Trenerka prosto z Indii, z typowym dla nich akcentem, jednak trening przyjemny. Nie za ciężki, a jednak idzie się rozgrzać i podnieść tętno. Jak macie 30 minut to polecam. Dziś miałam nieco więcej czasu, dlatego potraktowałam go jako rozgrzewkę do innego treningu. Na filmie ćwiczą całą ekipą. Poza tym wyświetlają się napisy następnych ćwiczeń i odmierzany jest czas. Kto zrobi proszę się pochwalić w komentarzach!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SPORT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SPORT. Pokaż wszystkie posty
sobota, 14 maja 2016
Kardio
Lubicie Bollywood? Ja nie przepadam. Szczególnie, że moja ulubiona kategoria to jednak filmy dokumentalne. Do czego zmierzam? Postanowiłam pobiegać. Niestety lunęło, zrobiło się mega zimno, a ja mam już drugi dzień katar. Usiadłam do kopma jak wszyscy, którzy widzą za oknem taką pogodę i... zamiast odpuścić ćwiczenia poszukałam jakiegoś kardio do ćwiczenia w domu. Zupełnie przez przypadek przeleciałam kilka filmików i w końcu spodobał mi się ten:
Trenerka prosto z Indii, z typowym dla nich akcentem, jednak trening przyjemny. Nie za ciężki, a jednak idzie się rozgrzać i podnieść tętno. Jak macie 30 minut to polecam. Dziś miałam nieco więcej czasu, dlatego potraktowałam go jako rozgrzewkę do innego treningu. Na filmie ćwiczą całą ekipą. Poza tym wyświetlają się napisy następnych ćwiczeń i odmierzany jest czas. Kto zrobi proszę się pochwalić w komentarzach!
Trenerka prosto z Indii, z typowym dla nich akcentem, jednak trening przyjemny. Nie za ciężki, a jednak idzie się rozgrzać i podnieść tętno. Jak macie 30 minut to polecam. Dziś miałam nieco więcej czasu, dlatego potraktowałam go jako rozgrzewkę do innego treningu. Na filmie ćwiczą całą ekipą. Poza tym wyświetlają się napisy następnych ćwiczeń i odmierzany jest czas. Kto zrobi proszę się pochwalić w komentarzach!
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Treningi zimą
Wiem, że było zimno. Wiem, że było mokro, ciemno i paskudnie. Nie odstraszyło mnie to jednak od jeżdżenia na rowerze. Nie chciało mi się za to regularnie biegać i pływać. Różnica temperatur i mokre włosy to nic przyjemnego po basenie.
Padło wymowne pytanie: "co by tu zrobić?". Miałam się zapisać do klubu fitness, ale jakoś tak mało pieniędzy miałam, a chciałam się ruszać. I tak oto najtańszym możliwym sposobem zaaplikowałam sobie trzy miesiące treningów w domu. Włączyłam YouTube, wyciągnęłam matę i strój sportowy. Ćwiczyłam 5-7 razy w tygodniu, a za każdy trening przyklejałam naklejkę do tabelki. Po prostu wstaję rano, przygotowuję wodę z cytryną i wio robię trening. Potem mycie i szykuję śniadanie czyli prawie zawsze szejka. A potem dzień leci z wielką energią. Co polecam? Cardio przeplatane z ćwiczeniem wybranych partii ciała lub całości. Mogą to być zatem treningi zarówno Ewy Chodakowskiej jak i Gillian Michaels. A poniżej coś dla Was. Mniej i bardziej zaawansowani - cardo workout.
piątek, 23 stycznia 2015
Core
Core to inaczej mięśnie głębokie lub mięśnie stabilizacyjne. Sama dowiedziałam się o nich stosunkowo niedawno i jestem szalenie zaskoczona rezultatami jakie daje ich ćwiczenie.
Mięśnie rdzenia stanowią tarczę otaczającą wewnętrzną część powierzchni brzucha. Działają jak pas otaczający tułów, który utrzymuje prostą sylwetkę. Pas ten tworzony jest przez 4 podstawowe mięśnie: Mięsień poprzeczny brzucha, najgłębszy ze wszystkich mięśni brzucha, leży poniżej kresy ukośnej. Połączony jest z kręgami lędźwiowymi, otacza je i biegnie z powrotem do przodu łącząc się w linii środkowej brzucha. Praca tego mięśnia powoduję podniesienie ciśnienia wewnątrz brzucha, przez co utrzymuje sztywno i stabilnie część lędźwiową kręgosłupa. Drugi to mięsień wielodzielny, który jest najlepiej rozwinięty w okolicy lędźwiowej. Biegnie wzdłuż kręgosłupa przyczepiając się co drugi lub co czwarty kręg. Pełni funkcję mięśnia posturalnego utrzymuje kręgosłup prosto.
Celem treningu core jest poprawienie stabilności tułowia, a w konsekwencji całego ciała. Trenerzy często tłumaczą swoim podopiecznym, że każdy ruch wychodzi z tułowia i nazywają go centrum ciała (angielscy trenerzy mówią o rdzeniu - core). To prawda, każdy ruch ręką czy obiema rękami albo nogami zaczyna się od tego, że mięśnie tułowia napinają się, aby utrzymać go w najlepszej do wykonania ruchu pozycji. Dopiero później następuje ruch ręką lub nogą. Bez działania mięśni stabilizujących tułów nie bylibyśmy zdolni ani chodzić, ani unieść szklanki do ust.
O stabilności tułowia decyduje szereg mięśni. Najczęściej wymienia się tzw.: mięśnie głębokie, a przede wszystkim głębokie mięśnie brzucha. Tymczasem funkcję tę pełnią też mięśnie położone wewnątrz miednicy, przykręgosłupowe, powierzchniowo usytuowane najszersze grzbietu, prosty i skośne brzucha, a także mięśnie pośladkowe. Wzmocnienie ich wszystkich jest celem treningu core, który uczy także prawidłowych nawyków ruchowych, czyli np. tego, aby napiąć mięśnie brzucha przed dźwignięciem ciężkiego pakunku czy sztangi. Do zalet treningu core należy:
- łatwość w utrzymaniu poprawnej postawy,
- lepsze poczucie równowagi,
- większa siła, którą można wykorzystać w ulubionych sportach,
- mniejsze ryzyko kontuzji,
- obniżone ryzyko pojawienia się bólów krzyża.
Mięśnie rdzenia stanowią tarczę otaczającą wewnętrzną część powierzchni brzucha. Działają jak pas otaczający tułów, który utrzymuje prostą sylwetkę. Pas ten tworzony jest przez 4 podstawowe mięśnie: Mięsień poprzeczny brzucha, najgłębszy ze wszystkich mięśni brzucha, leży poniżej kresy ukośnej. Połączony jest z kręgami lędźwiowymi, otacza je i biegnie z powrotem do przodu łącząc się w linii środkowej brzucha. Praca tego mięśnia powoduję podniesienie ciśnienia wewnątrz brzucha, przez co utrzymuje sztywno i stabilnie część lędźwiową kręgosłupa. Drugi to mięsień wielodzielny, który jest najlepiej rozwinięty w okolicy lędźwiowej. Biegnie wzdłuż kręgosłupa przyczepiając się co drugi lub co czwarty kręg. Pełni funkcję mięśnia posturalnego utrzymuje kręgosłup prosto.
Kolejne to przepona która jest podstawowym mięśniem oddechowym, a przez swoje połączenie z kręgami lędźwiowymi stabilizuje tułów. A także mięśnie dna miednicy, które przez połączenie z kością ogonową wspomagają utrzymywanie wyprostowanej sylwetki.
Wszystkie wymienione mięśnie kurcząc się jednocześnie trzymają kręgosłup w najbardziej stabilnej pozycji (pozycji neutralnej). Mięśnie te aktywowane są przy każdym ruchu naszego ciała i starają się utrzymywać tułów wyprostowany. Jak dowodzą badania osoby cierpiące na dolegliwości bólowe dolnej części pleców, zazwyczaj mają osłabione mięśnie głębokie, które pozwalają na niekontrolowane ruchy tułowia, przez co kręgosłup narażony jest na urazy.
Dla kogo trening core? Dla KAŻDEGO. Warto, aby mięśnie głębokie ćwiczyli nie tylko sportowcy czy osoby dążące do uzyskania nieskazitelnej sylwetki czytaj kaloryfer. Trening ten ułatwia codzienne funkcjonowanie każdego z nas, dlatego jest tak ważny. Pozwala nie tylko zachować prawidłową postawę, ale możemy dzięki niemu codziennie funkcjonować sprawnie i bez żadnego bólu. Ćwiczenia są proste i można je wykonać w domu jako dodatek do innych, codziennych aktywności. Najczęściej spotykamy się z zestawami, które wykorzystują własne obciążenie ciała, choć dla zaawansowanych polecane jest także ćwiczenie z ciężar(k)ami lub innym sprzętem, np. piłka stabilizacyjna.
Codzienna aktywność fizyczna staje się normą dla wielu osób. Siłownie czy kluby fitness przeżywają renesans, a trenerki i trenerzy stają się celebrytami. Jest także wiele stron poświęconych ćwiczeniom dzięki którym przeciętny Kowalski może ćwiczyć w domu i poszerzać swoją wiedzę na temat sportu, ciała i odpowiedniej diety. Jeżeli nie wiecie od czego zacząć można wejść na pierwszą lepszą stronę na przykład tutaj czy prościej tutaj i wykonać przykładowy trening. Możesz też skorzystać z youtube lub innych filmików. Pokaźny wybór tutaj. Zacznij od jednego ćwiczenia dziennie. Po kilku dniach dodaj kolejne, a potem kolejne i jeszcze jedno. Ja mam mniejsze bóle pleców, mogę dłużej siedzieć w jednej pozycji i moja postawa jest inna. A to dopiero początek:) Czuję ogromną różnicę, a mój kręgosłup odwdzięczy mi się się na stare lata :D A jak z Twoim?
Źródła:
czwartek, 15 stycznia 2015
ćwiczenia w domu
Wraz ze spadkiem mojej wagi i wzrostem siły mięśni kolejne problemy zdrowotne odchodzą w niepamięć. Nie spodziewałam się, że bóle pleców miną. Każda minuta na krześle była niczym tortury skazanego. Wiele lat to trwało, chodziło się na rehabilitację i nic. Zabiegi pomagały jedynie na "chwilę", a ćwiczenia proponowane przez rehabilitanta to dla mnie jedynie rozgrzewka do tego co robię teraz. Przy czym ja dopiero odkrywam możliwości zarówno mojego ciała jak i zdrowia. Takie małe odrodzenie:)
Chciałam biegać. Postanowiłam zabrać się za profesjonalny trening, ułożony tydzień po tygodniu. I po kilku dniach od jego rozpoczęcia pojawił się śnieg. Zrobiło się dużo na minusie i zmieniłam zdanie. Z regularnym bieganiem poczekam do wiosny. Strasznie chciałam ćwiczyć, a za siłownię/fitness trzeba przecież płacić i musiałam się zastanowić, czy aby na pewno chcę ponosić takie koszty. O tym innym razem.
Ostatecznie postanowiłam ćwiczyć w domu. Mam kilka płytek, które na pewno mi pomogą, ale skarbnicą wiedzy jest oczywiście internet. Jak dla mnie rządzi YouTube. Nawet długie filmy ładują się szybko i można ćwiczyć do woli. I tak oto robię. Założyłam listę do której zmotywowała mnie Mary m.in. tutaj oraz w innych tekstach. Jej blog aktywne życie jest na pewno inspiracją dla wielu osób. Ja od nowego roku założyłam swoją tabelkę i ćwiczę nieomalże codziennie, ale o tym w kolejnych postach.
Ćwiczcie w domu, naprawdę warto!
Chciałam biegać. Postanowiłam zabrać się za profesjonalny trening, ułożony tydzień po tygodniu. I po kilku dniach od jego rozpoczęcia pojawił się śnieg. Zrobiło się dużo na minusie i zmieniłam zdanie. Z regularnym bieganiem poczekam do wiosny. Strasznie chciałam ćwiczyć, a za siłownię/fitness trzeba przecież płacić i musiałam się zastanowić, czy aby na pewno chcę ponosić takie koszty. O tym innym razem.
Ostatecznie postanowiłam ćwiczyć w domu. Mam kilka płytek, które na pewno mi pomogą, ale skarbnicą wiedzy jest oczywiście internet. Jak dla mnie rządzi YouTube. Nawet długie filmy ładują się szybko i można ćwiczyć do woli. I tak oto robię. Założyłam listę do której zmotywowała mnie Mary m.in. tutaj oraz w innych tekstach. Jej blog aktywne życie jest na pewno inspiracją dla wielu osób. Ja od nowego roku założyłam swoją tabelkę i ćwiczę nieomalże codziennie, ale o tym w kolejnych postach.
Ćwiczcie w domu, naprawdę warto!
piątek, 9 stycznia 2015
ból głowy
Migreny rządzą się swoimi dziwnymi prawami i nie o nich dziś mowa. Chodzi mi bowiem o przeciętny ból głowy. Czy wiesz skąd się wziął? Czy umiesz sobie poradzić bez tabletki? Mnie się najczęściej udaje, ale potrzebna jest do tego pewna analiza przypadku.
Bo co to jest ten zwykły ból głowy? Najprościej mówiąc jest to sygnał organizmu, że coś jest nie tak. A my w swojej mądrości musimy dojść o co chodzi.
1. Jeżeli jesteś przeziębiony, a twoje zatoki zapchane towarzyszy ci pewnego rodzaju dyskomfort. Proponuję wodę z solą i przepłukanie zatok. Może nie pomóc od razu, ale po kilku dniach na pewno ból minie i przeziębienie także.
2. Ciśnienie. Można je regulować na kilka sposobów. Kiedy pogoda się zmienia ja lubię pobiegać. Dotleniamy mózg, serce i inne narządy. Jest to dla mnie idealny sposób na ból głowy. Jeżeli nie możesz wyjść pobiegać poćwicz pajacyki, poskacz na skakance lub wykonaj inne dotleniające ćwiczenia.
3. Wypij szklankę wody. Jest to rada podwójna. Woda rozrzedza krew i podwyższa ciśnienie.
Czasem jednak chodzi o dodatkowe odwodnienie, którego skutkiem jest ból głowy lub innych narządów. Uzupełnienie płynów jest więc kluczowym elementem walki z niechcianym problemem.
4. Odpocznij. 20 minut odpoczynku lub snu rewelacyjnie regeneruje i pomaga uporać się z różnymi problemami.
5. Zjedz owoc. Nie tylko nawadnia, ale także dostarcza wielu składników odżywczych i dodaje energii, kiedy długo zapominamy o posiłku i głowa dokucza nam z tego powodu.
Nie pomogło? Pewnie jest jeszcze inna przyczyna. Postaraj się jednak przetrwać bez proszków. W końcu to nie migrena i na wierzę, że dasz sobie radę:)
Bo co to jest ten zwykły ból głowy? Najprościej mówiąc jest to sygnał organizmu, że coś jest nie tak. A my w swojej mądrości musimy dojść o co chodzi.
1. Jeżeli jesteś przeziębiony, a twoje zatoki zapchane towarzyszy ci pewnego rodzaju dyskomfort. Proponuję wodę z solą i przepłukanie zatok. Może nie pomóc od razu, ale po kilku dniach na pewno ból minie i przeziębienie także.
2. Ciśnienie. Można je regulować na kilka sposobów. Kiedy pogoda się zmienia ja lubię pobiegać. Dotleniamy mózg, serce i inne narządy. Jest to dla mnie idealny sposób na ból głowy. Jeżeli nie możesz wyjść pobiegać poćwicz pajacyki, poskacz na skakance lub wykonaj inne dotleniające ćwiczenia.
3. Wypij szklankę wody. Jest to rada podwójna. Woda rozrzedza krew i podwyższa ciśnienie.
Czasem jednak chodzi o dodatkowe odwodnienie, którego skutkiem jest ból głowy lub innych narządów. Uzupełnienie płynów jest więc kluczowym elementem walki z niechcianym problemem.
4. Odpocznij. 20 minut odpoczynku lub snu rewelacyjnie regeneruje i pomaga uporać się z różnymi problemami.
5. Zjedz owoc. Nie tylko nawadnia, ale także dostarcza wielu składników odżywczych i dodaje energii, kiedy długo zapominamy o posiłku i głowa dokucza nam z tego powodu.
Nie pomogło? Pewnie jest jeszcze inna przyczyna. Postaraj się jednak przetrwać bez proszków. W końcu to nie migrena i na wierzę, że dasz sobie radę:)
poniedziałek, 5 stycznia 2015
NFZ
Czytam od jakiegoś czasu w internecie na temat nowych pakietów dotyczących lekarzy pierwszego kontaktu i specjalistów. Dziwi mnie fakt, że nie mogę iść po prostu do okulisty czy dermatologa. No i czemu pacjent chory na raka szybciej umrze niż dostanie się do lekarza?! Stoi to na głowie jeszcze bardziej niż do tej pory. Myślałam, że służba zdrowia już bardziej zachorować nie może. A jednak nie miałam racji ja i wielu innych zatroskanych obywateli.
Po szybkim podniesieniu ciśnienia ochłonęłam (co innym się nie zdarza:/) i zaczęłam się nieprzeciętnie zastanawiać nad zupełnie innymi sprawami. Czemu ja mam chorować i chodzić do okulisty. Poszłam kilka lat temu. Dostałam okulary i zapewnienie, że co jakiś czas będę potrzebowała nowych, bo wzrok się przyzwyczai. Więc go nie przyzwyczajam jak nie muszę i nie potrzebuję mocniejszych okularów. Ale rzadko ludzie postępują w ten sposób i okuliści zacierają ręce z radości. A dermatolog... miałam problemy skórne kupowałam specjalnie dla mnie robione na zapleczu apteki kremy przygotowywane z recepty od rzeczonego. Wiele lat to trwało, a skóra jak była chora tak była. Poprawiało się na moment, a bez kremu nie dało się żyć. Zmieniłam dietę i większość problemów zniknęła, do dermatologa nie chodzę i specjalnych kremów nie kupuję.
A rak. Na szczęście daleko mi do tego typu choroby. I może się mądrzę, ale co ludzie robią, żeby być zdrowymi? Piszą listy z pretensjami do ministerstwa. Oni chcą się szybko dostać do specjalisty, iść na operację, dostać chemię, stracić włosy i czekać na cudowne ozdrowienie. Według mnie nie tędy droga. Ilość negatywnej energii i jadu co do polityków można przełożyć na zdrowsze życie i uniknięcie choroby. Zamiast pisać listy idź poćwicz aeroby i wzmocnij core. Zamiast iść na operację zjedz dużo roślinnego jedzenia i nawodnij się, zamiast chemii ożyj eko kosmetyków, zamiast utraty włosów wypocznij i naładuj się pozytywną energią. Mogę tak mnożyć i mnożyć, liczby są przecież nieskończone. I nie chodzi mi o ignorowanie państwa, polityki i społeczeństwa. Chodzi mi o zdrowy rozsądek. Skoro ktoś zachował się głupio czemu ja tez mam tak robić. Wolę zająć się czymś co mi przyniesie korzyści, zamiast zadręczać wszystkich złymi emocjami. One prowadzą do mutowania komórek i chorób. I o to chodzi ministrowi i NFZ. Żebyśmy byli chorzy. Zrób im kawał i wyzdrowiej :)
Po szybkim podniesieniu ciśnienia ochłonęłam (co innym się nie zdarza:/) i zaczęłam się nieprzeciętnie zastanawiać nad zupełnie innymi sprawami. Czemu ja mam chorować i chodzić do okulisty. Poszłam kilka lat temu. Dostałam okulary i zapewnienie, że co jakiś czas będę potrzebowała nowych, bo wzrok się przyzwyczai. Więc go nie przyzwyczajam jak nie muszę i nie potrzebuję mocniejszych okularów. Ale rzadko ludzie postępują w ten sposób i okuliści zacierają ręce z radości. A dermatolog... miałam problemy skórne kupowałam specjalnie dla mnie robione na zapleczu apteki kremy przygotowywane z recepty od rzeczonego. Wiele lat to trwało, a skóra jak była chora tak była. Poprawiało się na moment, a bez kremu nie dało się żyć. Zmieniłam dietę i większość problemów zniknęła, do dermatologa nie chodzę i specjalnych kremów nie kupuję.
A rak. Na szczęście daleko mi do tego typu choroby. I może się mądrzę, ale co ludzie robią, żeby być zdrowymi? Piszą listy z pretensjami do ministerstwa. Oni chcą się szybko dostać do specjalisty, iść na operację, dostać chemię, stracić włosy i czekać na cudowne ozdrowienie. Według mnie nie tędy droga. Ilość negatywnej energii i jadu co do polityków można przełożyć na zdrowsze życie i uniknięcie choroby. Zamiast pisać listy idź poćwicz aeroby i wzmocnij core. Zamiast iść na operację zjedz dużo roślinnego jedzenia i nawodnij się, zamiast chemii ożyj eko kosmetyków, zamiast utraty włosów wypocznij i naładuj się pozytywną energią. Mogę tak mnożyć i mnożyć, liczby są przecież nieskończone. I nie chodzi mi o ignorowanie państwa, polityki i społeczeństwa. Chodzi mi o zdrowy rozsądek. Skoro ktoś zachował się głupio czemu ja tez mam tak robić. Wolę zająć się czymś co mi przyniesie korzyści, zamiast zadręczać wszystkich złymi emocjami. One prowadzą do mutowania komórek i chorób. I o to chodzi ministrowi i NFZ. Żebyśmy byli chorzy. Zrób im kawał i wyzdrowiej :)
niedziela, 4 stycznia 2015
Scott Jurek Rich Roll
Od dziecka nie lubiłam biegać. Sprawiało mi to problemy i prawie zawsze byłam ostatnia w klasie. Zniechęcało mnie to trochę do wf-u. Na szczęście biegaliśmy tylko kilka razy w roku i poza tym lubiłam sport. Mimo wszystko w szkole moje piątki z siatkówki nie wystarczały i dwója/trója z biegów obniżała mi ocenę do czwórki:/ Nienawidziłam tego i do dziś nie rozumiem czemu ocenia się sprawność fizyczną dzieciaków. Nie każdy ma do wszystkiego predyspozycje i jest to dla wielu krzywdzące!!! Dziś plaga zwolnień z wf-u jest głośnym tematem i debata społeczna osiągnęła maksymalnie wysoki poziom.
Ja sama mam więcej oleju w głowie i staram się codziennie mobilizować do ćwiczeń i zdrowego życia. Czytam blogi i szukam ciekawych/inspirujących informacji nie tylko na temat zdrowego jedzenia, ale od niedawna także na temat sportu, a w szczególności wegańskich sportowców. Bo martwię się o moje ciało pod różnymi aspektami. Od wielu lat mam problemy z mięśniami i ćwiczenia raz mi pomagają, a raz szkodzą. Aby dowiedzieć się jeszcze więcej, a jednocześnie bardzo zmobilizować kupiłam w grudniu dwie książki:
"Jedz i biegaj" Scott Jurek i Steve Friedman oraz "Ukryta siła" Rich Roll.
Kocham te książki. Tak, dobrze czytasz: kocham. To co jest w nich napisane imponuje na wielu płaszczyznach. Po pierwsze obydwie opisują sportowców. Po drugie wegańskich i po trzecie są tam również ich przepisy lub linki do nich. No ideał pod każdym względem.
Scott Jurek dosyć znany w naszym kraju ze względu na swoje polskie korzenie. Biegacz, ale nie byle jaki, bo pokonuje dystanse ultra: prawie lub ponad 200 km! Jest przy tym jednym z najlepszych na świecie. Je wegańsko, próbował nawet raw, ale ostatecznie zrezygnował. Pomimo tego je dużo warzyw i owoców, choć zajada się kaszami, ryżem i innymi węglami gotowanymi. Jego życie nie było łatwe. Musiał opiekować się chorą matką, ćwiczył zamiast iść z kolegami na piwo i mimo małomiasteczkowego życia pełnego mięsa wybrał vege. Mam ochotę jeszcze raz przeczytać o jego zmaganiach. Inspirują na maxa!
Rich Roll natomiast to niezła ciekawostka. Jako młody chłopak pływał profesjonalnie czyli sportowiec pełną gębą. Podczas studiów rzucił sport i zajął się m.in. piciem i zalegiwaniem na kanapie, które okraszone było śmieciowym jedzeniem ponad miarę. W końcu jednak wylądował na odwyku i przestał pić, a w wieku 40 lat ogarnął także resztę swojego życia, przeszedł na vege, stał się triatlonistą (jednym z najlepszych na świecie) i żyje sobie szczęśliwie w mega zdrowiu psychicznym i fizycznym.
Koktajl vitamixowy:
Przed treningiem przygotowuję lekki napój, na który zazwyczaj składają się liście ciemnozielonych warzyw (kapusta, szpinak, liście buraków) z umiarkowanym dodatkiem organicznych owoców. Do koktajli trafiają na przemian ananansy, grejpfruty, pomarańcze, jabłka, truskawki i spirulina, a dla wsparcia wytrzymałości szałwia hiszpańska, buraki i korzenie maca. Dodaję też zawsze kilka migdałów czy orzechów, a także łyżeczkę czy dwie oleju(kokosowego,...), aby biodostępne tłuszcze zasiliły mnie podczas jazdy, biegu czy pływania.
Która książka jest lepsza? Obydwie są genialne. Mobilizują do wielu rzeczy. Poza tym można poszukać info na ich temat w necie. Rich wraz z żoną prowadzą firmę i bardzo często umieszczają przepisy czy filmiki w necie. Zachęcam wszystkich do tego typu poszukiwań, bo warto. Niejedna książka czy strona zmieniła życie człowieka :)
Ja sama mam więcej oleju w głowie i staram się codziennie mobilizować do ćwiczeń i zdrowego życia. Czytam blogi i szukam ciekawych/inspirujących informacji nie tylko na temat zdrowego jedzenia, ale od niedawna także na temat sportu, a w szczególności wegańskich sportowców. Bo martwię się o moje ciało pod różnymi aspektami. Od wielu lat mam problemy z mięśniami i ćwiczenia raz mi pomagają, a raz szkodzą. Aby dowiedzieć się jeszcze więcej, a jednocześnie bardzo zmobilizować kupiłam w grudniu dwie książki:
"Jedz i biegaj" Scott Jurek i Steve Friedman oraz "Ukryta siła" Rich Roll.
Kocham te książki. Tak, dobrze czytasz: kocham. To co jest w nich napisane imponuje na wielu płaszczyznach. Po pierwsze obydwie opisują sportowców. Po drugie wegańskich i po trzecie są tam również ich przepisy lub linki do nich. No ideał pod każdym względem.
Scott Jurek dosyć znany w naszym kraju ze względu na swoje polskie korzenie. Biegacz, ale nie byle jaki, bo pokonuje dystanse ultra: prawie lub ponad 200 km! Jest przy tym jednym z najlepszych na świecie. Je wegańsko, próbował nawet raw, ale ostatecznie zrezygnował. Pomimo tego je dużo warzyw i owoców, choć zajada się kaszami, ryżem i innymi węglami gotowanymi. Jego życie nie było łatwe. Musiał opiekować się chorą matką, ćwiczył zamiast iść z kolegami na piwo i mimo małomiasteczkowego życia pełnego mięsa wybrał vege. Mam ochotę jeszcze raz przeczytać o jego zmaganiach. Inspirują na maxa!
Truskawkowy koktajl przeciwzapalny:
2 szklanki wody
1 banan
1 szklanka truskawek (świeżych lub mrożonych)
1/2 szklanki mrożonego mango
1/2 szklanki mrożonego ananasa
1/2 szklanki mrożonego łuskanego edemame
1/4 szklanki wiórków kokosowych
3 łyżki oliwy
1 łyżka roślinnego proszku proteinowego
1 i 1/2 łyżeczki pasty miso
1 posiekany dwu centymetrowy kawałek kurkumy lub 1 łyżeczka mielonej kurkumy
1 obrany i posiekany dwu centymetrowy kawałek imbiru lub 1/4 łyżeczki mielonego imbiru
Umieścić wszystkie składniki w blenderze i zmiksować na gładką masę.
Koktajl vitamixowy:
Przed treningiem przygotowuję lekki napój, na który zazwyczaj składają się liście ciemnozielonych warzyw (kapusta, szpinak, liście buraków) z umiarkowanym dodatkiem organicznych owoców. Do koktajli trafiają na przemian ananansy, grejpfruty, pomarańcze, jabłka, truskawki i spirulina, a dla wsparcia wytrzymałości szałwia hiszpańska, buraki i korzenie maca. Dodaję też zawsze kilka migdałów czy orzechów, a także łyżeczkę czy dwie oleju(kokosowego,...), aby biodostępne tłuszcze zasiliły mnie podczas jazdy, biegu czy pływania.
Która książka jest lepsza? Obydwie są genialne. Mobilizują do wielu rzeczy. Poza tym można poszukać info na ich temat w necie. Rich wraz z żoną prowadzą firmę i bardzo często umieszczają przepisy czy filmiki w necie. Zachęcam wszystkich do tego typu poszukiwań, bo warto. Niejedna książka czy strona zmieniła życie człowieka :)
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Ewa Chodakowska
Ten przewrotny tytuł sugeruje jedno. Ćwiczenia! Tak, a zarazem nie. Zacznijmy zatem od początku. Ewa Chodakowska proponuje wiele zestawów ćwiczeń, zdrowszą dietę, generalnie promuje pozytywne wybory i aktywne życie. Nie ze wszystkim się oczywiście zgadzam, bo mięso to nie mój świat, ale ona i inne trenerki promują ostatnimi czasy PRZEMIANĘ. Każda z nich opowiada, że dzięki niej zmienimy nasze ciało na niezłe ciacho i będziemy się super czuć. Czyżby po latach w końcu polki odkryły magiczny środek i każdy schudnie i utrzyma wagę?
I tu wkraczam do akcji JA. Od dziecka mieściłam się w normie BMI, raz wyżej raz niżej, ale wyglądałam jak "pączek w maśle". Moja figura i uroda nie pomagały mi wyglądać szczuplej. Buzia zawsze była okrągła jak "księżyc w pełni", a uda tak szerokie, że nic tego niestety nie maskowało. Wyglądałam źle, grubo i byłam mega niezadowolona. Dziś według BMI mam niedowagę. Nadal wyglądam źle (choć o niebo lepiej), bo poziom tłuszczu w organizmie jest wysoki, a mięśni nie za dużo. Nigdy nie będę Chodakowską czy inną Lewandowską, bo figura nie taka. Mimo to postanowiłam zawalczyć o zredukowanie 1/3 mojej tkanki tłuszczowej i zbudowanie mięśni.
NIE MA METODY CUD. Żadna ze znanych mi trenerek, dietetyczek czy innych osób zajmujących się zdrowiem nie ma magicznej metody. Po trzech miesiącach diety i regularnych ćwiczeń (6 razy w tygodniu) wiem już o co w tym wszystkim chodzi. Gdybym jednak wiedziała to 15 lat temu dziś byłabym zupełnie innym, szczęśliwszym człowiek. DO JASNEJ CIASNEJ CZEMU NIKT NAM TEGO NIE MÓWI!!!!!!?????????????
1. DIETA
Restrykcyjne diety są do dupy! Ja przytyłam dzięki odchudzaniu 10 kilo.
Obliczyłam na internetowym kalkulatorze, że przy moim wzroście, wadze, aktywności fizycznej i pracy potrzebuję między 2100 a 2300 kcal dziennie. Jeżeli jednego dnia zjem więcej drugiego mam pełny brzuch i do południa jem zdecydowanie mniej. Wychodzi na zero, choć rzadko to stosuję.
Chcąc schudnąć od tej liczby trzeba odejmować! Nie przekraczam 2000, a najczęściej jem około 1800. Nie jest to wcale mało. Przez pierwszy miesiąc siedziałam z kalkulatorem i codziennie podliczałam moje menu. Teraz już mniej więcej wiem co i jak, czasem sobie pomogę grzebiąc w internecie, ale ogólnie mogę powiedzieć, że orientuję się ile jem i świadomie wkładam to do ust.
Wychodząc ze znajomymi zamawiam sałatkę, piję herbatę i nikomu nie przeszkadza, że oni w tym czasie jedzą ogromną pizzę mięsną i popijają piwem. Świat idzie do przodu.
Wczoraj byłam na bankiecie. Raki, kawior, piękne babeczki i kanapki ze wszystkim co się tylko da, ciasta i ciasteczka. A dla mnie... ogromny półmisek owoców. Najadłam się świeżych malin, kiwi, melonów, pomarańczy i grejfrutów. Żyć nie umierać.
JAK JEŚĆ, ŻEBY NIE BYĆ GŁODNYM. Na początku organizm się przestawia, ale po kilku dniach jest już ok. Podzieliłam kalorie na cały dzień. Wiedziałam, że jak zjem duży obiad i zabraknie kolacji to coś sobie i tak znajdę w lodówce i zjem więcej. Dlatego to co najbardziej mi się marzyło zostawiłam na popołudnie/wieczór. Nasze grzechy w diecie to nie problem z ciałem, ale z głową. To ona nas nakłania do niezdrowego i dodatkowego jedzenia. U mnie uaktywnił się tak silny motywujący głos, że prawie zapomniałam, że jestem na diecie co u mnie oznacza głównie obcięcie kalorii bo i tak większości niezdrowych rzeczy nie jem od dawna. Głos pomógł, do tego czytam na temat jedzenia/sportu (o czym już niebawem) i idę do przodu jak burza.
2. SPORT
Niby człowiek się rusza, a jednak nie chudnie. Bo ruszać się trzeba z głową. Jak się ostatnio dowiedziałam, do wielu czynności potrzeba nam dobrych mięśni środka czyli brzuch plecy, generalnie te okolice. Stabilizują postawę i pomagają w wielu czynnościach. Jak się okazało pomagają też w wielu sportach na przykład podczas biegu... Mój brzuch zawsze wyglądał jak taka mała oponka. Niby wcięcie w tali jest, ale jakoś takie otłuszczone. Na rękach zero mięśni, nie byłam w stanie zrobić JEDNEJ pompki. Ok możecie się przestać śmiać. Mam jednak powód do dumy. Usiadłam i zastanowiłam się chcę osiągnąć i dobrałam do tego odpowiednie ćwiczenia. Najpierw 6 razy w tygodniu ćwiczyłam około 45 minut na rozwój całego ciała. Wzmocniłam ręce/ramiona, brzuch, plecy, pośladki i uda. Trwało to miesiąc. Z bólem, ale robiłam dziesięć damskich pompek. Byłam z siebie mega dumna. Do tego 3 razy w tygodniu po 10 km jeżdżę do pracy na rowerze i mam nieco kardio i 1-3 razy w tygodniu biegam 30 minut lub idę na basen. Przeorganizowałam mój dzień pod ćwiczenia. DAŁO SIĘ!!!
Po miesiącu znudził mi się zestaw i chciałam więcej na brzuch, dlatego ćwiczyłam 6pack z youtuba 35 minut prawie codziennie. Potem znów mi się znudziło. Znalazłam w sklepie płytę Ewy dla Shape i ćwiczę dalej.
3. EFEKTY
Ponieważ widzę rezultaty od pierwszego dnia, a dzięki ćwiczeniom czuję się lepiej to mój wewnętrzny motywator działa nie na 100%. On działa na 1000%. Schudłam 8 kg. Moja forma nigdy niebyła tak dobra. Jestem w stanie zrobić różne dziwne ćwiczenia, o których kiedyś nie miałam pojęcia, że w ogóle istnieją. Dzięki wzmocnieniu "środka" nie mam bólów pleców, które mi kiedyś dokuczały przy siedzeniu. A na brzuchu zaczyna być widać to o czym marzą wszystkie tygryski :D
Minusy też były. Po około miesiącu miałam straszne bóle łydek i kolan. Poczytałam i wyszło: za mało magnezu lub białka w diecie. Okazało się, że chodzi o białko, którego jadłam stosunkowo niewiele. Dodałam go nieco do codziennego menu i wszystko wróciło do normy.
Wygląda jakby to było takie proste. Jest i nie jest. Musisz mieć mega motywator. Jak nie chce ci się ćwiczyć to idź do trenera personalnego. Zapisz się na forum dla odchudzających. Rób to małymi krokami, jakby nic się nie działo. Ja ćwiczyłam 3 miesiące, żeby móc wykonać swoje pierwsze poprawne, normalne pompki, ale w końcu się udało i teraz mierzę wyżej. Nie spoczywaj na laurach. I pamiętaj, że zawsze będzie ktoś, kto ci pomoże. Masz doła? Pisz do mnie. Dzwoń do kogoś. Obejrzyj bloga z efektami, zdjęcia na instagramie. Cokolwiek. Posłuchaj żywej muzyki i zacznij się ruszać. Robisz to nie tylko dla siebie. Twoje zdrowe ciało ulży naszemu "cudownemu" NFZowi :D Ja przestałam się przeziębiać. Moja odporność poszybowała do góry jak rakieta. A muszę dodać, że mam na co dzień styczność z różnymi chorobami, choć nie pracuję w służbie zdrowia :P I nic mi nie jest, choć co roku na początku grudnia chorowałam.
Efekty są na wielu płaszczyznach i nie wyobrażam sobie zawrócić z tej drogi. Po prostu ja, zdrowie jedzenie i codzienne ćwiczenia. Jak ich nie wykonam to mi źle! Ty też się tak wkręcisz. Po prostu zacznij. Nie od stycznia, nie od jutra. Po prostu dziś. Weź teraz wygodne buty i zrób kilka pajacyków i przysiadów.
I tu wkraczam do akcji JA. Od dziecka mieściłam się w normie BMI, raz wyżej raz niżej, ale wyglądałam jak "pączek w maśle". Moja figura i uroda nie pomagały mi wyglądać szczuplej. Buzia zawsze była okrągła jak "księżyc w pełni", a uda tak szerokie, że nic tego niestety nie maskowało. Wyglądałam źle, grubo i byłam mega niezadowolona. Dziś według BMI mam niedowagę. Nadal wyglądam źle (choć o niebo lepiej), bo poziom tłuszczu w organizmie jest wysoki, a mięśni nie za dużo. Nigdy nie będę Chodakowską czy inną Lewandowską, bo figura nie taka. Mimo to postanowiłam zawalczyć o zredukowanie 1/3 mojej tkanki tłuszczowej i zbudowanie mięśni.
NIE MA METODY CUD. Żadna ze znanych mi trenerek, dietetyczek czy innych osób zajmujących się zdrowiem nie ma magicznej metody. Po trzech miesiącach diety i regularnych ćwiczeń (6 razy w tygodniu) wiem już o co w tym wszystkim chodzi. Gdybym jednak wiedziała to 15 lat temu dziś byłabym zupełnie innym, szczęśliwszym człowiek. DO JASNEJ CIASNEJ CZEMU NIKT NAM TEGO NIE MÓWI!!!!!!?????????????
1. DIETA
Restrykcyjne diety są do dupy! Ja przytyłam dzięki odchudzaniu 10 kilo.
Obliczyłam na internetowym kalkulatorze, że przy moim wzroście, wadze, aktywności fizycznej i pracy potrzebuję między 2100 a 2300 kcal dziennie. Jeżeli jednego dnia zjem więcej drugiego mam pełny brzuch i do południa jem zdecydowanie mniej. Wychodzi na zero, choć rzadko to stosuję.
Chcąc schudnąć od tej liczby trzeba odejmować! Nie przekraczam 2000, a najczęściej jem około 1800. Nie jest to wcale mało. Przez pierwszy miesiąc siedziałam z kalkulatorem i codziennie podliczałam moje menu. Teraz już mniej więcej wiem co i jak, czasem sobie pomogę grzebiąc w internecie, ale ogólnie mogę powiedzieć, że orientuję się ile jem i świadomie wkładam to do ust.
Wychodząc ze znajomymi zamawiam sałatkę, piję herbatę i nikomu nie przeszkadza, że oni w tym czasie jedzą ogromną pizzę mięsną i popijają piwem. Świat idzie do przodu.
Wczoraj byłam na bankiecie. Raki, kawior, piękne babeczki i kanapki ze wszystkim co się tylko da, ciasta i ciasteczka. A dla mnie... ogromny półmisek owoców. Najadłam się świeżych malin, kiwi, melonów, pomarańczy i grejfrutów. Żyć nie umierać.
JAK JEŚĆ, ŻEBY NIE BYĆ GŁODNYM. Na początku organizm się przestawia, ale po kilku dniach jest już ok. Podzieliłam kalorie na cały dzień. Wiedziałam, że jak zjem duży obiad i zabraknie kolacji to coś sobie i tak znajdę w lodówce i zjem więcej. Dlatego to co najbardziej mi się marzyło zostawiłam na popołudnie/wieczór. Nasze grzechy w diecie to nie problem z ciałem, ale z głową. To ona nas nakłania do niezdrowego i dodatkowego jedzenia. U mnie uaktywnił się tak silny motywujący głos, że prawie zapomniałam, że jestem na diecie co u mnie oznacza głównie obcięcie kalorii bo i tak większości niezdrowych rzeczy nie jem od dawna. Głos pomógł, do tego czytam na temat jedzenia/sportu (o czym już niebawem) i idę do przodu jak burza.
2. SPORT
Niby człowiek się rusza, a jednak nie chudnie. Bo ruszać się trzeba z głową. Jak się ostatnio dowiedziałam, do wielu czynności potrzeba nam dobrych mięśni środka czyli brzuch plecy, generalnie te okolice. Stabilizują postawę i pomagają w wielu czynnościach. Jak się okazało pomagają też w wielu sportach na przykład podczas biegu... Mój brzuch zawsze wyglądał jak taka mała oponka. Niby wcięcie w tali jest, ale jakoś takie otłuszczone. Na rękach zero mięśni, nie byłam w stanie zrobić JEDNEJ pompki. Ok możecie się przestać śmiać. Mam jednak powód do dumy. Usiadłam i zastanowiłam się chcę osiągnąć i dobrałam do tego odpowiednie ćwiczenia. Najpierw 6 razy w tygodniu ćwiczyłam około 45 minut na rozwój całego ciała. Wzmocniłam ręce/ramiona, brzuch, plecy, pośladki i uda. Trwało to miesiąc. Z bólem, ale robiłam dziesięć damskich pompek. Byłam z siebie mega dumna. Do tego 3 razy w tygodniu po 10 km jeżdżę do pracy na rowerze i mam nieco kardio i 1-3 razy w tygodniu biegam 30 minut lub idę na basen. Przeorganizowałam mój dzień pod ćwiczenia. DAŁO SIĘ!!!
Po miesiącu znudził mi się zestaw i chciałam więcej na brzuch, dlatego ćwiczyłam 6pack z youtuba 35 minut prawie codziennie. Potem znów mi się znudziło. Znalazłam w sklepie płytę Ewy dla Shape i ćwiczę dalej.
3. EFEKTY
Ponieważ widzę rezultaty od pierwszego dnia, a dzięki ćwiczeniom czuję się lepiej to mój wewnętrzny motywator działa nie na 100%. On działa na 1000%. Schudłam 8 kg. Moja forma nigdy niebyła tak dobra. Jestem w stanie zrobić różne dziwne ćwiczenia, o których kiedyś nie miałam pojęcia, że w ogóle istnieją. Dzięki wzmocnieniu "środka" nie mam bólów pleców, które mi kiedyś dokuczały przy siedzeniu. A na brzuchu zaczyna być widać to o czym marzą wszystkie tygryski :D
Minusy też były. Po około miesiącu miałam straszne bóle łydek i kolan. Poczytałam i wyszło: za mało magnezu lub białka w diecie. Okazało się, że chodzi o białko, którego jadłam stosunkowo niewiele. Dodałam go nieco do codziennego menu i wszystko wróciło do normy.
Wygląda jakby to było takie proste. Jest i nie jest. Musisz mieć mega motywator. Jak nie chce ci się ćwiczyć to idź do trenera personalnego. Zapisz się na forum dla odchudzających. Rób to małymi krokami, jakby nic się nie działo. Ja ćwiczyłam 3 miesiące, żeby móc wykonać swoje pierwsze poprawne, normalne pompki, ale w końcu się udało i teraz mierzę wyżej. Nie spoczywaj na laurach. I pamiętaj, że zawsze będzie ktoś, kto ci pomoże. Masz doła? Pisz do mnie. Dzwoń do kogoś. Obejrzyj bloga z efektami, zdjęcia na instagramie. Cokolwiek. Posłuchaj żywej muzyki i zacznij się ruszać. Robisz to nie tylko dla siebie. Twoje zdrowe ciało ulży naszemu "cudownemu" NFZowi :D Ja przestałam się przeziębiać. Moja odporność poszybowała do góry jak rakieta. A muszę dodać, że mam na co dzień styczność z różnymi chorobami, choć nie pracuję w służbie zdrowia :P I nic mi nie jest, choć co roku na początku grudnia chorowałam.
Efekty są na wielu płaszczyznach i nie wyobrażam sobie zawrócić z tej drogi. Po prostu ja, zdrowie jedzenie i codzienne ćwiczenia. Jak ich nie wykonam to mi źle! Ty też się tak wkręcisz. Po prostu zacznij. Nie od stycznia, nie od jutra. Po prostu dziś. Weź teraz wygodne buty i zrób kilka pajacyków i przysiadów.
sobota, 22 listopada 2014
22.11.
Siedzę przy kompie. Jak zwykle czegoś szukam, coś czytam, coś oglądam. I tknęło mnie. Od dawna nie pisałam, a od kilku dni tyle się dzieje. Wcześniej po prostu dopadło mnie jesienne zniechęcenie. Po dzisiejszym pozytywnym dniu mam więcej energii i doznałam nagłej potrzeby napisania czegoś zupełnie nowego na blogu. Wszystkie przygotowane wcześniej wpisy muszą jeszcze poczekać.
Kilka podstawowych info:
- jeszcze bardziej kocham szpinak (szczegóły w następnym wpisie)
- odstawiłam kawę, gluten i jeszcze kilka rzeczy(szczegóły w następnym wpisie)
- duuużo ćwiczę
- kolejna dieta oczyszczająca(szczegóły w następnym wpisie)
W lecie robiłam badania. Moja wątroba ma się niby świetnie jak u niemowlaka i krew genialna płynie w mych żyłach, ale jednak chcę więcej. Mój wzdęty brzuch, bóle tu czy tam nie uważam za konieczne w moim życiu. Chciałabym, żeby zniknęły. A one pojawiają się coraz częściej. Ból głowy od sporej ilości kawy nie dawał mi wytchnienia w październiku. Więc od dwóch tygodni nie piję kawy. Najgorsza migrena trwała pierwsze dwa dni, a potem nieco senność i osłabienie (choć może to z powodu pogody czyli spadku ciśnienia, ciągłych opadów, a przez to braku słońca). Od tygodnia nie jem też chleba, a od 4 dni żadnych mącznych produktów. To za sprawą diety?książki o której pisałam tutaj. Niby nie potrzebuję takiego oczyszczania, a jednak w końcu się zdecydowałam. O efektach już za kilka dni. Dieta trwa tydzień. Ja jestem po trzech dniach.
A ćwiczenia.... Od lipca/sierpnia ćwiczę regularnie. Na początku było to trzy razy w tygodniu. Teraz jest to sześć dni. Ćwiczę w domu głównie z YouTube bo po prostu jest tam mnóstwo szybko dostępnych filmików. Najpierw robiłam tzw. ABS czyli ogólnorozwojówkana wiele partii ciała. Ponieważ trwało to około trzech miesięcy uznałam, że muszę się zająć moim nie tylko wzdętym od jedzenia brzuchem, ale i tłuszczykiem, który się znajduje pod skórą. Od kilku dni wypruwam siódme poty z Jillian Michaels i jej programem na sześciopaka. Poza tym stale trzy razy w tygodniu jeżdżę do pracy na rowerze i raz w tygodniu biegam lub jadę na basen.
Przez to, że widzę efekty to wkręciłam się w sport na maksa. Jak pominę trening to czegoś mi brakuje. Czasem mam ochotę na coś jeszcze wieczorem. Nie sądziłam, że tak o pokocham. Schudłam sześć kilo i zbudowałam nieco mięśni :D Sama jestem w szoku, bo nigdy do tej pory tego nie doświadczyłam. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. A do tego ta pozytywna energia, którą miałam dziś w pracy nakręcają mnie na maksa. I tego życzę wszystkim czytelnikom. Pomimo braku słońca wysyłam do was słoneczne uśmiechy :):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):)
Kilka podstawowych info:
- jeszcze bardziej kocham szpinak (szczegóły w następnym wpisie)
- odstawiłam kawę, gluten i jeszcze kilka rzeczy(szczegóły w następnym wpisie)
- duuużo ćwiczę
- kolejna dieta oczyszczająca(szczegóły w następnym wpisie)
W lecie robiłam badania. Moja wątroba ma się niby świetnie jak u niemowlaka i krew genialna płynie w mych żyłach, ale jednak chcę więcej. Mój wzdęty brzuch, bóle tu czy tam nie uważam za konieczne w moim życiu. Chciałabym, żeby zniknęły. A one pojawiają się coraz częściej. Ból głowy od sporej ilości kawy nie dawał mi wytchnienia w październiku. Więc od dwóch tygodni nie piję kawy. Najgorsza migrena trwała pierwsze dwa dni, a potem nieco senność i osłabienie (choć może to z powodu pogody czyli spadku ciśnienia, ciągłych opadów, a przez to braku słońca). Od tygodnia nie jem też chleba, a od 4 dni żadnych mącznych produktów. To za sprawą diety?książki o której pisałam tutaj. Niby nie potrzebuję takiego oczyszczania, a jednak w końcu się zdecydowałam. O efektach już za kilka dni. Dieta trwa tydzień. Ja jestem po trzech dniach.
A ćwiczenia.... Od lipca/sierpnia ćwiczę regularnie. Na początku było to trzy razy w tygodniu. Teraz jest to sześć dni. Ćwiczę w domu głównie z YouTube bo po prostu jest tam mnóstwo szybko dostępnych filmików. Najpierw robiłam tzw. ABS czyli ogólnorozwojówkana wiele partii ciała. Ponieważ trwało to około trzech miesięcy uznałam, że muszę się zająć moim nie tylko wzdętym od jedzenia brzuchem, ale i tłuszczykiem, który się znajduje pod skórą. Od kilku dni wypruwam siódme poty z Jillian Michaels i jej programem na sześciopaka. Poza tym stale trzy razy w tygodniu jeżdżę do pracy na rowerze i raz w tygodniu biegam lub jadę na basen.
Przez to, że widzę efekty to wkręciłam się w sport na maksa. Jak pominę trening to czegoś mi brakuje. Czasem mam ochotę na coś jeszcze wieczorem. Nie sądziłam, że tak o pokocham. Schudłam sześć kilo i zbudowałam nieco mięśni :D Sama jestem w szoku, bo nigdy do tej pory tego nie doświadczyłam. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. A do tego ta pozytywna energia, którą miałam dziś w pracy nakręcają mnie na maksa. I tego życzę wszystkim czytelnikom. Pomimo braku słońca wysyłam do was słoneczne uśmiechy :):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):)
sobota, 4 października 2014
Trening
Całe życie się człowiek uczy, dowiaduje czegoś nowego. Całe życie pewne zdarzenia rodzą swego rodzaju konsekwencje. Zaczęło mnie zastanawiać ile ćwiczą "gwiazdy", że się tak wyrażę fitnessu. Z nazwiska mogłabym wymieniać bez końca. I polki i zagraniczne trenerki i oczywiście trenerów. Inaczej to pewnie jest w męskim "świecie", inaczej kiedy ruszają się kobiety. No przynajmniej ja mam takie wrażenie. Ale konkludując mogę powiedzieć: NIE WIEM. I tyle. Może zgłębię kiedyś ten temat. Może uda mi się dogłębnie odpowiedzieć na powyższe pytanie. Ja jednak w dniu dzisiejszym skupię się na sobie. Może dla jednych nieco egoistycznie, ale dla innych pozytywnie, że analizuję sytuację. W każdym bądź razie krótkie podsumowanie mojej aktywności i wnioski jakie mi się nasunęły.
Poniżej przedstawiam różne dyscypliny i miesięczne "osiągnięcia":
BASEN 1 km
ROWER 150 km
BIEG 25 km
FITNESS 4 h
MARSZ sama nie wiem, ale na pewno nie mam zupełnie siedzącego trybu;
Ponieważ rowerem dojeżdżam do pracy przez większą część roku, a latem mam dodatkowe wycieczki to średnia jest całkiem fajna. Cóż jednak, kiedy na inne dyscypliny trzeba wygospodarować czas i chęci? Różnie, ale raczej kiepsko. Basen, który szczerze kocham leży. Bo trzeba dojechać, zapłacić, przebrać się, wysuszyć... Wymówek od groma. Muszę się ogarnąć i to zmienić. Bieganie jakoś idzie. Tylko, że ja krótkodystansowiec jestem. Biegam często, ale strasznie mało. Mój cel to wydłużenie dystansów!
Chodzę przeciętnie. Raz baaaardzo dużo, raz mniej. Ale góry pozwalają się ruszyć i nie mogę powiedzieć, że ciągle siedzę. Nie jest źle, ale zawsze może być lepiej ;)
No i ten nieszczęsny fitness. Czasem się zmotywuję i poćwiczę. Ale to "czasem", to jednak za mało. Dlatego tak myślę o tych "gwiazdach". Ile to optymalnie, ile to ok, ile to właściwie? No ile. Hmm... a jakby tak ćwiczyć 6 razy w tygodniu. Treningi mają od 30-50 minut. I taki trening zrobić praktycznie codziennie. Niezłe wyzwanie. Tego jeszcze nie próbowałam. Wygrzebałam płytę Chodakowskiej, którą kiedyś kupiłam i ruszyłam do boju. Ćwiczę już trzy dni i daję radę. Jeszcze trzy. Dam radę. A może ktoś poćwiczy ze mną?
Takie małe wyzwanie proponuję. Sześć dni aktywności. Dla jednych długie spacery, dla innych bieg, albo jeszcze coś innego. Ale bez przerwy, żeby znów nie osiąść na laurach!!!
I mam ciekawostkę. Czasem zaglądam na hellozdrowie. I w taki oto sposób znalazłam kompendium dla wielbicieli fitnessu w domu. Różne filmiki z krótkimi opisami. Dla zaawansowanych i dla początkujących. Polskie i zagraniczne "gwiazdy". Dostępne tutaj. Żadna to reklama. Po prostu chcę Cię zachęcić do aktywności. Z doświadczenia wiem, że jak trenerka nie spasuje to nie chce się ćwiczyć. Dlatego warto poszukać innej.
I w taki oto zawiły sposób dobrnęłam do końca pewnej myśli, która mam nadzieję przynajmniej częściowo zrewolucjonizuje moje wieczne wymówki pod tytułem: JUTRO. O wynikach będę na bieżąco informowała.
Poniżej przedstawiam różne dyscypliny i miesięczne "osiągnięcia":
BASEN 1 km
ROWER 150 km
BIEG 25 km
FITNESS 4 h
MARSZ sama nie wiem, ale na pewno nie mam zupełnie siedzącego trybu;
Ponieważ rowerem dojeżdżam do pracy przez większą część roku, a latem mam dodatkowe wycieczki to średnia jest całkiem fajna. Cóż jednak, kiedy na inne dyscypliny trzeba wygospodarować czas i chęci? Różnie, ale raczej kiepsko. Basen, który szczerze kocham leży. Bo trzeba dojechać, zapłacić, przebrać się, wysuszyć... Wymówek od groma. Muszę się ogarnąć i to zmienić. Bieganie jakoś idzie. Tylko, że ja krótkodystansowiec jestem. Biegam często, ale strasznie mało. Mój cel to wydłużenie dystansów!
Chodzę przeciętnie. Raz baaaardzo dużo, raz mniej. Ale góry pozwalają się ruszyć i nie mogę powiedzieć, że ciągle siedzę. Nie jest źle, ale zawsze może być lepiej ;)
No i ten nieszczęsny fitness. Czasem się zmotywuję i poćwiczę. Ale to "czasem", to jednak za mało. Dlatego tak myślę o tych "gwiazdach". Ile to optymalnie, ile to ok, ile to właściwie? No ile. Hmm... a jakby tak ćwiczyć 6 razy w tygodniu. Treningi mają od 30-50 minut. I taki trening zrobić praktycznie codziennie. Niezłe wyzwanie. Tego jeszcze nie próbowałam. Wygrzebałam płytę Chodakowskiej, którą kiedyś kupiłam i ruszyłam do boju. Ćwiczę już trzy dni i daję radę. Jeszcze trzy. Dam radę. A może ktoś poćwiczy ze mną?
Takie małe wyzwanie proponuję. Sześć dni aktywności. Dla jednych długie spacery, dla innych bieg, albo jeszcze coś innego. Ale bez przerwy, żeby znów nie osiąść na laurach!!!
I mam ciekawostkę. Czasem zaglądam na hellozdrowie. I w taki oto sposób znalazłam kompendium dla wielbicieli fitnessu w domu. Różne filmiki z krótkimi opisami. Dla zaawansowanych i dla początkujących. Polskie i zagraniczne "gwiazdy". Dostępne tutaj. Żadna to reklama. Po prostu chcę Cię zachęcić do aktywności. Z doświadczenia wiem, że jak trenerka nie spasuje to nie chce się ćwiczyć. Dlatego warto poszukać innej.
I w taki oto zawiły sposób dobrnęłam do końca pewnej myśli, która mam nadzieję przynajmniej częściowo zrewolucjonizuje moje wieczne wymówki pod tytułem: JUTRO. O wynikach będę na bieżąco informowała.
czwartek, 29 maja 2014
metabolizm
Każdy powtarza, że do schudnięcia potrzebna jest poprawa metabolizmu, jego przyspieszenie. Zawsze wydawało mi się to mega trudne i prawie nieosiągalne. A okazało się banałem, że się tak wyrażę. Po raz pierwszy poważnie przyspieszyłam swój metabolizm w Tatrach. Przez 4 dni intensywnie chodziliśmy i biegaliśmy po górach. Biegiem pokonałam połowę Morskiego Oka i nie wydało mi się to nawet bardzo trudne. Potem nastąpiła kontuzja i jedynie rekreacyjne spacery. Ale będąc tam jedliśmy za dwóch, a brzuch pozostawał nieziemsko płaski, jak nigdy. Potem nieco musiałam zrezygnować ze sportu.
Kilka tygodni temu jednak znów zachciało mi się tej maksymalnej energii i zaczęłam dużo ćwiczyć. Trzy dni. Efekt ten sam co wcześniej. Co zatem pozwoliło mi to poczuć?
Rano bieg. Około 5 km po górzystym terenie w średnim tempie, czasem z szybszymi podbiegami. Ważne, żeby biec nie mniej niż 20 minut, a według mnie co najmniej 25. Popołudniu trening 35-50 minut na różne mięśnie albo nieco aero. Tętno wyraźnie przyspieszone, a do tego praca wielu partii ciała. Potem był dzień przerwy, ale czuję mega przyspieszenie metabolizmu. Po przerwie jeden trening dziennie ze względu na czas. Czyli albo biegam, albo jeżdżę na rowerze, a czasem trening mięśni. Weszłam na YouTube i szukałam jakiegoś aerobiku albo czegoś co mi spasuje. Po pięciu dniach doszłam do wniosku, że najbardziej w moim typie jest "Skalpel" Ewy Chodakowskiej. I nie jest to kwestia mody, bo od lat szukam czegoś "dla mnie". Za jakiś czas poszukam czegoś nowego, żeby nie wiało nudą. Uwielbia też pływanie, ale nie mam na razie tyle czasu, żeby znów systematycznie trenować.
Teraz problemem jest ilość jedzenia. Chciałoby się pochłonąć mega porcję, a trzeba się pilnować. Utrzymać wagę umiem, ale teraz należy pozbyć się tłuszczyku. Ale to już inny temat...
Kilka tygodni temu jednak znów zachciało mi się tej maksymalnej energii i zaczęłam dużo ćwiczyć. Trzy dni. Efekt ten sam co wcześniej. Co zatem pozwoliło mi to poczuć?
Rano bieg. Około 5 km po górzystym terenie w średnim tempie, czasem z szybszymi podbiegami. Ważne, żeby biec nie mniej niż 20 minut, a według mnie co najmniej 25. Popołudniu trening 35-50 minut na różne mięśnie albo nieco aero. Tętno wyraźnie przyspieszone, a do tego praca wielu partii ciała. Potem był dzień przerwy, ale czuję mega przyspieszenie metabolizmu. Po przerwie jeden trening dziennie ze względu na czas. Czyli albo biegam, albo jeżdżę na rowerze, a czasem trening mięśni. Weszłam na YouTube i szukałam jakiegoś aerobiku albo czegoś co mi spasuje. Po pięciu dniach doszłam do wniosku, że najbardziej w moim typie jest "Skalpel" Ewy Chodakowskiej. I nie jest to kwestia mody, bo od lat szukam czegoś "dla mnie". Za jakiś czas poszukam czegoś nowego, żeby nie wiało nudą. Uwielbia też pływanie, ale nie mam na razie tyle czasu, żeby znów systematycznie trenować.
Teraz problemem jest ilość jedzenia. Chciałoby się pochłonąć mega porcję, a trzeba się pilnować. Utrzymać wagę umiem, ale teraz należy pozbyć się tłuszczyku. Ale to już inny temat...
piątek, 2 maja 2014
"DETOKS"? KONKLUZJA?
Zdarza się, że człowiek jest w aspołeczny. Zdarza się, że jest wręcz przeciwnie, a jednak los ową aspołeczność generuje i nie pozwala na inne zachowania. Podobnie było w moim przypadku przez ponad miesiąc. Zawirowania życiowe (jak się okazało prawie same pozytywne) spowodowały moje niezamierzone odcięcie się od ludzi w rzeczywistości jak i w sieci. Brak internetu oraz kursowanie między mieszkaniem, trochę pracą i różnymi instytucjami sprawił mi nieco "detoks". Niestety tylko psychiczny ponieważ z ciałem było bardzo kiepsko. Wszystko zakończyło się poważną chorobą, mega odpoczynkiem i rozpoczęło nowy etap w moim życiu. Od dwóch tygodni mam dużo więcej czasu. Zaczęłam też intensywnie ćwiczyć. Biegam, jeżdżę na rowerze i zdarzyło mi się nawet poćwiczyć nieco brzuch. Z tym ostatnim jest tragicznie. Na początku nie było czasu i możliwości żeby gotować. A ja nie jestem przyzwyczajona jeść same owoce cały dzień, dlatego dieta była najgorsza od chyba pięciu lat. Potem święta i ten wzrok każdego: zjedz moje ciasto, zjedz moją sałatkę, podziel się jajkiem... A to wszystko naładowane cukrem i tłuszczem, czyli z kęsa na kęs czyniło ze mnie nałogowca, uzależnionego od słodkości. Od trzech dni jest jednak inaczej i czuję się o niebo lepiej. Ponieważ mam też trochę czasu to robię po dwa krótkie treningi dziennie i czuję, że żyję. W końcu!
Głowa odpoczęła od ludzi spotykanych na co dzień ze względu na ograniczony kontakt. Do tego dużo sportu i znów zdrowe jedzenie. Mimo nieproporcjonalnego, rozleniwionego ciała, które wygląda nie najlepiej, choć według lekarzy jest ok, zamierzam sporo ćwiczyć. Po raz pierwszy od dawna wiem, że nie chcę robić długich przerw między treningami i nie wyobrażam sobie życia bez sportu. A jeszcze lepiej byłoby, gdyby stał się on elementem mojej pracy. Wiem po sobie, że nie zacznę jeść jak wróbelek. Wolę dużo się ruszać, żeby spalić zjedzone kalorie.
Inną konkluzją jest dla mnie blog. Dzięki niemu czytam i piszę przez co pozwalam się rozwijać moim połączeniom w mózgu. Samo czytanie może być równie dobre, ale ja potrzebuję jednak czegoś więcej. Widzę jak ludzie godzinami siedzą w pracy, mało się ruszają i do tego jedyną rozrywką jest telewizja. Wiem, że nie prowadzi to do niczego dobrego. Wiele badań dowiodło niefajnych rzeczy w tej materii. Alzheimer i różne inne "starcze" dolegliwości mogą być wyeliminowane, opóźnione lub złagodzone poprzez samorozwój na każdym etapie życia. Wystarczy robić "twórcze" rzeczy stale i według mnie z zaangażowaniem, a jasność umysłu będzie wciąż na wysokim poziomie.
I może piszę dziś banały, ale doznałam pewnego olśnienia. Po dłuższym czasie stagnacji czuję tak wielką euforię, że nie jestem w stanie nawet składnie pisać. Tekstu nie przeczytam kilka razy jak to zwykle czynię, tylko od razu zamieszczam go dla Was. A sama idę na mój drugi trening., a potem na zdrowy obiad.
Uściski dla wszystkich, którzy czekali na mój powrót :)
Głowa odpoczęła od ludzi spotykanych na co dzień ze względu na ograniczony kontakt. Do tego dużo sportu i znów zdrowe jedzenie. Mimo nieproporcjonalnego, rozleniwionego ciała, które wygląda nie najlepiej, choć według lekarzy jest ok, zamierzam sporo ćwiczyć. Po raz pierwszy od dawna wiem, że nie chcę robić długich przerw między treningami i nie wyobrażam sobie życia bez sportu. A jeszcze lepiej byłoby, gdyby stał się on elementem mojej pracy. Wiem po sobie, że nie zacznę jeść jak wróbelek. Wolę dużo się ruszać, żeby spalić zjedzone kalorie.
Inną konkluzją jest dla mnie blog. Dzięki niemu czytam i piszę przez co pozwalam się rozwijać moim połączeniom w mózgu. Samo czytanie może być równie dobre, ale ja potrzebuję jednak czegoś więcej. Widzę jak ludzie godzinami siedzą w pracy, mało się ruszają i do tego jedyną rozrywką jest telewizja. Wiem, że nie prowadzi to do niczego dobrego. Wiele badań dowiodło niefajnych rzeczy w tej materii. Alzheimer i różne inne "starcze" dolegliwości mogą być wyeliminowane, opóźnione lub złagodzone poprzez samorozwój na każdym etapie życia. Wystarczy robić "twórcze" rzeczy stale i według mnie z zaangażowaniem, a jasność umysłu będzie wciąż na wysokim poziomie.
I może piszę dziś banały, ale doznałam pewnego olśnienia. Po dłuższym czasie stagnacji czuję tak wielką euforię, że nie jestem w stanie nawet składnie pisać. Tekstu nie przeczytam kilka razy jak to zwykle czynię, tylko od razu zamieszczam go dla Was. A sama idę na mój drugi trening., a potem na zdrowy obiad.
Uściski dla wszystkich, którzy czekali na mój powrót :)
poniedziałek, 3 marca 2014
Budyń i poranne dziwactwa
Miałam ochotę na budyń, więc sobie zrobiłam. Ale o tym za chwilę.
Witam wszystkich serdecznie i przedstawiam subiektywny zarys zdrowego dnia. Podam po prostu to co dziś robię od rana i będę robiła do samego wieczora.
W nocy byłam budzona dwa razy więc nieco przyspałam i wstałam o 7.30. Zrobiłam dużą szklanę wody z bio cytryną i popijając nałożyłam kotom śniadanko :D Potem poszłam się ubrać, opróżniłam pęcherz i wyszłam z domu. Dziś akurat 42 minuty biegu pod górę i z powrotem. No takie tereny mamy. Czerwona jak burak wpadłam potem do piekarni po żytni, razowy na zakwasie i poleciałam pędem do domu. Po drodze zachciało mi się konsystencji budyniu. Bo ja już tak mam, że mnie się chce różnych konsystencji. Jak pochrupię jabłka, sałatę czy marchewkę to muszę mieć jakąś odmianę.
Witam wszystkich serdecznie i przedstawiam subiektywny zarys zdrowego dnia. Podam po prostu to co dziś robię od rana i będę robiła do samego wieczora.
W nocy byłam budzona dwa razy więc nieco przyspałam i wstałam o 7.30. Zrobiłam dużą szklanę wody z bio cytryną i popijając nałożyłam kotom śniadanko :D Potem poszłam się ubrać, opróżniłam pęcherz i wyszłam z domu. Dziś akurat 42 minuty biegu pod górę i z powrotem. No takie tereny mamy. Czerwona jak burak wpadłam potem do piekarni po żytni, razowy na zakwasie i poleciałam pędem do domu. Po drodze zachciało mi się konsystencji budyniu. Bo ja już tak mam, że mnie się chce różnych konsystencji. Jak pochrupię jabłka, sałatę czy marchewkę to muszę mieć jakąś odmianę.
Składniki:
garść sałaty
max 100 ml wody
trzy wielkie dojrzałe banany
łyżka zmielonego siemienia
łyżka kakako
Wykonanie:
Sałatę zmiksowałam z wodą. Dopiero wtedy dodałam całą resztę składników do blendera. Kilka ruchów i bardzo gęsta masa, czyli mój "budyń", była gotowa do jedzenia.
Zjadłam i poszłam się umyć, żeby nie straszyć po treningu. Jak zwykle o tej porze obmyślam co na obiad i przygotowuję się do pracy (w głowie i na papierze). Przed południem czytam też maile, blogi i sama piszę. Potem szybko obiad (albo w trakcie), trochę sprzątania i do roboty. Co w tym czasie zjadam?
Na drugie śniadanie dziś po prostu sałata, czyli reszta główki, którą wyjęłam, żeby zrobić "budyń" i do tego jakiś pomidor, parę oliwek, nieco octu balsamico i łyżka oliwy.
Na obiad moja wariacja na temat zielonego curry.
Składniki:
200 g. fasolki szparagowej
pół brokuła
dwie łodygi selera naciowego
50 g. ryżu brązowego
łyżka pasty curry
woda
A oto jak to zrobić:
Do garnka wlewamy dwie szklanki wody i wsypujemy ryż. Gotujemy. W tym czasie kroimy selera i dorzucamy do ryżu. Do całości dodajemy łyżkę zielonej pasty curry. Po prawie 30 minutach dodajemy fasolkę i czekamy, aż całość znów się zagotuje. Jeżeli brakuje wody to dolewamy po trochu. Na koniec dodajemy brokuła i czekamy, aż wszystko zmięknie.
Porcja wychodzi podwójna, więc ja czasem wracając wieczorem z pracy, kiedy jestem bardzo głodna i wiem, że jeszcze nie idę spać i posiedzę to zjadam drugi talerz. Albo mam gotowy obiad na drugi dzień. Nie tracę czasu. Jupi :)
A co między obiadem i kolacją? Najczęściej owoce. Łatwo zabrać i łatwo zjeść. Banan, jabłko, gruszka, czasem robię sałatkę owocową dodając jeszcze ananasa czy cytrusy. A są dni, że mam ochotę na chleb. Robię wtedy jakąś pastę warzywną i przygotowuję kanapki, dodając sałatę, ogórka, kiełki i inne pyszności.
A co do ruchu.... to nie ograniczam się do biegania. Czasem poćwiczę w domu z jakimś nagraniem z Youtube, czasem jadę na basen czy po prostu idziemy na kilka godzin w góry. A jak nie ma siarczystych mrozów i nie pada śnieg to do pracy 2-3 razy w tygodniu jadę rowerem. Wychodzi około 16 km do góry i na dół. Na miejscu jestem cała zlana potem od tych wzniesień i ludzie pytają co mi się stało, że mam wypieki. Oni tego nie doświadczają. To może Ty się skusisz na trening? Polecam!
PS dziś jakiś pan w średnim wieku ze zdziwienia wyjął telefon i krzyczał, że mi zdjęcie zrobi podczas treningu (jakimś ewenementem jestem?). Ale nie dziwi mnie jego zaskoczenie. Piwny brzuszek, a raczej brzuszysko mówiło samo za siebie.
PS A oto sałata. Jak można tego nie lubić?!?!?! (I moja stopa, której nie zauważyłam w kadrze. Kiepski ze mnie fotograf.)
PS A oto sałata. Jak można tego nie lubić?!?!?! (I moja stopa, której nie zauważyłam w kadrze. Kiepski ze mnie fotograf.)
wtorek, 25 lutego 2014
Treningowe śniadanie
Przez pewien czas unikałam szejków. Podobnie zresztą jak bananów, ponieważ bardzo mi się przejadły. Z dnia na dzień bowiem pomyślałam, że witarianizm to idealna rzecz dla mnie. Podleczy mnie tam, gdzie trzeba i już. Ale przyzwyczajenia do gotowanych obiadów mam tak silne, że nie wytrwałam zbyt długo na 100 % surowym. Wiele mi jednak zostało z tamtego okresu i jem dużo surowych i zdrowych rzeczy. Ostatnio wróciłam do robienia szejków na śniadanie. Przed porannym bieganiem muszę zjeść coś energetycznego, sycącego i jednocześnie lekkiego. Dzięki mojej miksturze nie mam kolek jak biegnę i nie czuję się głodna, a co najważniejsze zmęczona. Energia z rana jest kosmiczna. Polecam każdemu.
A oto jak to przygotować:
Do sporego naczynia wlewamy wodę. Ja mam pojemnik, który kupiłam razem z blenderem. Jest od razy miarka (max 700 ml). Do wody wkładamy szpinak lub inne zielsko i robimy gładką "zupę".
Dopiero wtedy dokładamy owoce i również blendujemy. Na koniec dodajemy siemie i kakao. Dokładnie mieszamy blenderem i voila.
Wodę używam w zależności jaką konsystencję chcę uzyskać. Mniej wodu - "papka". Więcej - "zupa".
A na koniec mała refleksja. Kto widział w internecie/gazecie piękne zdjęcia kolorowych szejków? O takie na przykład:
No to niestety mój taki piękny z mlekiem i z photoshopa nie jest. Wygląda jak nie powiem co, ale smak ma nieziemski i na pewno jest zdrowy. I zrobiłam zdjęcia. Większość już wychlałam, ale coś ocalał.
Składniki:
ok. 200 ml wody
garść lub dwie świeżego szpinaku (może być inne zielsko)
3 banany
garść truskawek/malin/jagód/gruszka/jabłko (cokolwiek lubicie)
łyżka kakao
łyżka zmielonego siemienia
A oto jak to przygotować:
Do sporego naczynia wlewamy wodę. Ja mam pojemnik, który kupiłam razem z blenderem. Jest od razy miarka (max 700 ml). Do wody wkładamy szpinak lub inne zielsko i robimy gładką "zupę".
Dopiero wtedy dokładamy owoce i również blendujemy. Na koniec dodajemy siemie i kakao. Dokładnie mieszamy blenderem i voila.
Wodę używam w zależności jaką konsystencję chcę uzyskać. Mniej wodu - "papka". Więcej - "zupa".
A na koniec mała refleksja. Kto widział w internecie/gazecie piękne zdjęcia kolorowych szejków? O takie na przykład:
No to niestety mój taki piękny z mlekiem i z photoshopa nie jest. Wygląda jak nie powiem co, ale smak ma nieziemski i na pewno jest zdrowy. I zrobiłam zdjęcia. Większość już wychlałam, ale coś ocalał.
niedziela, 23 lutego 2014
Na spontanie
Kurcze no!
Witam wszystkich znowu po przerwie.
Ja to chyba powinnam pisać na spontanie, bo jak tylko coś sobie zaplanuję, że napiszę, to jakoś nie wychodzi. Odłączyli wam kiedyś internet? Mnie tak. Jak człowiek nie dostanie rachunku to nie zapłaci. A jak nie zapłaci to mu odcinają. Tylko człowiek chętny jest do płacenia, a rachunku niet i już. I czyja to wina? No nie ważne. Internet za to znów jest i ja znów mogę pisać. Choć dziś ewidentnie mi się nie chce. Zmęczyłam się mocno. Dotleniłam organizm i doładowałam dużo jak na luty witaminy D ze słoneczka. Cztery godziny łażenia po górach w pełnym słońcu. Dawno tak nie było. Dużo za to bydła niestety. W szpilach wjeżdżają kolejką i w schronisku brylują. Makijaż i fryzura nienaganne. A ja? Poszarpana, do kolan z błota, w wielkich brudnych buciorach. Ale ja i tak czuję się fantastycznie z moją czerwoną twarzą, ledwo posmarowaną kremem. I biegaczy dużo w tym wszystkim. Pozazdrościć formy można. Ale jak nogi odpoczną to jutro może też uda się pobiegać.
A wracając do tematu brylujących... Kilka moich refleksji na temat naszego społeczeństwa. Weszliśmy do pierwszego schroniska (potem szliśmy jeszcze na jeden szczyt i zaliczyliśmy drugie schronisko) i dużo bydła popijało piwko, jadło gulasze i mega tłusty bigos. Na deser szarlotka lub sernik posypany toną pudru i kolorowe napoje. My usiedliśmy z boku i zaczęła się obserwacja. Zjedliśmy po kanapce, ciśnienie złagodziliśmy kawą parzuchą i chwilę patrzyliśmy na ludzi wchodzących i podchodzących do kasy. Po pierwsze prawie nikt nie był brudny z błota, czyli musieli jechać kolejką. Po drugie ci brudni nie byli bardzo zadyszani. Pewnie wchodzili pół dnia, żeby się przypadkiem nie zmęczyć, bo to takie straszne. No i ta rewia mody. Buty na obcasie/koturnie to norma. Mało ubrań sportowych i niestety mało rzeczy wygodnych! A jak już ktoś się zaopatrzył w dresowe czy turystyczne ubrania to wszystko funkiel nówki na pewno rzadko używane. Dalej było tylko gorzej. Pijany facet szedł mega zygzakiem i wpadł na ścianę...
Konkluzja: Już wiem, czemu jesteśmy najszybciej przybierającym na wadze krajem europy. Już wiem, czemu polskie dzieci są najgrubsze. Każdy mówi o ruchu, ale ja widzę jedynie PSEUDO ruch. Najważniejszy jest nienaganny wygląd, a nie wydolność. Ten trend jest przerażający. A potem zawał za zawałem i kupa kasy na leczenie. Sama również powinnam więcej ćwiczyć, bo wiem, że mi kondycja siadła. Ale jednak coś robię i staram się poważnie do tego podchodzić. I zamiast fast foodu wróciłam do domu i ugotowałam zdrowy obiad. Da się? No da się. Więc o co chodzi???!!!
Witam wszystkich znowu po przerwie.
Ja to chyba powinnam pisać na spontanie, bo jak tylko coś sobie zaplanuję, że napiszę, to jakoś nie wychodzi. Odłączyli wam kiedyś internet? Mnie tak. Jak człowiek nie dostanie rachunku to nie zapłaci. A jak nie zapłaci to mu odcinają. Tylko człowiek chętny jest do płacenia, a rachunku niet i już. I czyja to wina? No nie ważne. Internet za to znów jest i ja znów mogę pisać. Choć dziś ewidentnie mi się nie chce. Zmęczyłam się mocno. Dotleniłam organizm i doładowałam dużo jak na luty witaminy D ze słoneczka. Cztery godziny łażenia po górach w pełnym słońcu. Dawno tak nie było. Dużo za to bydła niestety. W szpilach wjeżdżają kolejką i w schronisku brylują. Makijaż i fryzura nienaganne. A ja? Poszarpana, do kolan z błota, w wielkich brudnych buciorach. Ale ja i tak czuję się fantastycznie z moją czerwoną twarzą, ledwo posmarowaną kremem. I biegaczy dużo w tym wszystkim. Pozazdrościć formy można. Ale jak nogi odpoczną to jutro może też uda się pobiegać.
A wracając do tematu brylujących... Kilka moich refleksji na temat naszego społeczeństwa. Weszliśmy do pierwszego schroniska (potem szliśmy jeszcze na jeden szczyt i zaliczyliśmy drugie schronisko) i dużo bydła popijało piwko, jadło gulasze i mega tłusty bigos. Na deser szarlotka lub sernik posypany toną pudru i kolorowe napoje. My usiedliśmy z boku i zaczęła się obserwacja. Zjedliśmy po kanapce, ciśnienie złagodziliśmy kawą parzuchą i chwilę patrzyliśmy na ludzi wchodzących i podchodzących do kasy. Po pierwsze prawie nikt nie był brudny z błota, czyli musieli jechać kolejką. Po drugie ci brudni nie byli bardzo zadyszani. Pewnie wchodzili pół dnia, żeby się przypadkiem nie zmęczyć, bo to takie straszne. No i ta rewia mody. Buty na obcasie/koturnie to norma. Mało ubrań sportowych i niestety mało rzeczy wygodnych! A jak już ktoś się zaopatrzył w dresowe czy turystyczne ubrania to wszystko funkiel nówki na pewno rzadko używane. Dalej było tylko gorzej. Pijany facet szedł mega zygzakiem i wpadł na ścianę...
Konkluzja: Już wiem, czemu jesteśmy najszybciej przybierającym na wadze krajem europy. Już wiem, czemu polskie dzieci są najgrubsze. Każdy mówi o ruchu, ale ja widzę jedynie PSEUDO ruch. Najważniejszy jest nienaganny wygląd, a nie wydolność. Ten trend jest przerażający. A potem zawał za zawałem i kupa kasy na leczenie. Sama również powinnam więcej ćwiczyć, bo wiem, że mi kondycja siadła. Ale jednak coś robię i staram się poważnie do tego podchodzić. I zamiast fast foodu wróciłam do domu i ugotowałam zdrowy obiad. Da się? No da się. Więc o co chodzi???!!!
czwartek, 20 lutego 2014
Wzięło mnie
No sport to zdrowie. Tak wiadomo. Zdrowe jedzenie też. No wiadomo. Ale dopiero jakiś czas temu uświadomiłam sobie, jakie to jest ważne razem. Dopiero kiedy usłyszałam słowo: "holistyczny" dotarło do mnie to wszystko. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, że skoro chcę schudnąć i chcę być zdrowa wszystko musi dziać się jednocześnie. Ważny jest też odpoczynek, oczyszczanie ciała i wiele innych rzeczy. I moje: "Chcę schudnąć pięć kilo" nabiera realnych kształtów. Dwa tygodnie (z mniejszymi i większymi odstępstwami) stosuję coś ala dietę. Muszę jeszcze nad tym popracować. Do tego od 10 dni regularnie ćwiczę. I nie udaję, że coś robię tylko naprawdę treninguję :D Na początku mi się nie chce. Po treningu chce mi się więcej. Uwielbiam to uczucie!
Myśląc o holistycznym podejściu przypomniało mi się jak trzy lata temu "wchodziłam" w temat zdrowego życia, sportu nie tylko rekreacyjnie i braku mięsa w diecie. Pierwszy raz stosowałam dietę dr Dąbrowskiej, pierwszy raz ćwiczyłam 3-6 razy w tygodniu czyli regularnie. Pierwszy raz poczułam się zdrowa i schudłam 8 kilo. Był to dla mnie przełom, który dopiero dziś rozumiem w pełni. Albo jedynie w 90 procentach.
Wiem natomiast, że swoją wiedzą mogę podzielić się z innymi. I to będę czyniła. A na pierwszy ogień tekst stricte na temat z najnowszego numeru "Coaching". No tak, jakby czytali w moich myślach. Dlatego zapraszam jutro na trening... głowy, aby ciało też się dobrze miało.
Myśląc o holistycznym podejściu przypomniało mi się jak trzy lata temu "wchodziłam" w temat zdrowego życia, sportu nie tylko rekreacyjnie i braku mięsa w diecie. Pierwszy raz stosowałam dietę dr Dąbrowskiej, pierwszy raz ćwiczyłam 3-6 razy w tygodniu czyli regularnie. Pierwszy raz poczułam się zdrowa i schudłam 8 kilo. Był to dla mnie przełom, który dopiero dziś rozumiem w pełni. Albo jedynie w 90 procentach.
Wiem natomiast, że swoją wiedzą mogę podzielić się z innymi. I to będę czyniła. A na pierwszy ogień tekst stricte na temat z najnowszego numeru "Coaching". No tak, jakby czytali w moich myślach. Dlatego zapraszam jutro na trening... głowy, aby ciało też się dobrze miało.
niedziela, 16 lutego 2014
Ćwiczyć każdy może
W poprzednim sezonie miałam kontuzję. Mało biegałam czy jeździłam na rowerze. Dodatkowo zmieniłam go na inny. Nagle z miejskiego przesiadłam się na górala. Nie tylko z napisem "górski", ale z osprzętem do prawdziwej jazdy w terenie. I do tego męska rama. Poważna sprawa, dlatego bałam się na nim jeździć. Kilka razy spróbowałam, a potem cieszyłam się, że jest na tyle zimno, że wsiadam w autobus i nie muszę dotykać roweru. Teraz jednak czas ruszyć go ponownie. Wyjęłam, obejrzałam i ruszyłam. Było ciepło (około 8 stopni), dlatego jazda to czysta przyjemność. 45 minut na przemian w górę i w dół po bardzo różnym terenie. Cudo! Aż się rozmarzyłam. Jutro też idę pojeździć:)
Ale chciałam napisać coś zupełnie innego. Takie mam ostatnio refleksje na różne tematy. Teraz naszło mnie na sport. Parę lat temu wyprowadziłam się z rodzinnego miasta. Jakoś nie podobało mi się tam za bardzo i nie widziałam dla siebie perspektyw. Pokochałam góry i Beskid niski jest jak dla mnie świetnym miejscem. Miast sporo, a góry i lasy mimo to na wyciągnięcie ręki. Władze wygospodarowały nieco kasy na ścieżki rowerowe i tereny rekreacyjne. Jest gdzie jeździć, jest gdzie biegać. Rozpisuję się nie bez przyczyny na ten temat. Znam różne miasta, gdzie są tereny, do aktywnego spędzania czasu. Ale są one martwe. 80% zainwestowanych środków marnuje się w tragiczny sposób. Polskie społeczeństwo nie jest nauczone ruchu i bardzo nad tym ubolewam. O ile moda na sport dosięgnęła młodych to nasi rodzice i dziadkowie w większości dogorywają w wolnym czasie na kanapie przed telewizorem czy wśród znajomych przy torcie, golonce i alkoholu.Ble.
Ale, ale. Powyższe to wstęp do pozytywnych rzeczy o których chcę napisać. Mam nadzieję, że więcej jest takich wyjątkowych miast/dzielnic jak moje obecne. Zagospodarowane tereny nie marnują się tu za często. I może nie jest idealnie, ale cieszy mnie to co widzę. Dzisiaj.... no ja miałam mega szybki spacer 60 minut, a potem rower 45 minut. I przez ten czas byłam w kilku miejscach w mieście i widziałam tak wielu aktywnych ludzi. Rowery dookoła. Do tego biegacze! Tak wielu biegaczy, że oczy z orbit wychodzą. A ile dziadków! Nordic walking pełną gębą. I to całymi stadami. Pewnie jakbym poszła dalej w las i na jakiś górski szlak (jak dwa tygodnie temu) to znów bym spotkała całe stada z kijami. Czasem zdarza mi się w tygodniu z samego rana choćby o 7 iść do lasu i biegać. Jak mroźno to raczej pusto, ale jak się zbliży słupek do zera to dużo ludzi wychodzi. Pobiegać, pochodzić trochę. No i jeździć po górach.
Trzeba się jedynie zorganizować. I po kilku razach wszystko wiadomo. Wtedy nie ma już wymówek.
A ja niestety szybko się nudzę, dlatego co jakiś czas zmieniam ćwiczenia. Ostatnio postanowiłam robić pompki. Ale jako=kobieta uważająca na ręce (w końcu to moje narzędzie pracy) nie mam zbyt dużych i silnych mięśni. Dlatego zaczęłam od podstaw. Okazałam się mega słabeuszem, czyli damskie lajtowe pompki na pierwszy ogień. Męczarnia. Po tygodniu widzę progres, więc idę ćwiczyć dalej. Może w marcu uda mi się przejść na męskie. A jutro rower i.... no muszę coś nowego skombinować. Co myślicie o ćwiczeniach Ewy Chodakowskiej? To naprawdę daje takie rezultaty po miesiącu?
BTW ćwiczyć każdy może! Chęci, chęci i jeszcze raz chęci. A potem dobra organizacja czasu i luzik. To znaczy nie luzik, tylko męczarnia. Ale jaka przyjemna... No to idę popompować :D
Ale chciałam napisać coś zupełnie innego. Takie mam ostatnio refleksje na różne tematy. Teraz naszło mnie na sport. Parę lat temu wyprowadziłam się z rodzinnego miasta. Jakoś nie podobało mi się tam za bardzo i nie widziałam dla siebie perspektyw. Pokochałam góry i Beskid niski jest jak dla mnie świetnym miejscem. Miast sporo, a góry i lasy mimo to na wyciągnięcie ręki. Władze wygospodarowały nieco kasy na ścieżki rowerowe i tereny rekreacyjne. Jest gdzie jeździć, jest gdzie biegać. Rozpisuję się nie bez przyczyny na ten temat. Znam różne miasta, gdzie są tereny, do aktywnego spędzania czasu. Ale są one martwe. 80% zainwestowanych środków marnuje się w tragiczny sposób. Polskie społeczeństwo nie jest nauczone ruchu i bardzo nad tym ubolewam. O ile moda na sport dosięgnęła młodych to nasi rodzice i dziadkowie w większości dogorywają w wolnym czasie na kanapie przed telewizorem czy wśród znajomych przy torcie, golonce i alkoholu.Ble.
Ale, ale. Powyższe to wstęp do pozytywnych rzeczy o których chcę napisać. Mam nadzieję, że więcej jest takich wyjątkowych miast/dzielnic jak moje obecne. Zagospodarowane tereny nie marnują się tu za często. I może nie jest idealnie, ale cieszy mnie to co widzę. Dzisiaj.... no ja miałam mega szybki spacer 60 minut, a potem rower 45 minut. I przez ten czas byłam w kilku miejscach w mieście i widziałam tak wielu aktywnych ludzi. Rowery dookoła. Do tego biegacze! Tak wielu biegaczy, że oczy z orbit wychodzą. A ile dziadków! Nordic walking pełną gębą. I to całymi stadami. Pewnie jakbym poszła dalej w las i na jakiś górski szlak (jak dwa tygodnie temu) to znów bym spotkała całe stada z kijami. Czasem zdarza mi się w tygodniu z samego rana choćby o 7 iść do lasu i biegać. Jak mroźno to raczej pusto, ale jak się zbliży słupek do zera to dużo ludzi wychodzi. Pobiegać, pochodzić trochę. No i jeździć po górach.
Trzeba się jedynie zorganizować. I po kilku razach wszystko wiadomo. Wtedy nie ma już wymówek.
A ja niestety szybko się nudzę, dlatego co jakiś czas zmieniam ćwiczenia. Ostatnio postanowiłam robić pompki. Ale jako=kobieta uważająca na ręce (w końcu to moje narzędzie pracy) nie mam zbyt dużych i silnych mięśni. Dlatego zaczęłam od podstaw. Okazałam się mega słabeuszem, czyli damskie lajtowe pompki na pierwszy ogień. Męczarnia. Po tygodniu widzę progres, więc idę ćwiczyć dalej. Może w marcu uda mi się przejść na męskie. A jutro rower i.... no muszę coś nowego skombinować. Co myślicie o ćwiczeniach Ewy Chodakowskiej? To naprawdę daje takie rezultaty po miesiącu?
BTW ćwiczyć każdy może! Chęci, chęci i jeszcze raz chęci. A potem dobra organizacja czasu i luzik. To znaczy nie luzik, tylko męczarnia. Ale jaka przyjemna... No to idę popompować :D
poniedziałek, 3 lutego 2014
Nie chce mi się...
Obiecałam sobie, że będę publikowała minimum pięć postów w tygodniu. Dla jedynych to dużo, dla innych mało. Dla mnie w sam raz. Pochłania to bowiem część moich poranków. W tym momencie wolę poświęcić ten czas na ćwiczenie i zorganizowanie w domu (nie tylko dla mnie) jeszcze zdrowszej diety, niż zwiększenie mojej blogowej pisaniny. Choć bardzo bym chciała, to zdrowie moich najbliższych i moje jest ważniejsze niż jeden dodatkowy post. Mam nadzieję, że nikt się za to nie obrazi. Bo lubię pisać i miło mi kiedy czytacie, ale doba ma niestety tylko 24 h.
Tak poza tym to ostatnio dużo się napracowały moje nogi. A potem głowa. I czuję pewne drobne zmęczenie, które nastąpiło po zwyżce energii. I jakoś średnio chce mi się czytać mądre i trudne artykuły i potem pisać mądre rzecz. Więc zrobiłam sobie dzień lenia. To znaczy lenia od pracy zawodowej i czytania mądrych rzeczy. Ubrałam buty i wyruszyłam w góry. Nie chciałam iść sama i udało się.
I mała refleksja na ten temat. W tygodniu baaardzo mało ludzi coś robi dla swojego zdrowia. Jedynie zapaleńcy, którzy biegają po niezłych stromiznach, albo postrzeleńcy zjeżdżający z tych stromizn na rowerach. W czwartek było takich kilku. Można policzyć na palcach jednej ręki. A my źle skręciliśmy i moje durne "chodźmy w prawo" dało nam mega górę i wycisk ponad siły wieeeelu. W niedzielę już nie popełniłam tego błędu.
Wczoraj Było zupełnie inaczej. Góry mają to do siebie, że na (prawie) każdy szczyt można dojść z różnych stron i różnymi szlakami. Są takie dla leni lub bez kondycji, dla starszych i dla młodszych, dla wyczynowców i kanapowców. W niedzielę chodzi dużo rodzin z małymi dziećmi i staruszkowie. No i zapaleńcy, a od czasu do czasu kanapowcy. Pocieszające jest, że tak wiele osób się rusza raz w tygodniu, czy raz w miesiącu. Ale wiem po sobie, że to nie wystarcza. TO JEST ZA MAŁO.
Miałam wczoraj dyskusję na ten temat. Człowiek pracuje w biurze 40 h/tydzień. Dojeżdża, więc go nie ma w domu kolejnych 5h. A jak są korku to nawet 8-10h na tydzień spędza w samochodzie. Czyli wychodzi z domu o 8 i wracam powiedzmy o 18. Zmęczony i głodny ma jeszcze kilka rzeczy do zrobienia i na ćwiczenia nie ma czasu. Rano ciężko wstać do pracy, a co do tego obudzić się pół godziny wcześniej i się poruszać. I ja taką osobę rozumiem. Sama styczeń miałam ciężki. Odkąd zachorowałam na ospę prawie trzy tygodnie ledwo się ruszałam. Nie dość, że byłam osłabiona przez kilka pierwszych dni to jeszcze to nie wychodzenie z domu. No koszmar. I teraz czuję zmęczenie.
I moja konkluzja. Oczywiście na mój temat. Widzę, że nie jest ze mną tak najgorzej. Mam dni, a nawet tygodnie, kiedy ruszam się ledwo co. Wiem, że powinnam intensywnie ćwiczyć trzy razy w tygodniu. Nie zawsze tak się jednak dzieje. A mimo wszystko mam lepszą kondycję, niż większość osób z którymi mam kontakt. Znajomi, rodzina, ludzie z pracy. To nie jest jednak fakt, który ma mi pomóc spocząć na laurach. Narzekam na swoją wagę, sylwetkę, kondycję. No narzekam i muszę ćwiczyć i się ruszać. W dodatku to jest maga ważne dla zdrowia. A poza tym te widoki. Wchodząc przypomniałam sobie, że mam telefon i cyknęłam kilka fotek. Jakaś dziwna plama zaatakowała mi telefon, ale ja się nią nie przejmuję. Na tą górę po lewej weszliśmy. A potem się zgubiliśmy i wylądowaliśmy pod kolejką. Ale w końcu trafiliśmy na właściwy szlak:) A co najważniejsze to na górze byliśmy cali mokrzy. Mięśnie się napracowały. Sport to nie tylko zamknięta siłownia z grzybem w klimatyzacji.
Tak poza tym to ostatnio dużo się napracowały moje nogi. A potem głowa. I czuję pewne drobne zmęczenie, które nastąpiło po zwyżce energii. I jakoś średnio chce mi się czytać mądre i trudne artykuły i potem pisać mądre rzecz. Więc zrobiłam sobie dzień lenia. To znaczy lenia od pracy zawodowej i czytania mądrych rzeczy. Ubrałam buty i wyruszyłam w góry. Nie chciałam iść sama i udało się.
I mała refleksja na ten temat. W tygodniu baaardzo mało ludzi coś robi dla swojego zdrowia. Jedynie zapaleńcy, którzy biegają po niezłych stromiznach, albo postrzeleńcy zjeżdżający z tych stromizn na rowerach. W czwartek było takich kilku. Można policzyć na palcach jednej ręki. A my źle skręciliśmy i moje durne "chodźmy w prawo" dało nam mega górę i wycisk ponad siły wieeeelu. W niedzielę już nie popełniłam tego błędu.
Wczoraj Było zupełnie inaczej. Góry mają to do siebie, że na (prawie) każdy szczyt można dojść z różnych stron i różnymi szlakami. Są takie dla leni lub bez kondycji, dla starszych i dla młodszych, dla wyczynowców i kanapowców. W niedzielę chodzi dużo rodzin z małymi dziećmi i staruszkowie. No i zapaleńcy, a od czasu do czasu kanapowcy. Pocieszające jest, że tak wiele osób się rusza raz w tygodniu, czy raz w miesiącu. Ale wiem po sobie, że to nie wystarcza. TO JEST ZA MAŁO.
Miałam wczoraj dyskusję na ten temat. Człowiek pracuje w biurze 40 h/tydzień. Dojeżdża, więc go nie ma w domu kolejnych 5h. A jak są korku to nawet 8-10h na tydzień spędza w samochodzie. Czyli wychodzi z domu o 8 i wracam powiedzmy o 18. Zmęczony i głodny ma jeszcze kilka rzeczy do zrobienia i na ćwiczenia nie ma czasu. Rano ciężko wstać do pracy, a co do tego obudzić się pół godziny wcześniej i się poruszać. I ja taką osobę rozumiem. Sama styczeń miałam ciężki. Odkąd zachorowałam na ospę prawie trzy tygodnie ledwo się ruszałam. Nie dość, że byłam osłabiona przez kilka pierwszych dni to jeszcze to nie wychodzenie z domu. No koszmar. I teraz czuję zmęczenie.
I moja konkluzja. Oczywiście na mój temat. Widzę, że nie jest ze mną tak najgorzej. Mam dni, a nawet tygodnie, kiedy ruszam się ledwo co. Wiem, że powinnam intensywnie ćwiczyć trzy razy w tygodniu. Nie zawsze tak się jednak dzieje. A mimo wszystko mam lepszą kondycję, niż większość osób z którymi mam kontakt. Znajomi, rodzina, ludzie z pracy. To nie jest jednak fakt, który ma mi pomóc spocząć na laurach. Narzekam na swoją wagę, sylwetkę, kondycję. No narzekam i muszę ćwiczyć i się ruszać. W dodatku to jest maga ważne dla zdrowia. A poza tym te widoki. Wchodząc przypomniałam sobie, że mam telefon i cyknęłam kilka fotek. Jakaś dziwna plama zaatakowała mi telefon, ale ja się nią nie przejmuję. Na tą górę po lewej weszliśmy. A potem się zgubiliśmy i wylądowaliśmy pod kolejką. Ale w końcu trafiliśmy na właściwy szlak:) A co najważniejsze to na górze byliśmy cali mokrzy. Mięśnie się napracowały. Sport to nie tylko zamknięta siłownia z grzybem w klimatyzacji.
wtorek, 19 listopada 2013
Jesień w górach
Najfajniej w górach jest właśnie jesienią. Słońce nie praży już tak mocno, a śniegu często jeszcze nie ma. Ścieżki są więc łatwe do przejścia i sezonowi turyści powoli się wykruszają. Jest to ten moment w którym możemy odkryć najwięcej przyjemności z obcowania z przyrodą. Wielu osobom wydaje się, że chodzenie po górach to żaden sport. Ja jednak wiem, że może być bardzo męcząco, a zarazem o wiele przyjemniej niż na bieżni czy rowerku w zamkniętej siłowni. Za takimi miejscami bowiem nie przepadam. Pocisz się i patrzy na ciebie tłum ludzi, a ty próbujesz jedynie gapić się w gładką i jednokolorową ścianę. Sport na świeżym powietrzu jest o wiele fajniejszym rozwiązaniem. Przynajmniej dla mnie. Dlatego polecam wam coś dla ciała, a zarazem dla ducha. Prawda, że piękne??!!
Dlatego dzisiejsze wyjście było bardzo przyjemne. Szkoda tylko, że zdrowie średnio dopisuje. Ale o tym następnym razem...
Subskrybuj:
Posty (Atom)













