Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LOS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LOS. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 listopada 2015

Motywacja

Kiedy coś się wali, to wali się wszystko! Znacie? Ja aż za bardzo. Przeżyłam chyba najgorszy miesiąc w tym dziesięcioleciu. Może w życiu... Sama nie wiem, ale wspominam to bardzo źle. Jest to czas, kiedy w pewnym momencie przestaje Ci się chcieć. No bo jak długo można walczyć, kiedy nie przynosi to nic pozytywnego i jest coraz gorzej. Ciężka sprawa.

Ostatecznie los zadecydował za mnie. Choroba przykuła mnie na kilka dni do łóżka, przez co po prostu odpuściłam całą walkę. Odpoczęłam przez ten czas i zrozumiałam, że nie można się ciągle starać, ciągle motywować i walczyć. Jesteśmy żywymi organizmami, które potrzebują od czasu do czasu świętego spokoju, czyli po prostu odpoczynku. Nie możemy starać się 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. To jest po prostu fizycznie nie możliwe. W tym czasie odpuściłam treningi, zajęłam się przyjemnościami i odpoczęłam choć trochę od pracy. Faktem jest, że nieco się rozleniwiłam i muszę na nowo wejść w lepsze jedzenie i systematyczne ćwiczenie, ale wiem, że z czasem znów będę pędziła.

Nasze życie działa jak sinusoida. Nie możemy być na topie cały czas. Nasza forma, dieta, dom czy praca mają prawo do kryzysu i odpoczynku. Nawet największa motywacja nie pomoże. Ja próbowałam się zmusić pomimo sił. W końcu organizm zastrajkował, bo potrzebował nowej energii. Kiedy po wolnym znów przekroczyłam mury firmy w której pracuję, wszystko potoczyło się inaczej. Emanowałam spokojem, co przełożyło się na osoby z którymi pracuję. Ich pozytywne zachowanie wpływa teraz na mój dobry humor, a to z kolei daje mi motywację do działania.

piątek, 2 maja 2014

"DETOKS"? KONKLUZJA?

Zdarza się, że człowiek jest w aspołeczny. Zdarza się, że jest wręcz przeciwnie, a jednak los ową aspołeczność generuje i nie pozwala na inne zachowania. Podobnie było w moim przypadku przez ponad miesiąc. Zawirowania życiowe (jak się okazało prawie same pozytywne) spowodowały moje niezamierzone odcięcie się od ludzi w rzeczywistości jak i w sieci. Brak internetu oraz kursowanie między mieszkaniem, trochę pracą i różnymi instytucjami sprawił mi nieco "detoks". Niestety tylko psychiczny ponieważ z ciałem było bardzo kiepsko. Wszystko zakończyło się poważną chorobą, mega odpoczynkiem i rozpoczęło nowy etap w moim życiu. Od dwóch tygodni mam dużo więcej czasu. Zaczęłam też intensywnie ćwiczyć. Biegam, jeżdżę na rowerze i zdarzyło mi się nawet poćwiczyć nieco brzuch. Z tym ostatnim jest tragicznie. Na początku nie było czasu i możliwości żeby gotować. A ja nie jestem przyzwyczajona jeść same owoce cały dzień, dlatego dieta była najgorsza od chyba pięciu lat. Potem święta i ten wzrok każdego: zjedz moje ciasto, zjedz moją sałatkę, podziel się jajkiem... A to wszystko naładowane cukrem i tłuszczem, czyli z kęsa na kęs czyniło ze mnie nałogowca, uzależnionego od słodkości. Od trzech dni jest jednak inaczej i czuję się o niebo lepiej. Ponieważ mam też trochę czasu to robię po dwa krótkie treningi dziennie i czuję, że żyję. W końcu!

Głowa odpoczęła od ludzi spotykanych na co dzień ze względu na ograniczony kontakt. Do tego dużo sportu i znów zdrowe jedzenie. Mimo nieproporcjonalnego, rozleniwionego ciała, które wygląda nie najlepiej, choć według lekarzy jest ok, zamierzam sporo ćwiczyć. Po raz pierwszy od dawna wiem, że nie chcę robić długich przerw między treningami i nie wyobrażam sobie życia bez sportu. A jeszcze lepiej byłoby, gdyby stał się on elementem mojej pracy. Wiem po sobie, że nie zacznę jeść jak wróbelek. Wolę dużo się ruszać, żeby spalić zjedzone kalorie.

Inną konkluzją jest dla mnie blog. Dzięki niemu czytam i piszę przez co pozwalam się rozwijać moim połączeniom w mózgu. Samo czytanie może być równie dobre, ale ja potrzebuję jednak czegoś więcej. Widzę jak ludzie godzinami siedzą w pracy, mało się ruszają i do tego jedyną rozrywką jest telewizja. Wiem, że nie prowadzi to do niczego dobrego. Wiele badań dowiodło niefajnych rzeczy w tej materii. Alzheimer i różne inne "starcze" dolegliwości mogą być wyeliminowane, opóźnione lub złagodzone poprzez samorozwój na każdym etapie życia. Wystarczy robić "twórcze" rzeczy stale i według mnie z zaangażowaniem, a jasność umysłu będzie wciąż na wysokim poziomie.

I może piszę dziś banały, ale doznałam pewnego olśnienia. Po dłuższym czasie stagnacji czuję tak wielką euforię, że nie jestem w stanie nawet składnie pisać. Tekstu nie przeczytam kilka razy jak to zwykle czynię, tylko od razu zamieszczam go dla Was. A sama idę na mój drugi trening., a potem na zdrowy obiad.

Uściski dla wszystkich, którzy czekali na mój powrót :)

wtorek, 3 grudnia 2013

Jeszcze kilka przemyśleń o losie

Jeszcze nie zdążyłam ochłonąć po wiadomości od Eleny, a już los ma ogromny wpływ na moje życie. Kiedy ja pisałam wczorajszego posta, kilkadziesiąt kilometrów dalej była osoba, która intensywnie o mnie myślała. Nie sądziłam też, że napisze do mnie (w końcu to obca mi osoba) i nieco zmodyfikuje moje życie. Od dawien, dawna nie było u mnie tak szczęśliwego dnia. Pełnego uśmiechu wewnętrznego, czyli nareszcie tego prawdziwego.

Cieszy mnie też fakt, że trafiłam na tego bloga. Otworzył mi oczy i to w momencie, kiedy temat jest najbardziej aktualny. Cały rok wyczekuje się świąt. Prawda? A może wyczekuje się prezentów, podarunków i zakupów. No niestety dzieci wychowywane po '89, a w szczególności odkąd jesteśmy w Unii mają się aż za dobrze. Ponieważ uczę (ostatnio szczególnie takie maluchy) to widzę jak wielki jest przepych tam gdzie są pieniądze. A nawet jak jest dziura w domowym budżecie to ludzie i tak chcą mieć. Robią wszystko żeby zdobyć. Jak im się nie uda to kiepski jest ich stan psychiczny. Mnie to przeraża.

Mam swoje małe postanowienie, którym się z Wami podzielę. Do końca roku (a zostało jeszcze trochę czasu) nie kupuję nic czego nie mogę umieścić w kategorii NIEZBĘDNE. Do takowych należy jedzenie. Oczywiście to przygotowane w domu z sezonowych składników, ewentualnie z jakiejś przeceny (w marketach często na warzywach jest półka w lodówce z przecenami lub koszyk między innymi skrzynkami - uwielbiam to). Kosmetyki. Mam już dawno zamówione, więc w sklepach nic nie zamierzam nawet dotykać. Ubrania. Nieco miałam z tym problem. W grudniu bowiem co roku są niezłe przeceny. I ja raz w roku w listopadzie/grudniu robię przegląd bielizny, idę do znanej marki i coś kupuję. Mam mało skarpet i potrzebuję coś na tyłek. I jest to niezbędne od dwóch miesięcy! Już tylko czekam do połowy grudnia. I jeżeli będzie coś w super cienie to minimalistycznie kupię paczkę majtek i skarpet. Nic ponad to! I drugim odstępstwem będą prezenty. Potrzebuję tylko dwa. W tym jeden do pracy za 5 zł. Symbolicznie będzie. A na koniec prasa i książki. Trzy tygodnie temu zamówiłam książki. Dotarły dopiero wczoraj więc je odebrałam. Zapłaciłam. Gazety to nieco inna bajka. Kupuję kilka co miesiąc. Teraz jednak zrezygnuję z większości. Wezmę jedno pismo o modzie, sztuce, kinie itp. I nie mogę sobie odmówić Vege. Małe, tanie, poręczne i bardzo w moim stylu. Jak będę miała stały adres to chyba zamówię prenumeratę. Od 1,5 roku i tak kupuję co miesiąc bez wyjątków. I to koniec.




Co jeszcze można zrobić dobrego?
Świadome wybieranie prezentów. Bo u mnie jest taki zwyczaj, że mówimy, co chcemy dostać. Nie ma niespodzianki, ale prezent jest zawsze udany. Ja dostałam w ten sposób buty, płaszczyk, kilka książek, dobrą deskę, stolnicę i wałek, maszynkę do makaronu i jeszcze pewnie kilka podobnych rzeczy. Coś z czego korzystam na co dzień lub posłuży mi naprawdę wiele lat. Trochę przez to pomagam losowi, ale nie widzę w tym nic złego. Wręcz mam prezenty, których nie wywaliłam dzień po i nie zapomnę o nich naprawdę długo. Może z czasem uda mi się rozluźnić nieco moje kontrolowanie każdego aspektu rzeczywistości. Poproszę wtedy o prezent - niespodziankę. Hmm.. choć właśnie przypomniałam sobie, że w pracy takowy dostanę. Ciekawe jaka będzie moja reakcja.