Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĄŻKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĄŻKA. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 sierpnia 2019

Sprzedaż książek - skupszop

Lubię czytać. Od dziecka tak było, bo udało mi się dorastać w domu z dużą ilością książek.
I pomimo, że rodzice nie mieli za dużo czasu na czytanie to jednak pokazali mi, że warto.
I od tamtej pory jestem molem książkowym. Moja edukacja do matury to głównie biblioteki
i okazjonalne czytanie książek z domowej biblioteczki. Na studiach miałam coraz więcej pieniędzy i swobody w ich wydawaniu. No i coraz częściej sama kupowałam książki. Myślę, że kilkaset tytułów to moja liczba.

Ale w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno chce ich tyle mieć. Przeprowadzka pokazała gorzką prawdę o ich objętości i co gorsza ciężarze.

Przejrzałam mój zbiór i wieeelką siatę z IKEA zapakowałam ksiąźkami i zaniosłam do biblioteki miejskiej. Było ich co najmniej 30, a może nawet więcej.

Po jakimś czasie pomyślałam jednak, że lepiej byłoby je sprzedać. Kiedy po roku robiłam kolejne czystki w mojej (znów za dużej) kolekcji usłyszałam o stronie skupszop. Sprzedałam prawie 20 książek i zarobiłam około 150 zł. Niby niewiele, ale jednak coś się zwróciło.
I przyznaję, że kupiłam potem kolejne książki. Minął kolejny rok. Ja przeczytałam m.in. "Tyranię wybory" o której ostatnio pisałam i spojrzałam inaczej na wiele spraw. Cały poprzedni rok to duża zmiana mojego postrzegania rzeczywistości.

Postanowiłam uporządkować regał z książkami, dokumentami i innymi tego typu rzeczami.
I po raz kolejny sprzedałam karton książek. Dostałam mniej, ale i tak cieszę się, że zrobiło się nieco miejsca.

Inaczej widzę też kupowanie. Nie potrzebuję całej ściany książek. Choć nadal mam ich wiele część miejsca przeznaczyłam na to co chcę przeczytać i wiem, że od razu je sprzedam.

A Tyrania? Idzie do innych. A kiedy do mnie wróci wyląduje w kolejnym kartonie do skupszop. Nie jest to wpis sponsorowany. A szkoda. Ale sprzedawanie tam dalej będę polecać. A może znacie jakieś inne internetowe skupy książek?

niedziela, 4 sierpnia 2019

Tyrania wyboru

"Co się zobaczy nie da się odzobaczyć"

Tak samo jest z informacją. Kiedy dowiesz się coś, co cię poruszy, nie da się przestać o tym myśleć. W długim okresie czasu bywa różnie, ale na początku jest to powiedziałabym nawet męczące.

Jakiś czas temu zacząłem świadomie patrzeć na pewne rzeczy czy ludzi w określonych sytuacjach. I kolejnym stopniem widzenia rzeczy innymi, niż nam się wydaje jest książka "Tyrania wyboru" Renaty Salecl. Pokazuje ona, że nasze wybory wcale nie są nasze i jest to poparte wieloma dowodami. Po prostu trzeba przeczytać!

Bo w gruncie rzeczy rzadko jesteś kowalem swojego losu, a wybory których dokonujesz nie dodają szczęścia twojemu życiu. Są z góry sterowane, aby uzyskać konkretne efekty w społeczeństwie.

Wiem też, że wiele osób przeczytało Tyranię i poleca innym. Tylko nic nie wynieśli z tej lekcji. Dalej żyją tak jak żyli. Jednym uchem wpadło, drugim wypadło. Ja sama czytam wiele książek i wiem, że kiedyś też tak robiłam. To było zaliczanie kolejnych pozycji z listy i zupełne wypieranie tego, co w nich jest. W poprzednich latach zobaczyłam więcej i w tym roku zmieniłam strategię. Mało książek kupuję, czytam po raz drugi, trzeci to co mam i sprzedaję. Świadomie ograniczam ilość informacji i książek. Moje wybory się zmieniły. Moje myślenie się zmieniło.

A następnym razem o tym gdzie ostatnio sprzedałam prawie 20 książek.

"Cukier, sól, tłuszcz"

Przeczytałam ostatnio kilka książek, które skłoniły mnie do wspónej konkluzji. Dziś opowiem o jednej z nich. Jej tytuł to "Cukier, sól, tłuszcz" Michaela Mossa. W podtytule mamy "jak uzależniają nas koncerny spożywcze".

I w zasadzie jest to próba pokazania, że ludzie chcieliby jeść i żyć lepiej, ale ostatecznie wygrywają pieniądze. Wiele jest bowiem przykładów zamiany tytułowych składników na coś lepszego. Różne firmy, nowe technologie, inwestycje w zdrowsze rozwiązania. A jednak po pewnym czasie zdobyta wiedza była (i na pewno jest) przekładana na zwiększenie cukru, soli i tłuszczu, a wszystko jednoznacznie doprowadza do jeszcze większych zysków gigantów spożywczych. Tylko czy firma "produkująca" jedzenie w fabryce może być nazwana spożywczą?! Jest to wysoko przetworzone i zupełnie nie odżywcze dla naszego ciała.

Szczególnie w epilogu rzuca się w oczy jak bardzo jest to dla pieniędzy. Osoby na wysokich stanowiskach, zarządzający dokładaniem cukru, soli i tłuszczu sami unikają wyrobów swoich firm. Nie jedzą ich wcale lub jedynie okazjonalnie stosując na co dzień bardzo mało przetworzone diety. Są szczupli, w dobrej kondycji fizycznej oraz zdrowotnej. Ich praca jednak polega na zwiększeniu zysków gigantów, a co za tym idzie na wciśnięciu w ludzi jeszcze większych ilości niezdrowego jedzenia i przekąsek. Nie mam im tego za złe. Sama chciałabym tyle zarabiać. Tylko co z tym zrobić?

Nic.

No i widzę grono oburzonych osób. Spokojnie. Dla was też coś mam.

Otóż większość tego co jem jest (według mnie oczywiście i nie musisz się z tym zgadzać) dobrym, naturalnym jedzeniem. Ale kiedy idę do sklepu widzę jak wiele ze sklepowych półek to nic nie warte śmieci. No i nie jest tak, że mam z tyłu głowy informacje, co jest dobre, a co nie jest. Tacy ludzie nie są świadomi. To media pokazują co powinniśmy jeść, a co nie. A potem idziesz do sklepu i kupujesz jednak śmieci. Niekiedy masz wyrzuty sumienia.

Nie!

To jest zupełnie coś innego. To jest totalne przestawienie się. Wyobraź sobie, że idziesz ulicą. Codziennie tą samą. I nagle po latach odkrywasz, że na tej ulicy są porozwieszane ozdoby świąteczne. A do tej pory ich nie widziałeś, pomimo, że cały czas się tam znajdowały. I teraz za każdym razem jak idziesz to je widzisz. Choć wcześniej były jakby niewidzialne.

Ja się tak czuję w sklepach lub rozmawiając z ludźmi. Widzę coś czego wielu nie widzi. Ta manipulacja, co mamy kupić, co mamy zjeść. I świadomie biorąc do ręki jakiś zapakowany w tonę plastiku produkt zdaję sobie sprawę jak bardzo jest to przetworzone i najczęściej odkładam z powrotem na półkę.

Jeżeli lubisz dziennikarstwo śledcze czy dokumentalne to polecam. A jak nie to dla świadomości działania przemysłu (nie tylko spożywczego) warto przeczytać.

A o manipulacji to jeszcze następnym razem. Bo to będzie kolejna książka o której chcę wspomnieć...

czwartek, 3 grudnia 2015

Wielkości porcji

Odkąd pamiętam wiele osób mówiło mi, że talerze które miały średnicę 30 cm, dziś mają 45. Naukowcy w laboratoriach oraz psychologowie cały czas współpracują z branżą spożywczą i wciskają nam coraz więcej. Firmy na tym zarabiają i udają, że tak powinno być. Czytałam ostatnio książkę, gdzie autor (jeden z psychologów Uniwersytetu Cornela) pokazuje jakie sztuczki wykorzystuje, abyśmy jedli więcej i kupowali chętniej. Książka ("Beztroskie jedzenie") powędrowała dalej, aby uświadamiać. Zapomniałabym o całej sprawie, gdyby nie dzisiejsze zakupy. Osiedlowy sklep. A raczej sklepik. Częściowo samoobsługowy. Kiedy przechodzi się przez niego nie da się ominąć regału z... chipsami. Na wysokości rąk, nieco poniżej wzroku światło odbija się od kolorowych torebek. Na ogół przechodzę tamtędy obojętnie. Dziś natomiast zaskoczyły mnie nowe, zupełnie inne opakowania i na moment się zatrzymałam. Zaczęłam czytać.

Odkąd pamiętam mała paczka była prostokątna i miała 27 g. Była to standardowa porcja dla jednej osoby. Potem za porcję zaczęto uważać okrągłe 30 g., a od jakiegoś czasu widziałam czasem 35 g. Dziś jednak mała paczka jest kwadratowa (co przykuło moją uwagę) i posiada średnią porcję 40 g. Małych paczek nie ma, zatem średnia ją zastąpiła. Najprawdopodobniej cena jest też większa.

Producenci sprzedadzą więcej czyli zarobią więcej. Co jednak z nami? Pomijam aspekt zdrowotny jedzenia "przekąsek". Martwi mnie jednak tendencja do przejadania się wszystkim. Według wielu osób (mnie w to nie wliczaj) kurczak jest zdrowy i można zjeść pół kilo za jednym razem. Dla wielu trzy jogurty pomimo cukru i sztuczności też są zdrowe, choć lata temu jedliśmy tylko jeden. 

Nie idźmy w ilość. Idźmy w jakość. Niezależnie co wkładamy do naszych ust, bo wszystko można "przedawkować".

piątek, 31 lipca 2015

Cena zdrowia

Na dzisiejszych zakupach dopadła mnie pewna refleksja, która ostatecznie zahacza o poprzedni tydzień.

Dyskont spożywczy. Mała mieścina w górach. Poza zwykłym, chemicznym asortymentem robią na miejscu bułki. Całkiem spore i mocno napakowane w środku. Ser, szynka, pełno warzyw i mega porcja majonezu. Cena: 2,5 za sztukę. Kupisz dwie i masz z głowy pierwsze i drugie śniadanie. Najedzony po uszy możesz udać się na szczyt góry albo po prostu do pracy. W sumie nie wychodzi drogo, a można się napchać na pół dnia.

Inne miasto. Otwarty stragan z warzywami i owocami. W sumie nieco taniej niż w marketach. Mimo wszystko kupując banany, czereśnie i borówki wydałam ponad 20 zł. Również starczy na dwa śniadania. Takie może nieco burżujskie szczególnie z tymi borówkami, ale naszła mnie ochota (od dawna tłumiona), a cena zdecydowanie niższa niż do tej pory. Jakbym tak jadła codziennie to bankructwo murowane :/ Dlatego nie dziwi mnie fakt, że M. Mosiejko je częściowo skrobiowe, gotowane posiłki będąc w PL. Sam ostatnio przyznał, że najlepiej jego cera wygląda na 100% surowym jedzeniu, ale niestety cena niektórych owoców w porównaniu do ziemniaków jest przerażająco wysoka. Musi sobie chłopak odpuścić i ja również.

Inny aspekt to żywność EKO! Nic z kupionych przeze mnie na straganie produktów nie miało certyfikatu, czyli było pryskane chemią, a do taniochy nie należały. Jakbym miała iść do sklepu w którym mają eko odpowiedniki to chyba bym wyszła z pustymi rękami. No i bądź tu człowieku mądrym. Chciałoby się żyć zdrowo, ale ceny produktów są nieadekwatne do naszych zarobków. Po raz kolejny czytałam ostatnio "Jeść przyzwoicie" Karen Duve. Opisuje ona swoją dietę pod wieloma różnymi aspektami. Przewija się także cena produktów z eko certyfikatem w niemczech. Zatem kupując warzywa i owoce w bio markecie dopłaca ona jedynie 20% ceny! U nas tylko banany w Lidlu mają małą różnicę. Ale co z tego jak prawie nigdy ich nie ma lub są już wykupione:/ Udało mi się je kupić dwa razy. Były mega słodkie i pyszne. A co z ziemniakami wysoko postawionymi w parszywej dwunastce? Kiedy cena tych pryskanych oscyluje wokół 50 czy 80 groszy, za te z certyfikatem trzeba zapłacić co najmniej 3 złote. To nasza rzeczywistość. Duve kwituje swoje bio obserwacje tak: jeżeli jesz dużo warzy i owoców, rzadko sięgasz po mięso, ser i słodycze wzrost wydatków jest niewielki (20%). Dopiero kiedy twoja dieta zostaje w tych proporcjach odwrócona musisz się liczyć ze 100% wzrostem kosztów. U nas... niewykonalne.

Po raz kolejny rzeczywistość przygniotła mnie do ziemi i osłabiła moje poczucie racji w używaniu produktów eko. Na pocieszenie zostaje mi eko proszek do prania, który po raz trzeci już nabyłam w Rossmanie. Nie jest to może ideał, ale na pewno milion razy lepsze rozwiązanie niż znane marki, które uczulają i zalegają w naszych wodach.

A teraz zjem szejka bananowego i dosypię moje upragnione borówek.

niedziela, 4 stycznia 2015

Scott Jurek Rich Roll

Od dziecka nie lubiłam biegać. Sprawiało mi to problemy i prawie zawsze byłam ostatnia w klasie. Zniechęcało mnie to trochę do wf-u. Na szczęście biegaliśmy tylko kilka razy w roku i poza tym lubiłam sport. Mimo wszystko w szkole moje piątki z siatkówki nie wystarczały i dwója/trója z biegów obniżała mi ocenę do czwórki:/ Nienawidziłam tego i do dziś nie rozumiem czemu ocenia się sprawność fizyczną dzieciaków. Nie każdy ma do wszystkiego predyspozycje i jest to dla wielu krzywdzące!!! Dziś plaga zwolnień z wf-u jest głośnym tematem i debata społeczna osiągnęła maksymalnie wysoki poziom.

Ja sama mam więcej oleju w głowie i staram się codziennie mobilizować do ćwiczeń i zdrowego życia. Czytam blogi i szukam ciekawych/inspirujących informacji nie tylko na temat zdrowego jedzenia, ale od niedawna także na temat sportu, a w szczególności wegańskich sportowców. Bo martwię się o moje ciało pod różnymi aspektami. Od wielu lat mam problemy z mięśniami i ćwiczenia raz mi pomagają, a raz szkodzą. Aby dowiedzieć się jeszcze więcej, a jednocześnie bardzo zmobilizować kupiłam w grudniu dwie książki:
"Jedz i biegaj" Scott Jurek i Steve Friedman oraz "Ukryta siła" Rich Roll.
Kocham te książki. Tak, dobrze czytasz: kocham. To co jest w nich napisane imponuje na wielu płaszczyznach. Po pierwsze obydwie opisują sportowców. Po drugie wegańskich i po trzecie są tam również ich przepisy lub linki do nich. No ideał pod każdym względem.

Scott Jurek dosyć znany w naszym kraju ze względu na swoje polskie korzenie. Biegacz, ale nie byle jaki, bo pokonuje dystanse ultra: prawie lub ponad 200 km! Jest przy tym jednym z najlepszych na świecie. Je wegańsko, próbował nawet raw, ale ostatecznie zrezygnował. Pomimo tego je dużo warzyw i owoców, choć zajada się kaszami, ryżem i innymi węglami gotowanymi. Jego życie nie było łatwe. Musiał opiekować się chorą matką, ćwiczył zamiast iść z kolegami na piwo i mimo małomiasteczkowego życia pełnego mięsa wybrał vege. Mam ochotę jeszcze raz przeczytać o jego zmaganiach. Inspirują na maxa!

Truskawkowy koktajl przeciwzapalny:
2 szklanki wody
1 banan
1 szklanka truskawek (świeżych lub mrożonych)
1/2 szklanki mrożonego mango
1/2 szklanki mrożonego ananasa
1/2 szklanki mrożonego łuskanego edemame
1/4 szklanki wiórków kokosowych
3 łyżki oliwy
1 łyżka roślinnego proszku proteinowego
1 i 1/2 łyżeczki pasty miso
1 posiekany dwu centymetrowy kawałek kurkumy lub 1 łyżeczka mielonej kurkumy
1 obrany i posiekany dwu centymetrowy kawałek imbiru lub 1/4 łyżeczki mielonego imbiru

Umieścić wszystkie składniki w blenderze i zmiksować na gładką masę.



Rich Roll natomiast to niezła ciekawostka. Jako młody chłopak pływał profesjonalnie czyli sportowiec pełną gębą. Podczas studiów rzucił sport i zajął się m.in. piciem i zalegiwaniem na kanapie, które okraszone było śmieciowym jedzeniem ponad miarę. W końcu jednak wylądował na odwyku i przestał pić, a w wieku 40 lat ogarnął także resztę swojego życia, przeszedł na vege, stał się triatlonistą (jednym z najlepszych na świecie) i żyje sobie szczęśliwie w mega zdrowiu psychicznym i fizycznym.

Koktajl vitamixowy:
Przed treningiem przygotowuję lekki napój, na który zazwyczaj składają się liście ciemnozielonych warzyw (kapusta, szpinak, liście buraków) z umiarkowanym dodatkiem organicznych owoców. Do koktajli trafiają na przemian ananansy, grejpfruty, pomarańcze, jabłka, truskawki i spirulina, a dla wsparcia wytrzymałości szałwia hiszpańska, buraki i korzenie maca. Dodaję też zawsze kilka migdałów czy orzechów, a także łyżeczkę czy dwie oleju(kokosowego,...), aby biodostępne tłuszcze zasiliły mnie podczas jazdy, biegu czy pływania. 

Która książka jest lepsza? Obydwie są genialne. Mobilizują do wielu rzeczy. Poza tym można poszukać info na ich temat w necie. Rich wraz z żoną prowadzą firmę i bardzo często umieszczają przepisy czy filmiki w necie. Zachęcam wszystkich do tego typu poszukiwań, bo warto. Niejedna książka czy strona zmieniła życie człowieka :)

sobota, 22 listopada 2014

22.11.

Siedzę przy kompie. Jak zwykle czegoś szukam, coś czytam, coś oglądam. I tknęło mnie. Od dawna nie pisałam, a od kilku dni tyle się dzieje. Wcześniej po prostu dopadło mnie jesienne zniechęcenie. Po dzisiejszym pozytywnym dniu mam więcej energii i doznałam nagłej potrzeby napisania czegoś zupełnie nowego na blogu. Wszystkie przygotowane wcześniej wpisy muszą jeszcze poczekać.

Kilka podstawowych info:
- jeszcze bardziej kocham szpinak (szczegóły w następnym wpisie)
- odstawiłam kawę, gluten i jeszcze kilka rzeczy(szczegóły w następnym wpisie)
- duuużo ćwiczę
- kolejna dieta oczyszczająca(szczegóły w następnym wpisie)

W lecie robiłam badania. Moja wątroba ma się niby świetnie jak u niemowlaka i krew genialna płynie w mych żyłach, ale jednak chcę więcej. Mój wzdęty brzuch, bóle tu czy tam nie uważam za konieczne w moim życiu. Chciałabym, żeby zniknęły. A one pojawiają się coraz częściej. Ból głowy od sporej ilości kawy nie dawał mi wytchnienia w październiku. Więc od dwóch tygodni nie piję kawy. Najgorsza migrena trwała pierwsze dwa dni, a potem nieco senność i osłabienie (choć może to z powodu pogody czyli spadku ciśnienia, ciągłych opadów, a przez to braku słońca). Od tygodnia nie jem też chleba, a od 4 dni żadnych mącznych produktów. To za sprawą diety?książki o której pisałam tutaj. Niby nie potrzebuję takiego oczyszczania, a jednak w końcu się zdecydowałam. O efektach już za kilka dni. Dieta trwa tydzień. Ja jestem po trzech dniach.

A ćwiczenia.... Od lipca/sierpnia ćwiczę regularnie. Na początku było to trzy razy w tygodniu. Teraz jest to sześć dni. Ćwiczę w domu głównie z YouTube bo po prostu jest tam mnóstwo szybko dostępnych filmików. Najpierw robiłam tzw. ABS czyli ogólnorozwojówkana wiele partii ciała. Ponieważ trwało to około trzech miesięcy uznałam, że muszę się zająć moim nie tylko wzdętym od jedzenia brzuchem, ale i tłuszczykiem, który się znajduje pod skórą. Od kilku dni wypruwam siódme poty z Jillian Michaels i jej programem na sześciopaka. Poza tym stale trzy razy w tygodniu jeżdżę do pracy na rowerze i raz w tygodniu biegam lub jadę na basen.

Przez to, że widzę efekty to wkręciłam się w sport na maksa. Jak pominę trening to czegoś mi brakuje. Czasem mam ochotę na coś jeszcze wieczorem. Nie sądziłam, że tak o pokocham. Schudłam sześć kilo i zbudowałam nieco mięśni :D Sama jestem w szoku, bo nigdy do tej pory tego nie doświadczyłam. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. A do tego ta pozytywna energia, którą miałam dziś w pracy nakręcają mnie na maksa. I tego życzę wszystkim czytelnikom. Pomimo braku słońca wysyłam do was słoneczne uśmiechy :):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):):)

sobota, 2 sierpnia 2014

Karolina na detoksie

Miło by było jakby ktoś mi przysyłał za darmo książki czy nawet płacił za recenzje. Każdy bowiem lubi dobrze zarobić. Ale chętnych do dawania nie ma, a ja mam super książki. Bardzo chcę się podzielić moimi spostrzeżeniami więc już dziś napisze kilka słów.

"Karolina na detoksie" Maciej Szaciłło, Karolina Kopocz.
 Ponieważ autorzy często pojawiają się w komercyjnej stacji wydawało mi się, że nie do końca to jest pozycja dla mnie. Przecież ja wolę niezależnych ludzi. Nic bardziej mylnego. Moje myślenie o wielu rzeczach uległo zmianie. A książka godna uwagi. Sama mam ten problem, że stosowałam milion diet. I często waga spada nie tak jakby człowiek chciał. Albo nie spada wcale. Ciało nie daje rady. Poza tym wiele osób ma po prostu zasyfiony organizm. Potrzebują jedynie oczyszczania. Uwielbiam dietę dr Dąbrowskiej. Trąci jednak nudą i ja mam dosyć po dwóch dniach. Po drugie wychowałam się w kulturze GOTOWANIA. Męczy mnie nadmierna ilość surowizny. Dlatego też zrezygnowałam ze 100% raw. Czułam się wyśmienici fizycznie, ale całymi tygodniami głowa chciała coś gotowanego. Jem dużo nieobrobionych rzeczy, ale obiady nadal gotuję.

Wracając do książki. Oglądałam krótką rozmowę z autorami w ddtvn. Zaciekawiło mnie to wszystko, bowiem dla Karoliny był to wstęp do zrzucenia sporej nadwagi. Oczyściła się i organizm zaczął sobie radzić z dietami.

 Potem z braku czasu nie szukałam książki. I nagle sama mi wpadła w ręce. W Biedronce sprzedają różne pozycje. Piękna okładka rzuciła się w oczy i... zabrakło mi na nią pieniędzy. Poszukałam zatem w księgarniach po kilku dniach/tygodniach kupiłam. Przeczytałam w ciągu 2-3 godzin.

Na początku wstęp, a po nim siedem dni detoksu. Każdy dzień rozpisany oddzielnie i dodatkowo podzielony na dziennik Karoliny, opis i przepisy Maćka oraz spostrzeżenia zawodowego dietetyka zajmującego się ludźmi bezmięsnymi co ważne! W dalszej części, kiedy już wiemy jak przebiega oczyszczanie mamy informacje o glutenie, cukrze, węglowodanach, tłuszczach, białku, nabiale, warzywach i owocach oraz super foods wraz z przepisami. Ułatwia to przejście na zdrową dietę po zakończeniu detoksu. Jest to jedynie wstęp do dalszych działań, ale przepisy są szalenie urozmaicone, kolorowe i ciekawe. Duży ładunek kuchni azjatyckiej, którą uwielbiam jest genialny. I przyznaję, że niektóre potrawy tanie nie są, ale nie codziennie musimy je też stosować.

Zbieram arsenał. Kupuję mleko kokosowe i inne produkty. Kiedy będę gotowa przeprowadzę ów detoks. Może pod koniec lata, może jesienią. Czas pokaże.

Znalazłam też wywiad z autorami pod tym linkiem.

A tu zapożyczyłam z internetu zdjęcie okładki:


poniedziałek, 30 grudnia 2013

"Dzika droga" czyli jak to było u mnie

Chyba w życiu nie napisałam recenzji. I w sumie nie chodzi mi o to, żeby pisać tylko o treści książki.
Czemu?
Było wiele przygód zanim dotarła do moich rąk. Najpierw miałam tydzień nie pisania i unikania bloga. Za dużo bowiem pracy, która spada nagle na człowieka. Kiedy w końcu udało mi się wszystko w miarę opanować podałam Elenie adres i znów czekałam. Książka dotarła jednak tuż przed weekendem i nie byłam w stanie odebrać jej z poczty. Leżała ponad dwie doby zamknięta za szklanym okienkiem. Kiedy w końcu ją dostałam moje szczęście było wielowymiarowe. Przebrnęłam bowiem przez kłody stawiane mi przez los i czytanie było już bardziej realne.

Początek wydał mi się nieco zabawny, choć bohaterce do śmiechu raczej nie było. I jedynie ten początek o znikającym bucie udało mi się przeczytać w dniu odebrania przesyłki. Ale potem poszło już gładko. Czyta się ją bowiem tak przyjemnie, że nie sposób się oderwać.

Ale nie może być tak miło cały czas. Cheryl jest bowiem nieco... hmm nie chcę powiedzieć szurnięta, ale w sumie to trochę pasuje. Wikła się w dziwne romanse, bierze narkotyki i sama wyrusza PCT. Niekiedy zbyt wiele opisów trudnych spraw budziło we mnie różne lęki i dziwne uczucia. Trochę bowiem przesadzała. Ale nieszczęśliwy człowiek, który nie może sobie poradzić sam, a musi niestety robi różne dziwne lub głupie rzeczy.

Ale. Wszystko to sprowadza się do głównego jak dla mnie wątku drogi. O szlaku prowadzącym od Meksyku przez Stany, aż do Kanady słyszałam już kiedyś. Nawet widziałam krótki dokument na temat ludzi idących nim. Ciekawe to było, ale jednocześnie dziwne. I nagle dostaję książkę w której Cheryl opisuje swoją drogę tym oto szlakiem. Samotną wyprawę z ciężkim Monstrum na plecach. Byłam zachwycona i wysyłając ją dalej miałam ochotę zatrzymać ją u siebie i przeczytać jeszcze raz od samego początku. Powstrzymałam się jednak. Może kiedyś będzie mi dane tego dokonać.

Jednym z punktów dla biorących udział w tej akcji jest prośba o zdjęcie z książką. Hmm... do fotogenicznych nie należę. A robienie sobie zdjęcia z ręki, telefonem w pochmurny dzień...
Zresztą zobaczcie sami :P



poniedziałek, 23 grudnia 2013

Do kogo powędruje "Dzika droga"

Ostatnio skupiłam się na pracy i czytaniu książki "Dzika droga". Już wcześniej słyszałam o szlaku PCT, ale jakoś nie przykuł mojej uwagi w większym stopniu. Teraz jednak cieszę się mając możliwość czytania tej książki. Sama złożyłam obietnicę przekazania jej dalej i do wczoraj można było do mnie napisać w tej sprawie. Myślałam, że zainteresowanie otrzymaniem książki będzie nieco większe. Miło mi było, kiedy czytałam wpisy osób mających już książkę w rękach. A co dalej? Jedna osoba napisała, że naprawdę chce przeczytać "Dziką drogę". Tylko jeden komentarz pojawił się pod moim postem. Od rana siedzę i myślę co z tym faktem zrobić. Może przedłużyć termin i dać szansę innym? No, ale zasady to zasady.

Dlatego nie przedłużając stwierdzam autorytatywnie i bezstronnie, że kolejną osobą, która będzie miała szansę przeczytania "Dzikiej drogi" jest Katarzyna K.

Za chwilę wyślę do Ciebie maila i uzgodnimy gdzie i kiedy nadam paczuszkę.

Serdecznie gratuluję, bo książka warta jest uwagi:)

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Projekt biblioteczki

Słyszeliście o projekcie biblioteczki? Nie wiedziałam o co chodzi. Weszłam tutaj i się zakochałam. Podwójnie. Po pierwsze uwielbiam czytać, biblioteka to mój drugi dom, ale zdarza mi się kupować książki. Przez ostatnich dziesięć lat nazbierało się ich sporo. To jest zatem numer dwa. Mam za dużo książek, które leżą i nie są już czytane. A mogłyby posłużyć innym tak jak mnie lub nawet lepiej:)
 Zachęcam zatem wszystkich do przyjrzenia się bliżej projektowi. A ja najchętniej oddałabym kilka książek na taką akcję. Jeżeli "Domek dla książek" stanie w moim mieście na pewno uzupełnię jego zawartość.

Pisząc ten tekst przypomniały mi się studenckie czasy. Co kilka miesięcyUczelnia kupowała nowe książki. Ktoś jednak wpadł na genialny pomysł przeglądania zbiorów i odkładania nieaktualnych/nieużywanych pozycji. Trafiały one na małą półeczkę z której każdy mógł je sobie zabrać. Za darmo! Oczywiście było tam dużo statystyk z lat sześćdziesiątych i naprawdę nieaktualnych rzeczy. Ale kiedy przez rok czy nawet dwa chodziłam tam co kilka tygodni udało mi się uzbierać dwie siaty książek. Nieco pedagogiki i pozycji językowych. Niby stare i część rzeczy się zmieniła, ale wiele zdatnych do domowej nauki, której jestem fanką. Książki zatem dostały nowe życie. Coś wspaniałego.

Zachęcam do przyjrzenia się tej akcji. Uważam pomysł za bardzo trafiony i godny polecenia.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Łamigłówki dla główki

"Organ nieużywany obumiera". Każdy to słyszał. Ale czy każdy interpretuje to tak samo? Zdecydowanie nie. I tu wkraczam ja i jedna z moich interpretacji. Ta dzisiejsza dotyczy mózgu i jego rozwoju. Kiedy jesteśmy aktywni czy to w nauce czy w "pracy" nasz mózg styka się z wieloma bodźcami przez co tworzą się nowe połączenia i mózg ma się świetnie. Gorzej kiedy praca ta jest mało rozwijająca lub nic nie robimy. Natchnęło mnie, ponieważ spotkałam w życiu wielu starszych ludzi, którzy przestali brać czynny udział w życiu, a co za tym idzie ich mózg ma się nie najlepiej. Takie spostrzeżenia zakorzeniły się w mojej głowie i często do nich wracam. Martwię się oczywiście o swoją przyszłość. Nie chciałabym bowiem żyć w zamknięciu i tracić poziom intelektualny jaki udało mi się uzyskać.

Po wielu takich "seansach" zamartwiania się czysty przypadek sprawił, że w głowie mi jedynie dalszy rozwój. Świadomość tego nieco poprawiła humor i zmobilizowała do walki o przyszłość moich neuronów. Ten czysty przypadek włożył w moje ręce książkę, która ma już swoje lata, a nadal cieszy się uznaniem i pomaga w rozwoju. Udało mi się ją nieco przejrzeć i zrealizować kilka ćwiczeń. Myślę jednak, że dopiero po roku można być w pełni zadowolonym. Ale ja dzielę się spostrzeżeniami już dziś.

Edward de Bono "Umysł kreatywny" to tytuł dzisiejszej lektury. I o dziwo nie jest to kolejna nudna książka zawierająca jedynie teorię i odsyłająca dalej. Jest to zbiór ćwiczeń na cały rok, które powtarzamy wielokrotnie. Dlatego nic dziwnego, że autor zamieścił 62 łamigłówki. Ale mnogość wariantów poprawnych odpowiedzi jest ogromna. Autor radzi, aby każdą grę (tak je nazywa) realizować przez tydzień. Dla szczególnie wytrwałych zamieszcza 10 dodatkowych ćwiczeń, ale nie narzuca tempa i ilości powtórzeń.

Zainteresowani? Ja bardzo. Poniżej zamieszczam wybrane fragmenty dwóch łamigłówek. Na końcu książki znajdują się tabele z przypadkowymi słowami, które pomagają w rozpoczęciu zadania. Ja wylosuję je dla Ciebie.

GRA 1.
Celem tej gry jest połączenie dwóch rzeczy tak, by otrzymać nową wartość.
Efektywność danego połączenia może być określona na podstawie wartości biznesowej - czy nadaje się na biznes i czy przyniesie dochody. Taka jest miara efektywności. Pomysł, który wydaje się interesujący, ale nie mógłby stać się podstawą biznesu, nie kwalifikuje się jako rozwiązanie tego ćwiczenia.


Proces:
1. Wylosuj dwa Przypadkowe Wyrazy (ja podaję poniżej dwie pary).

2. Spróbuj połączyć te dwa Przypadkowe Wyrazy tak, aby stworzyły nowy biznes. Postaraj się je połączyć w jak najbardziej bezpośredni sposób, a nie biorąc pod uwagę tylko dany aspekt.
3. Pokaż, jak ten nowy biznes mógłby funkcjonować i dlaczego można by oczekiwać, że przyniesie zyski.

Przypadkowe Wyrazy: skok wzwyż i witaminy lub jaskinia i generator

GRA 2.
Ćwiczenie polega na znalezieniu związków między wyrazami. Jak przechodzisz od jednej rzeczy do drugiej? Możesz tego dokonać na podstawie czegoś, co jest dla nich wspólne - jakiegoś pojęcia albo podobieństwa.

Proces:
1. Wylosuj pięć Przypadkowych Wyrazów
2. Z tych pięciu wyrazów wybierz dwa. Będą one końcami.

3. Teraz ułóż pozostałe wyrazy tak, aby stworzyły most. Każdy wyraz musi się łączyć z wyrazami po jego obu stronach, tak że możesz gładko poruszać się z jednego końca mostu na drugi.
4. Wyjaśnij, na jakiej zasadzie dokonałeś połączeń między wyrazami. Dlaczego dane słowo prowadzi do kolejnego?

Przypadkowe Wyrazy: uzda, babcia, poddasze, szarańcza, tortury.


Pomyślcie, a ja niedługo podam przykłady zawarte w książce.