją zastąpiła. Najprawdopodobniej cena jest też większa.

Producenci sprzedadzą więcej czyli zarobią więcej. Co jednak z nami? Pomijam aspekt zdrowotny jedzenia "przekąsek". Martwi mnie jednak tendencja do przejadania się wszystkim. Według wielu osób (mnie w to nie wliczaj) kurczak jest zdrowy i można zjeść pół kilo za jednym razem. Dla wielu trzy jogurty pomimo cukru i sztuczności też są zdrowe, choć lata temu jedliśmy tylko jeden. 

Nie idźmy w ilość. Idźmy w jakość. Niezależnie co wkładamy do naszych ust, bo wszystko można "przedawkować".

poniedziałek, 30 listopada 2015

Motywacja

Kiedy coś się wali, to wali się wszystko! Znacie? Ja aż za bardzo. Przeżyłam chyba najgorszy miesiąc w tym dziesięcioleciu. Może w życiu... Sama nie wiem, ale wspominam to bardzo źle. Jest to czas, kiedy w pewnym momencie przestaje Ci się chcieć. No bo jak długo można walczyć, kiedy nie przynosi to nic pozytywnego i jest coraz gorzej. Ciężka sprawa.

Ostatecznie los zadecydował za mnie. Choroba przykuła mnie na kilka dni do łóżka, przez co po prostu odpuściłam całą walkę. Odpoczęłam przez ten czas i zrozumiałam, że nie można się ciągle starać, ciągle motywować i walczyć. Jesteśmy żywymi organizmami, które potrzebują od czasu do czasu świętego spokoju, czyli po prostu odpoczynku. Nie możemy starać się 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. To jest po prostu fizycznie nie możliwe. W tym czasie odpuściłam treningi, zajęłam się przyjemnościami i odpoczęłam choć trochę od pracy. Faktem jest, że nieco się rozleniwiłam i muszę na nowo wejść w lepsze jedzenie i systematyczne ćwiczenie, ale wiem, że z czasem znów będę pędziła.

Nasze życie działa jak sinusoida. Nie możemy być na topie cały czas. Nasza forma, dieta, dom czy praca mają prawo do kryzysu i odpoczynku. Nawet największa motywacja nie pomoże. Ja próbowałam się zmusić pomimo sił. W końcu organizm zastrajkował, bo potrzebował nowej energii. Kiedy po wolnym znów przekroczyłam mury firmy w której pracuję, wszystko potoczyło się inaczej. Emanowałam spokojem, co przełożyło się na osoby z którymi pracuję. Ich pozytywne zachowanie wpływa teraz na mój dobry humor, a to z kolei daje mi motywację do działania.

piątek, 23 października 2015

Nie samą szamą człowiek żyje

Ostatnimi czasy dużo siedzę przed komputerem oglądając vlogi. Gotując czy sprzątając nie tracę czasu, a widza i motywacja rosną w siłę. Przez to zaniedbałam nieco czytanie (na komputerze). Natchnęło mnie jednak, żeby z racji wolnego dnia (w końcu!) coś tu skrobnąć i nieco poczytać. Kolejnym motywatorem jest kill bill i jego komentarz pod jednym z moich wpisów. Uwielbiam ćwiczenia, które możecie tam znaleźć. Mimo to od miesiąca robię coś zupełnie innego. Trzy razy w tygodniu biegam, a pomiędzy tym ćwiczę z obciążeniem. Do tego rower do pracy 4 razy w tygodniu (około 50 km) i jeden dzień wolnego.

Bieganie!
Do tej pory wychodziłam z domu jakby to była dla mnie kara. Po przeczytaniu polskiej książki, którą bardzo polecam: Szczęśliwi biegają ultra zakochałam się w bieganiu po górach. Nogi palą z każdej strony, a uśmiech od ucha do ucha, kiedy kończę trening. O widokach nie wspominając. Potem kilka kilometrów po asfalcie to jak spacerek po lesie. A dzięki temu, że mam góry na wyciągnięcie ręki trial stał się moją codziennością.  Nie udało mi się przebiec więcej niż 30 km, ale i tak uważam, że zrobiłam mega postęp. Czasem lekki trening zastępuje mi wyprawa górska na nowy szczyt. Przestałam chudnąć. Moje łydki mają mega mięśnie i po raz pierwszy zaczynam wyglądać sportowo.

Siłka?
Większość ćwiczeń wykonuję w domu, choć zdarzają się też treningi na siłowni z kettlami. Jednak własna mata daje zupełnie inny komfort. Do tego robię wiele ćwiczeń z obciążeniem własnego ciała albo ze sztangielkami. Kiedy przestanę widzieć progres przejdę na większe obciążenia, a ponieważ sprzęt mam w domu (odważniki, gryfy, ławki) to nie muszę się o nic martwić. I w końcu mogę się pochwalić bicepsem, a słabość moich rąk odchodzi w niepamięć.


Nie raz wrócę do fitnesowego "skakania". Lubię to i energia grupy na zajęciach bardzo mi się podoba. Mimo wszystko powyższe modyfikacje będą teraz moich najczęstszym treningiem. Nie straszny mi deszcz czy śnieg przy bieganiu (mam też świetne buty), a ciężary dają mega progres, co również mi się podoba. Kręgosłup jest nieźle odciążony, stawy nie bolą, a kości też mi podziękują. Na dzień dzisiejszy polecam WSZYSTKIE sportowe aktywności bez wyjątków. Dla starych i młodych, dla mężczyzn i kobiet!

piątek, 31 lipca 2015

Cena zdrowia

Na dzisiejszych zakupach dopadła mnie pewna refleksja, która ostatecznie zahacza o poprzedni tydzień.

Dyskont spożywczy. Mała mieścina w górach. Poza zwykłym, chemicznym asortymentem robią na miejscu bułki. Całkiem spore i mocno napakowane w środku. Ser, szynka, pełno warzyw i mega porcja majonezu. Cena: 2,5 za sztukę. Kupisz dwie i masz z głowy pierwsze i drugie śniadanie. Najedzony po uszy możesz udać się na szczyt góry albo po prostu do pracy. W sumie nie wychodzi drogo, a można się napchać na pół dnia.

Inne miasto. Otwarty stragan z warzywami i owocami. W sumie nieco taniej niż w marketach. Mimo wszystko kupując banany, czereśnie i borówki wydałam ponad 20 zł. Również starczy na dwa śniadania. Takie może nieco burżujskie szczególnie z tymi borówkami, ale naszła mnie ochota (od dawna tłumiona), a cena zdecydowanie niższa niż do tej pory. Jakbym tak jadła codziennie to bankructwo murowane :/ Dlatego nie dziwi mnie fakt, że M. Mosiejko je częściowo skrobiowe, gotowane posiłki będąc w PL. Sam ostatnio przyznał, że najlepiej jego cera wygląda na 100% surowym jedzeniu, ale niestety cena niektórych owoców w porównaniu do ziemniaków jest przerażająco wysoka. Musi sobie chłopak odpuścić i ja również.

Inny aspekt to żywność EKO! Nic z kupionych przeze mnie na straganie produktów nie miało certyfikatu, czyli było pryskane chemią, a do taniochy nie należały. Jakbym miała iść do sklepu w którym mają eko odpowiedniki to chyba bym wyszła z pustymi rękami. No i bądź tu człowieku mądrym. Chciałoby się żyć zdrowo, ale ceny produktów są nieadekwatne do naszych zarobków. Po raz kolejny czytałam ostatnio "Jeść przyzwoicie" Karen Duve. Opisuje ona swoją dietę pod wieloma różnymi aspektami. Przewija się także cena produktów z eko certyfikatem w niemczech. Zatem kupując warzywa i owoce w bio markecie dopłaca ona jedynie 20% ceny! U nas tylko banany w Lidlu mają małą różnicę. Ale co z tego jak prawie nigdy ich nie ma lub są już wykupione:/ Udało mi się je kupić dwa razy. Były mega słodkie i pyszne. A co z ziemniakami wysoko postawionymi w parszywej dwunastce? Kiedy cena tych pryskanych oscyluje wokół 50 czy 80 groszy, za te z certyfikatem trzeba zapłacić co najmniej 3 złote. To nasza rzeczywistość. Duve kwituje swoje bio obserwacje tak: jeżeli jesz dużo warzy i owoców, rzadko sięgasz po mięso, ser i słodycze wzrost wydatków jest niewielki (20%). Dopiero kiedy twoja dieta zostaje w tych proporcjach odwrócona musisz się liczyć ze 100% wzrostem kosztów. U nas... niewykonalne.

Po raz kolejny rzeczywistość przygniotła mnie do ziemi i osłabiła moje poczucie racji w używaniu produktów eko. Na pocieszenie zostaje mi eko proszek do prania, który po raz trzeci już nabyłam w Rossmanie. Nie jest to może ideał, ale na pewno milion razy lepsze rozwiązanie niż znane marki, które uczulają i zalegają w naszych wodach.

A teraz zjem szejka bananowego i dosypię moje upragnione borówek.