Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRZEMYŚLENIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRZEMYŚLENIA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 sierpnia 2019

Dlaczego znów piszę

Czytając książki czy szukając informacji w internecie zdobyłam ogromną wiedzę. Jeszcze kilka lat temu szukałam, szukałam i szukałam. Teraz zdarza mi się to cały czas, jednak widzę, że moja głowa zaczęła przetwarzać wiedzę na rzeczywistość. Przez ostatni rok czy nawet dwa widzę więcej. Ma to swoje plusy i minusy. I największym jest dla mnie niezrozumienie innych ludzi. Przeszłam już kilka faz. Nie osądzam ludzi tak szybko, nie głoszę morałów i nie mówię co mają robić. Jeżeli ktoś przyjdzie po radę chętnie jej udzielę. Zdarza się to bardzo rzadko. A nawet jeżeli to po głębszym wejściu w temat widzę ścianę i nie mam już o czym mówić.

I takich ludzi mam 99%. Którzy inaczej niż ja postrzegają rzeczywistość i nie rozwijają się, aby pójść do przodu. Stoją w miejscu kiedy ja idę. A czasem mam wrażenie jakby się cofali.

Trochę to moja wina, bo przeprowadzka do nowego miejsca zabiera możliwość codziennego kontaktu z ludźmi z którymi się dogadujemy. I nie mam na codzień grona, które by mnie po prostu wysłuchało.

Wiedząc jak internet łączy fajnych ludzi sama chciałabym spotkać tych, którzy myślą podobnie jak ja i widzą to co ja. Którzy patrzą inaczej na codzienność i nie mają tak wielkich klapek na oczach jak ogół naszego społeczeństwa czy nawet świata. Już nie raz się o tym przekonałam i mam nadzieję, że to będzie kolejny raz.

środa, 7 sierpnia 2019

Sprzedaż książek - skupszop

Lubię czytać. Od dziecka tak było, bo udało mi się dorastać w domu z dużą ilością książek.
I pomimo, że rodzice nie mieli za dużo czasu na czytanie to jednak pokazali mi, że warto.
I od tamtej pory jestem molem książkowym. Moja edukacja do matury to głównie biblioteki
i okazjonalne czytanie książek z domowej biblioteczki. Na studiach miałam coraz więcej pieniędzy i swobody w ich wydawaniu. No i coraz częściej sama kupowałam książki. Myślę, że kilkaset tytułów to moja liczba.

Ale w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno chce ich tyle mieć. Przeprowadzka pokazała gorzką prawdę o ich objętości i co gorsza ciężarze.

Przejrzałam mój zbiór i wieeelką siatę z IKEA zapakowałam ksiąźkami i zaniosłam do biblioteki miejskiej. Było ich co najmniej 30, a może nawet więcej.

Po jakimś czasie pomyślałam jednak, że lepiej byłoby je sprzedać. Kiedy po roku robiłam kolejne czystki w mojej (znów za dużej) kolekcji usłyszałam o stronie skupszop. Sprzedałam prawie 20 książek i zarobiłam około 150 zł. Niby niewiele, ale jednak coś się zwróciło.
I przyznaję, że kupiłam potem kolejne książki. Minął kolejny rok. Ja przeczytałam m.in. "Tyranię wybory" o której ostatnio pisałam i spojrzałam inaczej na wiele spraw. Cały poprzedni rok to duża zmiana mojego postrzegania rzeczywistości.

Postanowiłam uporządkować regał z książkami, dokumentami i innymi tego typu rzeczami.
I po raz kolejny sprzedałam karton książek. Dostałam mniej, ale i tak cieszę się, że zrobiło się nieco miejsca.

Inaczej widzę też kupowanie. Nie potrzebuję całej ściany książek. Choć nadal mam ich wiele część miejsca przeznaczyłam na to co chcę przeczytać i wiem, że od razu je sprzedam.

A Tyrania? Idzie do innych. A kiedy do mnie wróci wyląduje w kolejnym kartonie do skupszop. Nie jest to wpis sponsorowany. A szkoda. Ale sprzedawanie tam dalej będę polecać. A może znacie jakieś inne internetowe skupy książek?

niedziela, 4 sierpnia 2019

Tyrania wyboru

"Co się zobaczy nie da się odzobaczyć"

Tak samo jest z informacją. Kiedy dowiesz się coś, co cię poruszy, nie da się przestać o tym myśleć. W długim okresie czasu bywa różnie, ale na początku jest to powiedziałabym nawet męczące.

Jakiś czas temu zacząłem świadomie patrzeć na pewne rzeczy czy ludzi w określonych sytuacjach. I kolejnym stopniem widzenia rzeczy innymi, niż nam się wydaje jest książka "Tyrania wyboru" Renaty Salecl. Pokazuje ona, że nasze wybory wcale nie są nasze i jest to poparte wieloma dowodami. Po prostu trzeba przeczytać!

Bo w gruncie rzeczy rzadko jesteś kowalem swojego losu, a wybory których dokonujesz nie dodają szczęścia twojemu życiu. Są z góry sterowane, aby uzyskać konkretne efekty w społeczeństwie.

Wiem też, że wiele osób przeczytało Tyranię i poleca innym. Tylko nic nie wynieśli z tej lekcji. Dalej żyją tak jak żyli. Jednym uchem wpadło, drugim wypadło. Ja sama czytam wiele książek i wiem, że kiedyś też tak robiłam. To było zaliczanie kolejnych pozycji z listy i zupełne wypieranie tego, co w nich jest. W poprzednich latach zobaczyłam więcej i w tym roku zmieniłam strategię. Mało książek kupuję, czytam po raz drugi, trzeci to co mam i sprzedaję. Świadomie ograniczam ilość informacji i książek. Moje wybory się zmieniły. Moje myślenie się zmieniło.

A następnym razem o tym gdzie ostatnio sprzedałam prawie 20 książek.

"Cukier, sól, tłuszcz"

Przeczytałam ostatnio kilka książek, które skłoniły mnie do wspónej konkluzji. Dziś opowiem o jednej z nich. Jej tytuł to "Cukier, sól, tłuszcz" Michaela Mossa. W podtytule mamy "jak uzależniają nas koncerny spożywcze".

I w zasadzie jest to próba pokazania, że ludzie chcieliby jeść i żyć lepiej, ale ostatecznie wygrywają pieniądze. Wiele jest bowiem przykładów zamiany tytułowych składników na coś lepszego. Różne firmy, nowe technologie, inwestycje w zdrowsze rozwiązania. A jednak po pewnym czasie zdobyta wiedza była (i na pewno jest) przekładana na zwiększenie cukru, soli i tłuszczu, a wszystko jednoznacznie doprowadza do jeszcze większych zysków gigantów spożywczych. Tylko czy firma "produkująca" jedzenie w fabryce może być nazwana spożywczą?! Jest to wysoko przetworzone i zupełnie nie odżywcze dla naszego ciała.

Szczególnie w epilogu rzuca się w oczy jak bardzo jest to dla pieniędzy. Osoby na wysokich stanowiskach, zarządzający dokładaniem cukru, soli i tłuszczu sami unikają wyrobów swoich firm. Nie jedzą ich wcale lub jedynie okazjonalnie stosując na co dzień bardzo mało przetworzone diety. Są szczupli, w dobrej kondycji fizycznej oraz zdrowotnej. Ich praca jednak polega na zwiększeniu zysków gigantów, a co za tym idzie na wciśnięciu w ludzi jeszcze większych ilości niezdrowego jedzenia i przekąsek. Nie mam im tego za złe. Sama chciałabym tyle zarabiać. Tylko co z tym zrobić?

Nic.

No i widzę grono oburzonych osób. Spokojnie. Dla was też coś mam.

Otóż większość tego co jem jest (według mnie oczywiście i nie musisz się z tym zgadzać) dobrym, naturalnym jedzeniem. Ale kiedy idę do sklepu widzę jak wiele ze sklepowych półek to nic nie warte śmieci. No i nie jest tak, że mam z tyłu głowy informacje, co jest dobre, a co nie jest. Tacy ludzie nie są świadomi. To media pokazują co powinniśmy jeść, a co nie. A potem idziesz do sklepu i kupujesz jednak śmieci. Niekiedy masz wyrzuty sumienia.

Nie!

To jest zupełnie coś innego. To jest totalne przestawienie się. Wyobraź sobie, że idziesz ulicą. Codziennie tą samą. I nagle po latach odkrywasz, że na tej ulicy są porozwieszane ozdoby świąteczne. A do tej pory ich nie widziałeś, pomimo, że cały czas się tam znajdowały. I teraz za każdym razem jak idziesz to je widzisz. Choć wcześniej były jakby niewidzialne.

Ja się tak czuję w sklepach lub rozmawiając z ludźmi. Widzę coś czego wielu nie widzi. Ta manipulacja, co mamy kupić, co mamy zjeść. I świadomie biorąc do ręki jakiś zapakowany w tonę plastiku produkt zdaję sobie sprawę jak bardzo jest to przetworzone i najczęściej odkładam z powrotem na półkę.

Jeżeli lubisz dziennikarstwo śledcze czy dokumentalne to polecam. A jak nie to dla świadomości działania przemysłu (nie tylko spożywczego) warto przeczytać.

A o manipulacji to jeszcze następnym razem. Bo to będzie kolejna książka o której chcę wspomnieć...

czwartek, 17 grudnia 2015

Strefa komfortu

Progres ma miejsce jedynie wtedy, kiedy wychodzimy ze swojej strefy komfortu. Może nie dotyczy to wszystkich, ale na pewno większość ludzi musi się ze mną zgodzić. Zresztą nie są to moje słowa i wielu badaczy zgłębiło już temat na różne sposoby.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że siedzenie w miejscu jest wygodne, mało zaprzątające umysł i bezpieczne. Ale co się dzieje, kiedy zaczyna nam doskwierać nasze nudne i ubogie życie? Próbujemy zmienić nasze przyzwyczajenia czy otoczenie. I jest to najlepszy moment na opuszczenie ciepłego gniazdka jakie sobie uwiliśmy.

Zadanie to wcale nie jest łatwe. Może być nawet bolesnym doświadczeniem, a kiedy się nie uda staje się tragedią. Ale uwierz mi, że warto. Otwierają się oczy i nagle widzisz tak wiele... Ja przez kilka miesięcy zobaczyłam aż za dużo. Przytłoczyło mnie to i narobiło niezłych problemów. Wiem jednak, że z czasem będę wspominała ten rok z wdzięcznością jako ważną lekcję. Tylko dzięki temu sporo osiągnęłam i niektórzy są pod wrażeniem.

Czytając książki z zakresu psychologii zauważyłam, że większość ludzi myśli schematycznie, działa w ten sam sposób i nie chcą wychodzić ze swojej strefy komfortu. Stoją w miejscu, zarabiają mało i ciągle narzekają. Zajmują się wszystkim czyli niczym i najczęściej życie innych jest dla nich ważniejsze niż ich własne. Nic dziwnego, że nie są w stanie osiągnąć wyżyn.

Druga grupa to osoby o otwartym umyśle, które nie zawahają się zmiany. Ich mentalność jest zupełnie inna. Potrafią zadziałać schematycznie, ale często wykorzystują zupełnie inne drogi do osiągania swoich celów. Dlatego jedni są biedni,a drudzy bogaci jak pisze T. Harv Eker.

Zatem bierzmy się do roboty i zmieniajmy nasze życie bo warto!



EDIT 18.12.2015
No i proszę. Opublikowałam wpis, a kolejnego dnia Maja nakręciła na ten temat filmik. Polecam:



czwartek, 3 grudnia 2015

Wielkości porcji

Odkąd pamiętam wiele osób mówiło mi, że talerze które miały średnicę 30 cm, dziś mają 45. Naukowcy w laboratoriach oraz psychologowie cały czas współpracują z branżą spożywczą i wciskają nam coraz więcej. Firmy na tym zarabiają i udają, że tak powinno być. Czytałam ostatnio książkę, gdzie autor (jeden z psychologów Uniwersytetu Cornela) pokazuje jakie sztuczki wykorzystuje, abyśmy jedli więcej i kupowali chętniej. Książka ("Beztroskie jedzenie") powędrowała dalej, aby uświadamiać. Zapomniałabym o całej sprawie, gdyby nie dzisiejsze zakupy. Osiedlowy sklep. A raczej sklepik. Częściowo samoobsługowy. Kiedy przechodzi się przez niego nie da się ominąć regału z... chipsami. Na wysokości rąk, nieco poniżej wzroku światło odbija się od kolorowych torebek. Na ogół przechodzę tamtędy obojętnie. Dziś natomiast zaskoczyły mnie nowe, zupełnie inne opakowania i na moment się zatrzymałam. Zaczęłam czytać.

Odkąd pamiętam mała paczka była prostokątna i miała 27 g. Była to standardowa porcja dla jednej osoby. Potem za porcję zaczęto uważać okrągłe 30 g., a od jakiegoś czasu widziałam czasem 35 g. Dziś jednak mała paczka jest kwadratowa (co przykuło moją uwagę) i posiada średnią porcję 40 g. Małych paczek nie ma, zatem średnia ją zastąpiła. Najprawdopodobniej cena jest też większa.

Producenci sprzedadzą więcej czyli zarobią więcej. Co jednak z nami? Pomijam aspekt zdrowotny jedzenia "przekąsek". Martwi mnie jednak tendencja do przejadania się wszystkim. Według wielu osób (mnie w to nie wliczaj) kurczak jest zdrowy i można zjeść pół kilo za jednym razem. Dla wielu trzy jogurty pomimo cukru i sztuczności też są zdrowe, choć lata temu jedliśmy tylko jeden. 

Nie idźmy w ilość. Idźmy w jakość. Niezależnie co wkładamy do naszych ust, bo wszystko można "przedawkować".

poniedziałek, 30 listopada 2015

Motywacja

Kiedy coś się wali, to wali się wszystko! Znacie? Ja aż za bardzo. Przeżyłam chyba najgorszy miesiąc w tym dziesięcioleciu. Może w życiu... Sama nie wiem, ale wspominam to bardzo źle. Jest to czas, kiedy w pewnym momencie przestaje Ci się chcieć. No bo jak długo można walczyć, kiedy nie przynosi to nic pozytywnego i jest coraz gorzej. Ciężka sprawa.

Ostatecznie los zadecydował za mnie. Choroba przykuła mnie na kilka dni do łóżka, przez co po prostu odpuściłam całą walkę. Odpoczęłam przez ten czas i zrozumiałam, że nie można się ciągle starać, ciągle motywować i walczyć. Jesteśmy żywymi organizmami, które potrzebują od czasu do czasu świętego spokoju, czyli po prostu odpoczynku. Nie możemy starać się 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. To jest po prostu fizycznie nie możliwe. W tym czasie odpuściłam treningi, zajęłam się przyjemnościami i odpoczęłam choć trochę od pracy. Faktem jest, że nieco się rozleniwiłam i muszę na nowo wejść w lepsze jedzenie i systematyczne ćwiczenie, ale wiem, że z czasem znów będę pędziła.

Nasze życie działa jak sinusoida. Nie możemy być na topie cały czas. Nasza forma, dieta, dom czy praca mają prawo do kryzysu i odpoczynku. Nawet największa motywacja nie pomoże. Ja próbowałam się zmusić pomimo sił. W końcu organizm zastrajkował, bo potrzebował nowej energii. Kiedy po wolnym znów przekroczyłam mury firmy w której pracuję, wszystko potoczyło się inaczej. Emanowałam spokojem, co przełożyło się na osoby z którymi pracuję. Ich pozytywne zachowanie wpływa teraz na mój dobry humor, a to z kolei daje mi motywację do działania.

piątek, 31 lipca 2015

Cena zdrowia

Na dzisiejszych zakupach dopadła mnie pewna refleksja, która ostatecznie zahacza o poprzedni tydzień.

Dyskont spożywczy. Mała mieścina w górach. Poza zwykłym, chemicznym asortymentem robią na miejscu bułki. Całkiem spore i mocno napakowane w środku. Ser, szynka, pełno warzyw i mega porcja majonezu. Cena: 2,5 za sztukę. Kupisz dwie i masz z głowy pierwsze i drugie śniadanie. Najedzony po uszy możesz udać się na szczyt góry albo po prostu do pracy. W sumie nie wychodzi drogo, a można się napchać na pół dnia.

Inne miasto. Otwarty stragan z warzywami i owocami. W sumie nieco taniej niż w marketach. Mimo wszystko kupując banany, czereśnie i borówki wydałam ponad 20 zł. Również starczy na dwa śniadania. Takie może nieco burżujskie szczególnie z tymi borówkami, ale naszła mnie ochota (od dawna tłumiona), a cena zdecydowanie niższa niż do tej pory. Jakbym tak jadła codziennie to bankructwo murowane :/ Dlatego nie dziwi mnie fakt, że M. Mosiejko je częściowo skrobiowe, gotowane posiłki będąc w PL. Sam ostatnio przyznał, że najlepiej jego cera wygląda na 100% surowym jedzeniu, ale niestety cena niektórych owoców w porównaniu do ziemniaków jest przerażająco wysoka. Musi sobie chłopak odpuścić i ja również.

Inny aspekt to żywność EKO! Nic z kupionych przeze mnie na straganie produktów nie miało certyfikatu, czyli było pryskane chemią, a do taniochy nie należały. Jakbym miała iść do sklepu w którym mają eko odpowiedniki to chyba bym wyszła z pustymi rękami. No i bądź tu człowieku mądrym. Chciałoby się żyć zdrowo, ale ceny produktów są nieadekwatne do naszych zarobków. Po raz kolejny czytałam ostatnio "Jeść przyzwoicie" Karen Duve. Opisuje ona swoją dietę pod wieloma różnymi aspektami. Przewija się także cena produktów z eko certyfikatem w niemczech. Zatem kupując warzywa i owoce w bio markecie dopłaca ona jedynie 20% ceny! U nas tylko banany w Lidlu mają małą różnicę. Ale co z tego jak prawie nigdy ich nie ma lub są już wykupione:/ Udało mi się je kupić dwa razy. Były mega słodkie i pyszne. A co z ziemniakami wysoko postawionymi w parszywej dwunastce? Kiedy cena tych pryskanych oscyluje wokół 50 czy 80 groszy, za te z certyfikatem trzeba zapłacić co najmniej 3 złote. To nasza rzeczywistość. Duve kwituje swoje bio obserwacje tak: jeżeli jesz dużo warzy i owoców, rzadko sięgasz po mięso, ser i słodycze wzrost wydatków jest niewielki (20%). Dopiero kiedy twoja dieta zostaje w tych proporcjach odwrócona musisz się liczyć ze 100% wzrostem kosztów. U nas... niewykonalne.

Po raz kolejny rzeczywistość przygniotła mnie do ziemi i osłabiła moje poczucie racji w używaniu produktów eko. Na pocieszenie zostaje mi eko proszek do prania, który po raz trzeci już nabyłam w Rossmanie. Nie jest to może ideał, ale na pewno milion razy lepsze rozwiązanie niż znane marki, które uczulają i zalegają w naszych wodach.

A teraz zjem szejka bananowego i dosypię moje upragnione borówek.

środa, 21 stycznia 2015

pusty kosz - blog

Zainspirowana wieloma osobami, których kosz na śmieci jest imponująco mały postanowiłam poruszyć tematykę śmieci, ekologii jak i pewnego nurtu, który dotyczy minimalizmu. I tu nasuwa się kolejne pytanie: czy ten blog do tego służy? Dokładam bowiem tematów zupełnie bezrefleksyjnie, co ostatnio mnie uderzyło i po raz pierwszy zawahałam się. Dałam sobie kilka dni na przemyślenie sprawy i ostatecznie doszłam do wniosku, że dodatkowy blog na którym na przykład raz w tygodniu napiszę tekst o mojej walce m.in. z odpadami będzie najlepszym rozwiązaniem.

Zapraszam zatem na pustykosz.blogspot.com


piątek, 9 stycznia 2015

ból głowy

Migreny rządzą się swoimi dziwnymi prawami i nie o nich dziś mowa. Chodzi mi bowiem o przeciętny ból głowy. Czy wiesz skąd się wziął? Czy umiesz sobie poradzić bez tabletki? Mnie się najczęściej udaje, ale potrzebna jest do tego pewna analiza przypadku.

Bo co to jest ten zwykły ból głowy? Najprościej mówiąc jest to sygnał organizmu, że coś jest nie tak. A my w swojej mądrości musimy dojść o co chodzi.

1. Jeżeli jesteś przeziębiony, a twoje zatoki zapchane towarzyszy ci pewnego rodzaju dyskomfort. Proponuję wodę z solą i przepłukanie zatok. Może nie pomóc od razu, ale po kilku dniach na pewno ból minie i przeziębienie także.

2. Ciśnienie. Można je regulować na kilka sposobów. Kiedy pogoda się zmienia ja lubię pobiegać. Dotleniamy mózg, serce i inne narządy. Jest to dla mnie idealny sposób na ból głowy. Jeżeli nie możesz wyjść pobiegać poćwicz pajacyki, poskacz na skakance lub wykonaj inne dotleniające ćwiczenia.

3. Wypij szklankę wody. Jest to rada podwójna. Woda rozrzedza krew i podwyższa ciśnienie.
Czasem jednak chodzi o dodatkowe odwodnienie, którego skutkiem jest ból głowy lub innych narządów. Uzupełnienie płynów jest więc kluczowym elementem walki z niechcianym problemem.

4. Odpocznij. 20 minut odpoczynku lub snu rewelacyjnie regeneruje i pomaga uporać się z różnymi problemami.

5. Zjedz owoc. Nie tylko nawadnia, ale także dostarcza wielu składników odżywczych i dodaje energii, kiedy długo zapominamy o posiłku i głowa dokucza nam z tego powodu.

 Nie pomogło? Pewnie jest jeszcze inna przyczyna. Postaraj się jednak przetrwać bez proszków. W końcu to nie migrena i na wierzę, że dasz sobie radę:)

poniedziałek, 5 stycznia 2015

NFZ

Czytam od jakiegoś czasu w internecie na temat nowych pakietów dotyczących lekarzy pierwszego kontaktu i specjalistów. Dziwi mnie fakt, że nie mogę iść po prostu do okulisty czy dermatologa. No i czemu pacjent chory na raka szybciej umrze niż dostanie się do lekarza?! Stoi to na głowie jeszcze bardziej niż do tej pory. Myślałam, że służba zdrowia już bardziej zachorować nie może. A jednak nie miałam racji ja i wielu innych zatroskanych obywateli.

Po szybkim podniesieniu ciśnienia ochłonęłam (co innym się nie zdarza:/) i zaczęłam się nieprzeciętnie zastanawiać nad zupełnie innymi sprawami. Czemu ja mam chorować i chodzić do okulisty. Poszłam kilka lat temu. Dostałam okulary i zapewnienie, że co jakiś czas będę potrzebowała nowych, bo wzrok się przyzwyczai. Więc go nie przyzwyczajam jak nie muszę i nie potrzebuję mocniejszych okularów. Ale rzadko ludzie postępują w ten sposób i okuliści zacierają ręce z radości. A dermatolog... miałam problemy skórne kupowałam specjalnie dla mnie robione na zapleczu apteki kremy przygotowywane z recepty od rzeczonego. Wiele lat to trwało, a skóra jak była chora tak była. Poprawiało się na moment, a bez kremu nie dało się żyć. Zmieniłam dietę i większość problemów zniknęła, do dermatologa nie chodzę i specjalnych kremów nie kupuję.

A rak. Na szczęście daleko mi do tego typu choroby. I może się mądrzę, ale co ludzie robią, żeby być zdrowymi? Piszą listy z pretensjami do ministerstwa. Oni chcą się szybko dostać do specjalisty, iść na operację, dostać chemię, stracić włosy i czekać na cudowne ozdrowienie. Według mnie nie tędy droga. Ilość negatywnej energii i jadu co do polityków można przełożyć na zdrowsze życie i uniknięcie choroby. Zamiast pisać listy idź poćwicz aeroby i wzmocnij core. Zamiast iść na operację zjedz dużo roślinnego jedzenia i nawodnij się, zamiast chemii ożyj eko kosmetyków, zamiast utraty włosów wypocznij i naładuj się pozytywną energią. Mogę tak mnożyć i mnożyć, liczby są przecież nieskończone. I nie chodzi mi o ignorowanie państwa, polityki i społeczeństwa. Chodzi mi o zdrowy rozsądek. Skoro ktoś zachował się głupio czemu ja tez mam tak robić. Wolę zająć się czymś co mi przyniesie korzyści, zamiast zadręczać wszystkich złymi emocjami. One prowadzą do mutowania komórek i chorób. I o to chodzi ministrowi i NFZ. Żebyśmy byli chorzy. Zrób im kawał i wyzdrowiej :)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Ewa Chodakowska

Ten przewrotny tytuł sugeruje jedno. Ćwiczenia! Tak, a zarazem nie. Zacznijmy zatem od początku. Ewa Chodakowska proponuje wiele zestawów ćwiczeń, zdrowszą dietę, generalnie promuje pozytywne wybory i aktywne życie. Nie ze wszystkim się oczywiście zgadzam, bo mięso to nie mój świat, ale ona i inne trenerki promują ostatnimi czasy PRZEMIANĘ. Każda z nich opowiada, że dzięki niej zmienimy nasze ciało na niezłe ciacho i będziemy się super czuć. Czyżby po latach w końcu polki odkryły magiczny środek i każdy schudnie i utrzyma wagę?

I tu wkraczam do akcji JA. Od dziecka mieściłam się w normie BMI, raz wyżej raz niżej, ale wyglądałam jak "pączek w maśle". Moja figura i uroda nie pomagały mi wyglądać szczuplej. Buzia zawsze była okrągła jak "księżyc w pełni", a uda tak szerokie, że nic tego niestety nie maskowało. Wyglądałam źle, grubo i byłam mega niezadowolona. Dziś według BMI mam niedowagę. Nadal wyglądam źle (choć o niebo lepiej), bo poziom tłuszczu w organizmie jest wysoki, a mięśni nie za dużo. Nigdy nie będę Chodakowską czy inną Lewandowską, bo figura nie taka. Mimo to postanowiłam zawalczyć o zredukowanie 1/3 mojej tkanki tłuszczowej i zbudowanie mięśni.

NIE MA METODY CUD. Żadna ze znanych mi trenerek, dietetyczek czy innych osób zajmujących się zdrowiem nie ma magicznej metody. Po trzech miesiącach diety i regularnych ćwiczeń (6 razy w tygodniu) wiem już o co w tym wszystkim chodzi. Gdybym jednak wiedziała to 15 lat temu dziś byłabym zupełnie innym, szczęśliwszym człowiek. DO JASNEJ CIASNEJ CZEMU NIKT NAM TEGO NIE MÓWI!!!!!!?????????????


1. DIETA
Restrykcyjne diety są do dupy! Ja przytyłam dzięki odchudzaniu 10 kilo.
Obliczyłam na internetowym kalkulatorze, że przy moim wzroście, wadze, aktywności fizycznej i pracy potrzebuję między 2100 a 2300 kcal dziennie. Jeżeli jednego dnia zjem więcej drugiego mam pełny brzuch i do południa jem zdecydowanie mniej. Wychodzi na zero, choć rzadko to stosuję.
Chcąc schudnąć od tej liczby trzeba odejmować! Nie przekraczam 2000, a najczęściej jem około 1800. Nie jest to wcale mało. Przez pierwszy miesiąc siedziałam z kalkulatorem i codziennie podliczałam moje menu. Teraz już mniej więcej wiem co i jak, czasem sobie pomogę grzebiąc w internecie, ale ogólnie mogę powiedzieć, że orientuję się ile jem i świadomie wkładam to do ust.
Wychodząc ze znajomymi zamawiam sałatkę, piję herbatę i nikomu nie przeszkadza, że oni w tym czasie jedzą ogromną pizzę mięsną i popijają piwem. Świat idzie do przodu.
Wczoraj byłam na bankiecie. Raki, kawior, piękne babeczki i kanapki ze wszystkim co się tylko da, ciasta i ciasteczka. A dla mnie... ogromny półmisek owoców. Najadłam się świeżych malin, kiwi, melonów, pomarańczy i grejfrutów. Żyć nie umierać.

JAK JEŚĆ, ŻEBY NIE BYĆ GŁODNYM. Na początku organizm się przestawia, ale po kilku dniach jest już ok. Podzieliłam kalorie na cały dzień. Wiedziałam, że jak zjem duży obiad i zabraknie kolacji to coś sobie  i tak znajdę w lodówce i zjem więcej. Dlatego to co najbardziej mi się marzyło zostawiłam na popołudnie/wieczór. Nasze grzechy w diecie to nie problem z ciałem, ale z głową. To ona nas nakłania do niezdrowego i dodatkowego jedzenia. U mnie uaktywnił się tak silny motywujący głos, że prawie zapomniałam, że jestem na diecie co u mnie oznacza głównie obcięcie kalorii bo i tak większości niezdrowych rzeczy nie jem od dawna. Głos pomógł, do tego czytam na temat jedzenia/sportu (o czym już niebawem) i idę do przodu jak burza.


2. SPORT
Niby człowiek się rusza, a jednak nie chudnie. Bo ruszać się trzeba z głową. Jak się ostatnio dowiedziałam, do wielu czynności potrzeba nam dobrych mięśni środka czyli brzuch plecy, generalnie te okolice. Stabilizują postawę i pomagają w wielu czynnościach. Jak się okazało pomagają też w wielu sportach na przykład podczas biegu... Mój brzuch zawsze wyglądał jak taka mała oponka. Niby wcięcie w tali jest, ale jakoś takie otłuszczone. Na rękach zero mięśni, nie byłam w stanie zrobić JEDNEJ pompki. Ok możecie się przestać śmiać. Mam jednak powód do dumy. Usiadłam i zastanowiłam się chcę osiągnąć i dobrałam do tego odpowiednie ćwiczenia. Najpierw 6 razy w tygodniu ćwiczyłam około 45 minut na rozwój całego ciała. Wzmocniłam ręce/ramiona, brzuch, plecy, pośladki i uda. Trwało to miesiąc. Z bólem, ale robiłam dziesięć damskich pompek. Byłam z siebie mega dumna. Do tego 3 razy w tygodniu po 10 km jeżdżę do pracy na rowerze i mam nieco kardio i 1-3 razy w tygodniu biegam 30 minut lub idę na basen. Przeorganizowałam mój dzień pod ćwiczenia. DAŁO SIĘ!!!
Po miesiącu znudził mi się zestaw i chciałam więcej na brzuch, dlatego ćwiczyłam 6pack z youtuba 35 minut prawie codziennie. Potem znów mi się znudziło. Znalazłam w sklepie płytę Ewy dla Shape i ćwiczę dalej.

3. EFEKTY
Ponieważ widzę rezultaty od pierwszego dnia, a dzięki ćwiczeniom czuję się lepiej to mój wewnętrzny motywator działa nie na 100%. On działa na 1000%. Schudłam 8 kg. Moja forma nigdy niebyła tak dobra. Jestem w stanie zrobić różne dziwne ćwiczenia, o których kiedyś nie miałam pojęcia, że w ogóle istnieją. Dzięki wzmocnieniu "środka" nie mam bólów pleców, które mi kiedyś dokuczały przy siedzeniu. A na brzuchu zaczyna być widać to o czym marzą wszystkie tygryski :D
Minusy też były. Po około miesiącu miałam straszne bóle łydek i kolan. Poczytałam i wyszło: za mało magnezu lub białka w diecie. Okazało się, że chodzi o białko, którego jadłam stosunkowo niewiele. Dodałam go nieco do codziennego menu i wszystko wróciło do normy.


Wygląda jakby to było takie proste. Jest i nie jest. Musisz mieć mega motywator. Jak nie chce ci się ćwiczyć to idź do trenera personalnego. Zapisz się na forum dla odchudzających. Rób to małymi krokami, jakby nic się nie działo. Ja ćwiczyłam 3 miesiące, żeby móc wykonać swoje pierwsze poprawne, normalne pompki, ale w końcu się udało i teraz mierzę wyżej. Nie spoczywaj na laurach. I pamiętaj, że zawsze będzie ktoś, kto ci pomoże. Masz doła? Pisz do mnie. Dzwoń do kogoś. Obejrzyj bloga z efektami, zdjęcia na instagramie. Cokolwiek. Posłuchaj żywej muzyki i zacznij się ruszać. Robisz to nie tylko dla siebie. Twoje zdrowe ciało ulży naszemu "cudownemu" NFZowi :D Ja przestałam się przeziębiać. Moja odporność poszybowała do góry jak rakieta. A muszę dodać, że mam na co dzień styczność z różnymi chorobami, choć nie pracuję w służbie zdrowia :P I nic mi nie jest, choć co roku na początku grudnia chorowałam.
Efekty są na wielu płaszczyznach i nie wyobrażam sobie zawrócić z tej drogi. Po prostu ja, zdrowie jedzenie i codzienne ćwiczenia. Jak ich nie wykonam to mi źle! Ty też się tak wkręcisz. Po prostu zacznij. Nie od stycznia, nie od jutra. Po prostu dziś. Weź teraz wygodne buty i zrób kilka pajacyków i przysiadów.

sobota, 22 listopada 2014

22.11.

Siedzę przy kompie. Jak zwykle czegoś szukam, coś czytam, coś oglądam. I tknęło mnie. Od dawna nie pisałam, a od kilku dni tyle się dzieje. Wcześniej po prostu dopadło mnie jesienne zniechęcenie. Po dzisiejszym pozytywnym dniu mam więcej energii i doznałam nagłej potrzeby napisania czegoś zupełnie nowego na blogu. Wszystkie przygotowane wcześniej wpisy muszą jeszcze poczekać.

Kilka podstawowych info:
- jeszcze bardziej kocham szpinak (szczegóły w następnym wpisie)
- odstawiłam kawę, gluten i jeszcze kilka rzeczy(szczegóły w następnym wpisie)
- duuużo ćwiczę
- kolejna dieta oczyszczająca(szczegóły w następnym wpisie)

W lecie robiłam badania. Moja wątroba ma się niby świetnie jak u niemowlaka i krew genialna płynie w mych żyłach, ale jednak chcę więcej. Mój wzdęty brzuch, bóle tu czy tam nie uważam za konieczne w moim życiu. Chciałabym, żeby zniknęły. A one pojawiają się coraz częściej. Ból głowy od sporej ilości kawy nie dawał mi wytchnienia w październiku. Więc od dwóch tygodni nie piję kawy. Najgorsza migrena trwała pierwsze dwa dni, a potem nieco senność i osłabienie (choć może to z powodu pogody czyli spadku ciśnienia, ciągłych opadów, a przez to braku słońca). Od tygodnia nie jem też chleba, a od 4 dni żadnych mącznych produktów. To za sprawą diety?książki o której pisałam tutaj. Niby nie potrzebuję takiego oczyszczania, a jednak w końcu się zdecydowałam. O efektach już za kilka dni. Dieta trwa tydzień. Ja jestem po trzech dniach.

A ćwiczenia.... Od lipca/sierpnia ćwiczę regularnie. Na początku było to trzy razy w tygodniu. Teraz jest to sześć dni. Ćwiczę w domu głównie z YouTube bo po prostu jest tam mnóstwo szybko dostępnych filmików. Najpierw robiłam tzw. ABS czyli ogólnorozwojówkana wiele partii ciała. Ponieważ trwało to około trzech miesięcy uznałam, że muszę się zająć moim nie tylko wzdętym od jedzenia brzuchem, ale i tłuszczykiem, który się znajduje pod skórą. Od kilku dni wypruwam siódme poty z Jillian Michaels i jej programem na sześciopaka. Poza tym stale trzy razy w tygodniu jeżdżę do pracy na rowerze i raz w tygodniu biegam lub jadę na basen.

Przez to, że widzę efekty to wkręciłam się w sport na maksa. Jak pominę trening to czegoś mi brakuje. Czasem mam ochotę na coś jeszcze wieczorem. Nie sądziłam, że tak o pokocham. Schudłam sześć kilo i zbudowałam nieco mięśni :D Sama jestem w szoku, bo nigdy do tej pory tego nie doświadczyłam. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. A do tego ta pozytywna energia, którą miałam dziś w pracy nakręcają mnie na maksa. I tego życzę wszystkim czytelnikom. Pomimo braku słońca wysyłam do was słoneczne uśmiechy :):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):)

sobota, 25 października 2014

Krewetki

Chciałam zacząć od kilku nieprzyjemnych inwektyw na temat ludzi. Powstrzymam się jednak. Napiszę najprościej jak się da.

RYBY I OWOCE MORZA TO TEŻ MIĘSO

JEŻELI MÓWIĘ, ŻE NIE JEM MIĘSA TO NIE JEM WSZYSTKICH JEGO RODZAJÓW

Skąd się bierze ta niewiedza, żeby nie nazwać tego gorzej?

W XVIII wieku księża mieli dosyć poszczenia i dni bezmięsnych. Długo pewnie zastanawiali się, co by tu zrobić, aby Papież pozwolił im mimo wszystko jeść te "przysmaki". Któryś z biskupów wpadł na pomysł sięgania po ryby, a unikania innych gatunków mięsa. Aby jednak nie wzburzyć niefajnych emocji w wiernych Watykan dorobił do tej historii swoją teorię. "Od dziś ryby to nie mięso" rzekł Papież. I tak oto w piątki na obiad podaje się... mięso. Dziś już nikt nie zaprząta sobie tym głowy i jak zrobili z ludzi ciemnotę w XVIII wieku, tak my dziś sami z siebie robimy niedouczonych. Większość ludzi dary morza traktuje inaczej niż zwierzęta hodowlane przebywające na lądzie. Refleksji zero, rozumu również. A jak przyjdzie wegetarianin na obiad to serwuje się mu rybkę. Jak powie, że nie je to na stół wkraczają naleśniki z serem. Itd., itp. Można pisać do u... śmierci. I puki żyję będę uczyła niedouczonych i będę szkoliła dalej tych co już wiedzą. Chyba taka już nasza rola.

piątek, 10 października 2014

minimalizm

Znalazłam kiedyś poniższą piramidę. Chciałam o tym napisać i zapomniałam. Dziś jednak odnalazłam obrazek i zamieszczam.





Kiedy to tylko możliwe staram się używać tego co mam.
Rzadko pożyczam. (Jako naród jakoś źle to postrzegamy.)
Zdarza mi się wymieniać z innymi. Jakoś ludzie mało entuzjastycznie do tego podchodzą. A szkoda, bo to wspaniałe wydarzenia.
Powyżej - kupowanie używanego. Uwielbiam to i korzystam kiedy tylko mogę z tej formy nabywania rzeczy.
Następny stopień to samodzielne robienie tego co nam potrzebne i na koniec dopiero kupowanie nowych rzeczy.

Jak najbardziej się z tym zgadzam. Chciałabym, żeby ludzie zrozumieli, że nasza planeta nie jest w stanie "wyprodukować" tych wszystkich nowych rzeczy. Poza tym to drogie. Po co się zaharowywać w pracy i potem kupować te tony badziewia. Sama mam wiele niepotrzebnych przedmiotów i wciąż jestem na drodze minimalisty. A mimo to jestem sporo przed ogółem współczesnego świata.

Ci, którzy jesteście daleko za mną, proszę dogońcie mnie choć trochę.

niedziela, 5 października 2014

Zimne miesiące

Jak słusznie ostatnio zauważyła Elena zbliżające się chłodne dni mogą powodować wzmożony apetyt. Nie mogę się z tym nie zgodzić. Wielokrotnie bowiem sama miałam podobne odczucie. Mimo brzydkiej pogody i temperatury spadającej prawie do zera ja jednak czuję się zdecydowanie inaczej. Tej jesieni uczucie zimna i zbliżającego się wielkimi krokami nowego roku jest dla mnie inne niż zwykle. Odkąd odstawiłam w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach biały cukier, sklepowe słodycze i ogólnie dosładzane produkty czuję się o niebo lepiej. Przez wiele lat bowiem zmagałam się ze słabym krążeniem i nawet w trzydziestostopniowym upale potrafiłam mieć lodowate dłonie i stopy. Często latem musiałam spać w skarpetkach i ludzie nie potrafili tego zrozumieć. Ja również. Czym bardziej odstawiałam przetworzone, kupne produkty tym moje ciało miało się lepiej. Nie mam już wilczego apetytu wraz ze zmianą pór roku i choć prawdziwej zimy jeszcze nie mamy, to ja już widzę różnicę. Ciekawe zatem co będzie za kilka tygodni i miesięcy kiedy nadejdą minusowe temperatury. Obym mogła się pochwalić podobnymi spostrzeżeniami. Ale o tym przekonamy się za jakiś czas.

sobota, 4 października 2014

Trening

Całe życie się człowiek uczy, dowiaduje czegoś nowego. Całe życie pewne zdarzenia rodzą swego rodzaju konsekwencje. Zaczęło mnie zastanawiać ile ćwiczą "gwiazdy", że się tak wyrażę fitnessu. Z nazwiska mogłabym wymieniać bez końca. I polki i zagraniczne trenerki i oczywiście trenerów. Inaczej to pewnie jest w męskim "świecie", inaczej kiedy ruszają się kobiety. No przynajmniej ja mam takie wrażenie. Ale konkludując mogę powiedzieć: NIE WIEM. I tyle. Może zgłębię kiedyś ten temat. Może uda mi się dogłębnie odpowiedzieć na powyższe pytanie. Ja jednak w dniu dzisiejszym skupię się na sobie. Może dla jednych nieco egoistycznie, ale dla innych pozytywnie, że analizuję sytuację. W każdym bądź razie krótkie podsumowanie mojej aktywności i wnioski jakie mi się nasunęły.

Poniżej przedstawiam różne dyscypliny i miesięczne "osiągnięcia":

BASEN 1 km
ROWER 150 km
BIEG 25 km
FITNESS 4 h
MARSZ sama nie wiem, ale na pewno nie mam zupełnie siedzącego trybu;

Ponieważ rowerem dojeżdżam do pracy przez większą część roku, a latem mam dodatkowe wycieczki to średnia jest całkiem fajna. Cóż jednak, kiedy na inne dyscypliny trzeba wygospodarować czas i chęci? Różnie, ale raczej kiepsko. Basen, który szczerze kocham leży. Bo trzeba dojechać, zapłacić, przebrać się, wysuszyć... Wymówek od groma. Muszę się ogarnąć i to zmienić. Bieganie jakoś idzie. Tylko, że ja krótkodystansowiec jestem. Biegam często, ale strasznie mało. Mój cel to wydłużenie dystansów!
Chodzę przeciętnie. Raz baaaardzo dużo, raz mniej. Ale góry pozwalają się ruszyć i nie mogę powiedzieć, że ciągle siedzę. Nie jest źle, ale zawsze może być lepiej ;)

No i ten nieszczęsny fitness. Czasem się zmotywuję i poćwiczę. Ale to "czasem", to jednak za mało. Dlatego tak myślę o tych "gwiazdach". Ile to optymalnie, ile to ok, ile to właściwie? No ile. Hmm... a jakby tak ćwiczyć 6 razy w tygodniu. Treningi mają od 30-50 minut. I taki trening zrobić praktycznie codziennie. Niezłe wyzwanie. Tego jeszcze nie próbowałam. Wygrzebałam płytę Chodakowskiej, którą kiedyś kupiłam i ruszyłam do boju. Ćwiczę już trzy dni i daję radę. Jeszcze trzy. Dam radę. A może ktoś poćwiczy ze mną?
Takie małe wyzwanie proponuję. Sześć dni aktywności. Dla jednych długie spacery, dla innych bieg, albo jeszcze coś innego. Ale bez przerwy, żeby znów nie osiąść na laurach!!!

I mam ciekawostkę. Czasem zaglądam na hellozdrowie. I w taki oto sposób znalazłam kompendium dla wielbicieli fitnessu w domu. Różne filmiki z krótkimi opisami. Dla zaawansowanych i dla początkujących. Polskie i zagraniczne "gwiazdy". Dostępne tutaj. Żadna to reklama. Po prostu chcę Cię zachęcić do aktywności. Z doświadczenia wiem, że jak trenerka nie spasuje to nie chce się ćwiczyć. Dlatego warto poszukać innej.

I w taki oto zawiły sposób dobrnęłam do końca pewnej myśli, która mam nadzieję przynajmniej częściowo zrewolucjonizuje moje wieczne wymówki pod tytułem: JUTRO. O wynikach będę na bieżąco informowała.

środa, 1 października 2014

Miesiąc bez...

Jak mam czas to czytam. Różne blogi, artykuły, książki. Czerpie z nich wiedzę i inspiracje. Tak też stało się po dogłębnej analizie tego artykułu na blogu "wolnego". Moja motywacja sięgnęła zenitu. I pomimo, że w pierwszej kolejności chodziło o zminimalizowanie używania samochodu, ja postanowiłam przez miesiąc nie kupować NIC do mojej garderoby. Żadnych ubrań, butów i dodatków. Po prostu zero. Wolałam przeznaczyć te pieniądze na coś innego i zrobić detoks moim zachciankom. We wspomnianej wyżej intencji nie chodziło o całkowitą rezygnację, a jedynie o dogłębną analizę za i przeciw. Bo są sytuacje, kiedy jazda samochodem wydaje się być jedynym rozsądnym wyjściem. Ja z moją sytuacją czułam się podobnie. Dopuszczałam możliwość kupienia czegoś, co ma ogromną obniżkę ceny i na pewno będę zadowolona z zakupu. Jednak po kilku wypadach "na ciuchy" doszłam do wniosku, że za miesiąc czy dwa też mogę iść i spróbować TO kupić.

Ostatecznie przez ponad 30 dni nie kupiłam nic! I jak na razie nie spieszy mi się z tym. Ponadto nie mam wcale ochoty iść również po inne rzeczy, nie związane z ubraniami, o których jeszcze miesiąc temu intensywnie myślałam. Jedyną  potrzebą jest filtr do wody. Przestanę kupować tą w wielkich baniakach do codziennego picia.

Polecam taki eksperyment każdemu. Człowiek nie traci czasu na łażenie po sklepach i przede wszystkim nie marnuje pieniędzy. Nagle można odłożyć pewną sumę i jest ona zdumiewająco wysoka. Co dalej? Jeszcze nie wiem, ale na pewno coś wymyślę. Albo ktoś mi podpowie...

piątek, 19 września 2014

Życie jak w Madrycie

Nie!
Niestety nie.
Tak się oto złożyło, że zostałam jaśnie oświecona i wiem, że życie do lekkich czynności nie należy.
Zostałam bowiem oświecona odnośnie diety i już spieszę wyjaśniać, że człowiek to nie zwierzę, jeść musi, ale i myśleć musi co na talerz kładzie.
Ostatnimi czasy zajmują mnie nie diety, a liczenie kalorii. I co za tym idzie wiem już, że jak raz zaczynamy zrzucać tłuszczyk to nigdy się to nie skończy. Kilka tygodni liczenia kalorii. A potem się nie chce lub brak czasu i zaczynamy jeść więcej (czytaj za dużo) lub mniej zdrowo. Skurczył mi się żołądek, a dziś się przejadłam. Mam wzdęty brzuch od ilości jedzenia. Moja refleksja jest jedna. Jeżeli chcemy jeść rozsądnie, nie przytyć, a nawet schudnąć najlepiej liczyć. Nic więc dziwnego, że królową nauk jest matematyka. Już w starożytności wiele przedmiotów zaliczano jako odłamy matematyki. Takim oto sposobem zamierzam zmniejszyć mój napuchły brzuch i nikt mi nie powie, że się mylę. Raz zadziałało to i teraz zadziała. A ponieważ kocham liczby to nie będzie z tym problemu. I polecam ten sposób każdemu. Przynajmniej spróbujcie przez kilka dni. Nagle zdziwicie się jakie świństwa jecie i w jakich mega ilościach. Na papierze wszystko widać czarno na białym bez oszukiwania.

środa, 17 września 2014

Żołądek

Zaczęłam liczyć kalorie. O tym pewnie już nie raz słyszeliście. Do tego dużo sportu. A potem zupełne odwrócenie sytuacji. W „te dni” jestem osłabiona. Przed i po nic mnie nie łapie. A w trakcie okresu każdy chory obok mnie jest wyzwaniem. No i po miesiącu bronienia się przed infekcjami/katarami/chorobami przemęczone ciało odmówiło posłuszeństwa. Przez chorobę na tydzień zapomniałam o sporcie. Nawet wychodzenie z łóżka było wyzwaniem. Dwa dni nie podnosiłam się wcale. Przez ten czas nie miałam też siły jeść, a od leków było mi raczej nie za fajnie na żołądku. Po raz kolejny przekonałam się, że jest to idealny sposób na zrzucenie brzuszka. Jeden kilogram mniej w jeden tydzień. Tyle odnotowała moja domowa waga. Do tego skurczenie żołądka (szybciej czuję sytość, a przejedzenie mnie bardzo męczy) i ta lekkość. Nie fajnie jest się przeziębić, ale miłe zaskoczenie po kilku dniach rekompensuje złe samopoczucie i kiepski humor. Czym więc poskutkowało moje liczenie, a potem chorowanie? W sumie pięć kilo mniej. Po chorobie wróciłam do jedzenia i w tydzień nadrobiłam pół kilo, ale teraz waga stoi w miejscu.

Każdy biegacz wie, że czym mniejsza waga tym lżej się też biega. Podobnie z jazdą na rowerze. Kiedy mam wyładowany plecak i jadę męczę się podwójnie. Kiedy jadę bez bagażu czuję niezwykłą lekkość. Te kilka kilo mniej na moim ciele już robi różnicę. Ponieważ jeżdżę do pracy na rowerze i muszę mieć książki/ubrania/jedzenie ze sobą to pozbycie się ciężaru dużo zmieniło. Nawet wchodzenie po schodach jest lżejsze. Polecam każdemu zrzucenie odrobiny „boczków”.

A teraz zmieniając temat. Strączki. Warzywa oczywiście. Ostatnio przeczytałam, że podczas jedzenia strączków w naszym ciele wytwarza się jakaś substancja, która je rozkłada. Dzięki niej uwalniamy się od "gazów". Jeżeli jednak warzywa te są rzadkim gościem w naszej kuchni owa substancja nie jest wytwarzana. Dlatego też po długim czasie poszczenia na przykład od fasoli czy grochu mamy kłopoty z jelitami. Jednak codzienne spożycie tych cudownych warzyw pozwala nam unikać lub bardzo minimalizować nieprzyjemne dolegliwości. Od tygodnia jem je codziennie i faktycznie czuję różnicę. Ogromną. Wy też to poczujcie :D