Na dzisiejszych zakupach dopadła mnie pewna refleksja, która ostatecznie zahacza o poprzedni tydzień.
Dyskont spożywczy. Mała mieścina w górach. Poza zwykłym, chemicznym asortymentem robią na miejscu bułki. Całkiem spore i mocno napakowane w środku. Ser, szynka, pełno warzyw i mega porcja majonezu. Cena: 2,5 za sztukę. Kupisz dwie i masz z głowy pierwsze i drugie śniadanie. Najedzony po uszy możesz udać się na szczyt góry albo po prostu do pracy. W sumie nie wychodzi drogo, a można się napchać na pół dnia.
Inne miasto. Otwarty stragan z warzywami i owocami. W sumie nieco taniej niż w marketach. Mimo wszystko kupując banany, czereśnie i borówki wydałam ponad 20 zł. Również starczy na dwa śniadania. Takie może nieco burżujskie szczególnie z tymi borówkami, ale naszła mnie ochota (od dawna tłumiona), a cena zdecydowanie niższa niż do tej pory. Jakbym tak jadła codziennie to bankructwo murowane :/ Dlatego nie dziwi mnie fakt, że M. Mosiejko je częściowo skrobiowe, gotowane posiłki będąc w PL. Sam ostatnio przyznał, że najlepiej jego cera wygląda na 100% surowym jedzeniu, ale niestety cena niektórych owoców w porównaniu do ziemniaków jest przerażająco wysoka. Musi sobie chłopak odpuścić i ja również.
Inny aspekt to żywność EKO! Nic z kupionych przeze mnie na straganie produktów nie miało certyfikatu, czyli było pryskane chemią, a do taniochy nie należały. Jakbym miała iść do sklepu w którym mają eko odpowiedniki to chyba bym wyszła z pustymi rękami. No i bądź tu człowieku mądrym. Chciałoby się żyć zdrowo, ale ceny produktów są nieadekwatne do naszych zarobków. Po raz kolejny czytałam ostatnio "Jeść przyzwoicie" Karen Duve. Opisuje ona swoją dietę pod wieloma różnymi aspektami. Przewija się także cena produktów z eko certyfikatem w niemczech. Zatem kupując warzywa i owoce w bio markecie dopłaca ona jedynie 20% ceny! U nas tylko banany w Lidlu mają małą różnicę. Ale co z tego jak prawie nigdy ich nie ma lub są już wykupione:/ Udało mi się je kupić dwa razy. Były mega słodkie i pyszne. A co z ziemniakami wysoko postawionymi w parszywej dwunastce? Kiedy cena tych pryskanych oscyluje wokół 50 czy 80 groszy, za te z certyfikatem trzeba zapłacić co najmniej 3 złote. To nasza rzeczywistość. Duve kwituje swoje bio obserwacje tak: jeżeli jesz dużo warzy i owoców, rzadko sięgasz po mięso, ser i słodycze wzrost wydatków jest niewielki (20%). Dopiero kiedy twoja dieta zostaje w tych proporcjach odwrócona musisz się liczyć ze 100% wzrostem kosztów. U nas... niewykonalne.
Po raz kolejny rzeczywistość przygniotła mnie do ziemi i osłabiła moje poczucie racji w używaniu produktów eko. Na pocieszenie zostaje mi eko proszek do prania, który po raz trzeci już nabyłam w Rossmanie. Nie jest to może ideał, ale na pewno milion razy lepsze rozwiązanie niż znane marki, które uczulają i zalegają w naszych wodach.
A teraz zjem szejka bananowego i dosypię moje upragnione borówek.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EKO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EKO. Pokaż wszystkie posty
piątek, 31 lipca 2015
środa, 21 stycznia 2015
pusty kosz - blog
Zainspirowana wieloma osobami, których kosz na śmieci jest imponująco mały postanowiłam poruszyć tematykę śmieci, ekologii jak i pewnego nurtu, który dotyczy minimalizmu. I tu nasuwa się kolejne pytanie: czy ten blog do tego służy? Dokładam bowiem tematów zupełnie bezrefleksyjnie, co ostatnio mnie uderzyło i po raz pierwszy zawahałam się. Dałam sobie kilka dni na przemyślenie sprawy i ostatecznie doszłam do wniosku, że dodatkowy blog na którym na przykład raz w tygodniu napiszę tekst o mojej walce m.in. z odpadami będzie najlepszym rozwiązaniem.
Zapraszam zatem na pustykosz.blogspot.com
Zapraszam zatem na pustykosz.blogspot.com
poniedziałek, 21 lipca 2014
Środki czystości #1
Nieco przewrotnie będzie dziś, ale o tym za chwilę. Na początku może małe interludium na temat serii postów o środkach czystości. Otóż chciałabym wyeliminować kolejną porcję chemii z mojego życia. A także ilość opakowań. Czemu pasta do zębów musi być w plastikowej tubie z mega wielką nakrętką i do tego jeszcze w kartonie, a czasem nawet w folii. Trzy opakowania dla jednego produktu, lekka przesada. Czemu papier toaletowy jest tak mocno owinięty folią. Wiele marketów sprzedaje od jakiegoś czasu pojedyncze rolki bez zbędnej folii. Etcetera, etcetera. Myśląc o tych opakowaniach i o chemii zaczęłam znów "grzebać" w sodzie. Zna ktoś sklep w którym można ją kupić w dużej ilości w JEDNYM opakowaniu? (i przystępnej cenie)
A tak poza tym to wracam do pierwotnego tematu. Będąc ostatnio w domu emerytów zachwyciła mnie ich oszczędność. Biedni nie są, ale dzięki liczeniu każdego grosza odłożyli sporą sumkę. Muszę iść w ich ślady.
W każdym bądź razie u nich talerze i kubki zmywa się na bieżąco. Dzięki temu większość zastawy nie uświadcza płynu do garów! Skoro coś nie jest tłuste i zaschnięte nie potrzebuje porządnego szorowania chemią. Szklanka po wodzie czy talerz po kanapkach lub owocach, a nawet miska po zupie. Gąbkę do mycia i zlew można przelać wrzątkiem z ugotowanych ziemniaków raz w tygodniu. Innym sposobem jest woda z solą. Gąbkę moczymy w niej przez noc. Zlew przemyjemy sodą z octem. Stosuję się do powyższych zaleceń od dwóch tygodni. Płynu prawie nie ubyło, gąbka i zlew czyste podobnie jak inne sprzęty.
Najciekawsze jest to, że przestały straszyć góry nieumytych garów. Podczas robienia obiadu wszystko zmywam na bieżąco. Nie zostawiam już na noc całego zlewu talerzy. Rano nie da się ich domyć nawet najlepszym płynem. Wstaję i robię śniadanie w czystej kuchni. Naprawdę polecam. Dla czystego umysłu, zdrowia, pełniejszego portfela i oczywiście dla środowiska.
A tak poza tym to wracam do pierwotnego tematu. Będąc ostatnio w domu emerytów zachwyciła mnie ich oszczędność. Biedni nie są, ale dzięki liczeniu każdego grosza odłożyli sporą sumkę. Muszę iść w ich ślady.
W każdym bądź razie u nich talerze i kubki zmywa się na bieżąco. Dzięki temu większość zastawy nie uświadcza płynu do garów! Skoro coś nie jest tłuste i zaschnięte nie potrzebuje porządnego szorowania chemią. Szklanka po wodzie czy talerz po kanapkach lub owocach, a nawet miska po zupie. Gąbkę do mycia i zlew można przelać wrzątkiem z ugotowanych ziemniaków raz w tygodniu. Innym sposobem jest woda z solą. Gąbkę moczymy w niej przez noc. Zlew przemyjemy sodą z octem. Stosuję się do powyższych zaleceń od dwóch tygodni. Płynu prawie nie ubyło, gąbka i zlew czyste podobnie jak inne sprzęty.
Najciekawsze jest to, że przestały straszyć góry nieumytych garów. Podczas robienia obiadu wszystko zmywam na bieżąco. Nie zostawiam już na noc całego zlewu talerzy. Rano nie da się ich domyć nawet najlepszym płynem. Wstaję i robię śniadanie w czystej kuchni. Naprawdę polecam. Dla czystego umysłu, zdrowia, pełniejszego portfela i oczywiście dla środowiska.
sobota, 15 lutego 2014
Refleksja
Znów miało być o czymś innym. Jednak moja podróż do Czech natchnęła mnie wielokierunkowo.
Po pierwsze drogi i ich stan. Według mnie w Polsce są trzy rodzaje dróg. Te w budowie czy też właśnie oddawane do użytku są całkiem niezłe. Bez dziur i kolein, szerokie, piękne i pożądane przez nas. Następnie są drogi nieco już wyjeżdżone, trochę połatane i z koleinami, czyli codzienność. Jest jeszcze kategoria pod tytułem: "Katastrofa". Jest ich niestety sporo w naszym pięknym kraju. Ja mam sporo w pobliżu. Zawieszenie wytrzymuje jedynie kilka miesięcy. Ilość dziur jest zatrważająca. Nawet nie da się ich ominąć, bo wjeżdża się w kolejne. Rzadko kiedy są remontowane i nie wiem jakim cudem wypadki są tam rzadkością (przynajmniej w pobliży mojego domu). Po kilku rozmowach z mundurówką dowiedziałam się, że w Europie przodujemy, jeżeli chodzi o wymianę i naprawę zawieszenia. Części dostępne od ręki i każdy mechanik zna się na tym rewelacyjnie. W innych krajach nie do pomyślenia.
A teraz refleksja z Czech. Jechałam kilkanaście kilometrów samochodem. Hmmm, jeszcze nie tak. Jechałam pociągiem 145 km z czeskiego Cieszyna. A potem dopiero samochodem, czyli przemierzyłam 1/4 sąsiedniego kraju. Widziałam autostrady, obwodnice, drogi miejskie i wiejskie. Mają tam trzy kategorie dróg według prawa. Ta najgorsza u nich jest lepsza, niż średnia u nas. Nawet jak dziury załatane, to jakoś tak równo. Jedziesz i nie czujesz nierówności. Tylko jak spoglądałam do przodu to widziałam kwadraty, czyli miejsca wylewania nowego asfaltu do dziury. Zero kolein. Zero czegokolwiek. Po prostu nie mogłam uwierzyć!
Druga refleksja to pociąg. U nas IC i EC to drogie rzeczy nie dla przeciętniaków. Niby ładne, ale ceny z kosmosu. Do tego przejazd przez granicę to dodatkowa mega kasa. Dlatego my się jak zwykle przeszłyśmy przez granicę. Kilkanaście minut i z polskiego dworca przechodzę na czeski. I mnie i koleżance spacer dobrze zrobił. Nasze portfele też się ucieszyły. Na dworcu Pani wszystko zrozumiała po polsku. W końcu to teren przygraniczny, więc nie ma co się jeszcze cieszyć. Ale bilety to jedynie 22 złote po przeliczeniu. U nas taki odcinek kosztuje 3 razy tyle. Wiem, bo jeżdżę ze śląska do stolycy. A pociąg jak marzenie. Czysty, pachnący, ubikacja jak należy. I konduktor mówiący w dwóch językach. A dla anglojęzycznych zapowiadanie po czesku i angielsku oraz wyświetlacze. Też czeskie i angielskie. Czułyśmy się jak w raju. Aż żal było wracać.
A na koniec wisienka na torcie. Zarówno mnie jak i moich znajomych bardzo denerwuje, jak ludzie palą opony i inne wstrętne śmieci w domowych piecach. Kopci to na czarno, nic nie widać, smród nie do zniesienia. Astma się szerzy i pewnie rak płuc też już niedaleko. Dlatego cieszy mnie, że za kilka lat nie będzie takich kretyńskich piecy, do których wrzuci się wszystko i nie myśli się o duszących się dzieciach na podwórku. Co na to Czechy? Już mają zakaz i powiem szczerze, że jak wysiadłyśmy z pociągu to powietrze było tak czyste i świeże, że aż mnie zatkało. Gorzej jednak było po powrocie. Wysiadka w Cieszynie i makabra. Ja kaszlałam 15 minut. Nie mogłam nic mówić, bo znów się zaczynałam dusić. Okropne uczucie i wiem jak się mają na co dzień astmatycy. Nikomu tego nie życzę.
Wiem, wiem, że u nas też nie wszystko jest do dupy. Wiem, że u nich też nie wszystko jest wspaniale. Ale wiem, że pociąg może jechać szybko i sprawnie, drogi mogą być dobrze połatane i czyste powietrze w środku europy jest możliwe. Wiem! Po prostu martwi mnie to, że jest inaczej, niż mogłoby być. Dlatego bierzmy przykład z Pepików i innych krajów.
Po pierwsze drogi i ich stan. Według mnie w Polsce są trzy rodzaje dróg. Te w budowie czy też właśnie oddawane do użytku są całkiem niezłe. Bez dziur i kolein, szerokie, piękne i pożądane przez nas. Następnie są drogi nieco już wyjeżdżone, trochę połatane i z koleinami, czyli codzienność. Jest jeszcze kategoria pod tytułem: "Katastrofa". Jest ich niestety sporo w naszym pięknym kraju. Ja mam sporo w pobliżu. Zawieszenie wytrzymuje jedynie kilka miesięcy. Ilość dziur jest zatrważająca. Nawet nie da się ich ominąć, bo wjeżdża się w kolejne. Rzadko kiedy są remontowane i nie wiem jakim cudem wypadki są tam rzadkością (przynajmniej w pobliży mojego domu). Po kilku rozmowach z mundurówką dowiedziałam się, że w Europie przodujemy, jeżeli chodzi o wymianę i naprawę zawieszenia. Części dostępne od ręki i każdy mechanik zna się na tym rewelacyjnie. W innych krajach nie do pomyślenia.
A teraz refleksja z Czech. Jechałam kilkanaście kilometrów samochodem. Hmmm, jeszcze nie tak. Jechałam pociągiem 145 km z czeskiego Cieszyna. A potem dopiero samochodem, czyli przemierzyłam 1/4 sąsiedniego kraju. Widziałam autostrady, obwodnice, drogi miejskie i wiejskie. Mają tam trzy kategorie dróg według prawa. Ta najgorsza u nich jest lepsza, niż średnia u nas. Nawet jak dziury załatane, to jakoś tak równo. Jedziesz i nie czujesz nierówności. Tylko jak spoglądałam do przodu to widziałam kwadraty, czyli miejsca wylewania nowego asfaltu do dziury. Zero kolein. Zero czegokolwiek. Po prostu nie mogłam uwierzyć!
Druga refleksja to pociąg. U nas IC i EC to drogie rzeczy nie dla przeciętniaków. Niby ładne, ale ceny z kosmosu. Do tego przejazd przez granicę to dodatkowa mega kasa. Dlatego my się jak zwykle przeszłyśmy przez granicę. Kilkanaście minut i z polskiego dworca przechodzę na czeski. I mnie i koleżance spacer dobrze zrobił. Nasze portfele też się ucieszyły. Na dworcu Pani wszystko zrozumiała po polsku. W końcu to teren przygraniczny, więc nie ma co się jeszcze cieszyć. Ale bilety to jedynie 22 złote po przeliczeniu. U nas taki odcinek kosztuje 3 razy tyle. Wiem, bo jeżdżę ze śląska do stolycy. A pociąg jak marzenie. Czysty, pachnący, ubikacja jak należy. I konduktor mówiący w dwóch językach. A dla anglojęzycznych zapowiadanie po czesku i angielsku oraz wyświetlacze. Też czeskie i angielskie. Czułyśmy się jak w raju. Aż żal było wracać.
A na koniec wisienka na torcie. Zarówno mnie jak i moich znajomych bardzo denerwuje, jak ludzie palą opony i inne wstrętne śmieci w domowych piecach. Kopci to na czarno, nic nie widać, smród nie do zniesienia. Astma się szerzy i pewnie rak płuc też już niedaleko. Dlatego cieszy mnie, że za kilka lat nie będzie takich kretyńskich piecy, do których wrzuci się wszystko i nie myśli się o duszących się dzieciach na podwórku. Co na to Czechy? Już mają zakaz i powiem szczerze, że jak wysiadłyśmy z pociągu to powietrze było tak czyste i świeże, że aż mnie zatkało. Gorzej jednak było po powrocie. Wysiadka w Cieszynie i makabra. Ja kaszlałam 15 minut. Nie mogłam nic mówić, bo znów się zaczynałam dusić. Okropne uczucie i wiem jak się mają na co dzień astmatycy. Nikomu tego nie życzę.
Wiem, wiem, że u nas też nie wszystko jest do dupy. Wiem, że u nich też nie wszystko jest wspaniale. Ale wiem, że pociąg może jechać szybko i sprawnie, drogi mogą być dobrze połatane i czyste powietrze w środku europy jest możliwe. Wiem! Po prostu martwi mnie to, że jest inaczej, niż mogłoby być. Dlatego bierzmy przykład z Pepików i innych krajów.
sobota, 4 stycznia 2014
Książki i inne niezłe akcje
Co chwilę odkrywam nowe świetne blogi. Muszę się już ograniczać, aby czasu starczyło na inne rzeczy w życiu. Kiedy Katarzyna K napisała do mnie odnośnie "Dzikiej drogi" zaczęłam wchodzić na jej bloga. I nagle umieściła ona post o wyprzedaży książek. Dosłownie za grosze można kupić wiele pozycji i sama wybrałam coś dla siebie :)
Zmobilizowało mnie to do opisania blogowych wyprzedaży. Znalazłam jeszcze post o bardzo szczytnym celu. Każdy z nas może kupić rzeczy za niewielkie pieniądze, a Fashionelka przeznaczy zebrane fundusze na potrzebujące zwierzęta. Moim zdaniem genialna sprawa i sama staram się tak pomagać.
Inne blogerki i blogerzy wyprzedają swoje ubrania. Nie dziwi mnie zatem fakt, że Macadamiangirl, chyba najsłynniejsza blogerka modowa ma swój kącik z ciuchami. Za przyzwoite pieniądze możemy mieć niekiedy wiele rzeczy, na które do tej pory nie było nas stać.
Weźmy choćby pod uwagę książki o których pisałam na początku. Średnio jedna kosztuje ponad 30 zł. Na promocji zdarzy się coś taniej, ale kiedy chcemy książkę lepiej oprawioną czy po prostu grube tomiszcze ceny od 50 zł to norma. Ja kupiłam ostatnio książkę średniej grubości, ale okładka była twarda. Cena? 49.99.
A dzięki wyprzedaży za 30 zł mam aż trzy książki!
Poza tym? Dla mnie ważna jest ochrona środowiska. Uprawa bawełny na ubrania to woda, pestycydy, transport.... Książki to nasze lasy.... Sprzęt to najczęściej plastik pozyskiwany z ropy naftowej! Który wiele setek lat rozkładać się będzie na wysypiskach. No i po co nam to? Ja rozumiem od czasu do czasu kupić coś nowego, ale tak ciągle? Harujemy przez to niemiłosiernie. Chorujemy. A pieniędzy nie ma bo wydane. I znów od początku.
Żeby było jasne. Ja nie jestem zamknięta w klasztorze. Nie jestem ideałem. Nie postanowiłam mieć jedynie kilku rzeczy i nie mieszkam na pustyni. Ja po prostu racjonalnie patrzę na swoje zachcianki (czasem zdarza mi się przymknąć oko ;)) i widzę od jakiegoś czasu, jak wielu rzeczy nie potrzebuję, a jak wiele mogę kupić od kogoś. Sama również robię tego typu wymianki. Jest taniej i bardziej przyjaźnie dla środowiska.
Nikogo nie będę przekonywała na siłę. Ale liczę, że sami pójdziecie po rozum do głowy.
Zmobilizowało mnie to do opisania blogowych wyprzedaży. Znalazłam jeszcze post o bardzo szczytnym celu. Każdy z nas może kupić rzeczy za niewielkie pieniądze, a Fashionelka przeznaczy zebrane fundusze na potrzebujące zwierzęta. Moim zdaniem genialna sprawa i sama staram się tak pomagać.
Inne blogerki i blogerzy wyprzedają swoje ubrania. Nie dziwi mnie zatem fakt, że Macadamiangirl, chyba najsłynniejsza blogerka modowa ma swój kącik z ciuchami. Za przyzwoite pieniądze możemy mieć niekiedy wiele rzeczy, na które do tej pory nie było nas stać.
Weźmy choćby pod uwagę książki o których pisałam na początku. Średnio jedna kosztuje ponad 30 zł. Na promocji zdarzy się coś taniej, ale kiedy chcemy książkę lepiej oprawioną czy po prostu grube tomiszcze ceny od 50 zł to norma. Ja kupiłam ostatnio książkę średniej grubości, ale okładka była twarda. Cena? 49.99.
A dzięki wyprzedaży za 30 zł mam aż trzy książki!
Poza tym? Dla mnie ważna jest ochrona środowiska. Uprawa bawełny na ubrania to woda, pestycydy, transport.... Książki to nasze lasy.... Sprzęt to najczęściej plastik pozyskiwany z ropy naftowej! Który wiele setek lat rozkładać się będzie na wysypiskach. No i po co nam to? Ja rozumiem od czasu do czasu kupić coś nowego, ale tak ciągle? Harujemy przez to niemiłosiernie. Chorujemy. A pieniędzy nie ma bo wydane. I znów od początku.
Żeby było jasne. Ja nie jestem zamknięta w klasztorze. Nie jestem ideałem. Nie postanowiłam mieć jedynie kilku rzeczy i nie mieszkam na pustyni. Ja po prostu racjonalnie patrzę na swoje zachcianki (czasem zdarza mi się przymknąć oko ;)) i widzę od jakiegoś czasu, jak wielu rzeczy nie potrzebuję, a jak wiele mogę kupić od kogoś. Sama również robię tego typu wymianki. Jest taniej i bardziej przyjaźnie dla środowiska.
Nikogo nie będę przekonywała na siłę. Ale liczę, że sami pójdziecie po rozum do głowy.
czwartek, 2 stycznia 2014
Post leczniczy
Na początku 2013 roku przeszłam dwu tygodniowy post warzywno-owocowy dr E. Dąbrowskiej. Męczyłam się strasznie, ale bardzo chciał, aby się udało. Po pierwsze chciałam oczyścić organizm z nagromadzonych toksyn. Nie jestem bowiem przewlekle chora, ale od czasu do czasu coś mi strzyknie tu czy tam. Po drugie nigdy nie byłam mega szczupła, ale oponka na brzuchu zaczęła się robić spora i zmartwiło mnie to. Liczyłam na zrzucenie jej przynajmniej częściowo.
Udało mi się osiągnąć dokładnie to co chciałam. Ze szczęścia podarowałam przepisy z książki Pani doktor kilku osobom i zachęciłam do oczyszczania. Dwie osoby się skusiły. Jednej poprawił się stan zdrowia, druga ponadto wiele schudła (miała sporą nadwagę). Piszę o tym, bo otacza mnie wielu ludzi ze zbędnymi kilogramami. Mało z nich choruje, ale może specjalistyczne badania wykazałyby coś poważniejszego. Wolałam ich nie namawiać na wizyty i badania. Wiedziałam, że zrobię sobie tylko wrogów. Więc przeszłam "Kurację" po czym głosiłam jaka jest świetna i wręczałam notatki na ten temat. O nic nie prosiłam i nie byłam nachalna. Tylko informowałam rzeczowo. I zadziałało w niektórych przypadkach:)
Ale czemu tak się bardzo na ten temat rozpisuję? Pod koniec roku znów chciałam przejść na post. Ale grudzień to nie był dobry termin. Wszędzie proszone kolacje na których tak wiele jest "dobrego" jedzenia. A ludzie się obrażają. Bo nie chcesz pysznego placuszka, bo nie chcesz czegoś tam... Na wigilijce w pracy poprosiłam przynajmniej o talerz bez mięsa. W zeszłym roku podali mi zamiast schabowego kawał ryby. Grzecznie wytłumaczyłam, że to też mięso (nie mogli uwierzyć) i oddałam swój talerz koleżance. Sama chwyciłam za półmisek z sałatkami i jadłam marchewkę, kapustę, sałatę i tego typu składniki. W tym roku nic już nie mówiłam. Kelnerce powiedziałam, że chce jedynie kilka kopytek bez sosu (typowy sos gulaszowy z kawałkami mięsa) i zjadłam do tego marchewkę tartą z jabłkiem. Z zimnej płyty nic nie było dla mnie (wszystko z mięsem), a sałatka okraszona była taką ilością majonezu, że z grzeczności (kolega mi nałożył) zjadłam łyżkę i wypiłam potem trzy kubki herbaty, żeby to przeżyć. Dziwi was to co piszę? Jeszcze kilka lat temu sama bym była zdziwiona. Dziś mam zupełnie inne podejście.
Znów zaczęłam myśleć o poście. Styczeń obfituje w wiele wydarzeń. Nie bardzo mogę coś wielkiego kombinować. Ale luty to już lepiej. Może marzec. Generalnie pierwszy kwartał 2014 roku.
Zmobilizowałam się podwójnie. Ja mam taką potrzebę i widzę, że inni również doceniają geniusz dr Dąbrowskiej. Dzięki Sewerynowi odkryłam wykłady dostępne na Youtubie, a jego zadowolenie dotyczące postu udzieliło się także mnie. Tym bardziej chcę to w końcu zrobić. Przez ten "wolny" czas będę jeszcze dokładnie czytała książki i oglądała wykłady. Zbiorę nieco wiedzy i na pewno podzielę się wrażeniami.
Udało mi się osiągnąć dokładnie to co chciałam. Ze szczęścia podarowałam przepisy z książki Pani doktor kilku osobom i zachęciłam do oczyszczania. Dwie osoby się skusiły. Jednej poprawił się stan zdrowia, druga ponadto wiele schudła (miała sporą nadwagę). Piszę o tym, bo otacza mnie wielu ludzi ze zbędnymi kilogramami. Mało z nich choruje, ale może specjalistyczne badania wykazałyby coś poważniejszego. Wolałam ich nie namawiać na wizyty i badania. Wiedziałam, że zrobię sobie tylko wrogów. Więc przeszłam "Kurację" po czym głosiłam jaka jest świetna i wręczałam notatki na ten temat. O nic nie prosiłam i nie byłam nachalna. Tylko informowałam rzeczowo. I zadziałało w niektórych przypadkach:)
Ale czemu tak się bardzo na ten temat rozpisuję? Pod koniec roku znów chciałam przejść na post. Ale grudzień to nie był dobry termin. Wszędzie proszone kolacje na których tak wiele jest "dobrego" jedzenia. A ludzie się obrażają. Bo nie chcesz pysznego placuszka, bo nie chcesz czegoś tam... Na wigilijce w pracy poprosiłam przynajmniej o talerz bez mięsa. W zeszłym roku podali mi zamiast schabowego kawał ryby. Grzecznie wytłumaczyłam, że to też mięso (nie mogli uwierzyć) i oddałam swój talerz koleżance. Sama chwyciłam za półmisek z sałatkami i jadłam marchewkę, kapustę, sałatę i tego typu składniki. W tym roku nic już nie mówiłam. Kelnerce powiedziałam, że chce jedynie kilka kopytek bez sosu (typowy sos gulaszowy z kawałkami mięsa) i zjadłam do tego marchewkę tartą z jabłkiem. Z zimnej płyty nic nie było dla mnie (wszystko z mięsem), a sałatka okraszona była taką ilością majonezu, że z grzeczności (kolega mi nałożył) zjadłam łyżkę i wypiłam potem trzy kubki herbaty, żeby to przeżyć. Dziwi was to co piszę? Jeszcze kilka lat temu sama bym była zdziwiona. Dziś mam zupełnie inne podejście.
Znów zaczęłam myśleć o poście. Styczeń obfituje w wiele wydarzeń. Nie bardzo mogę coś wielkiego kombinować. Ale luty to już lepiej. Może marzec. Generalnie pierwszy kwartał 2014 roku.
Zmobilizowałam się podwójnie. Ja mam taką potrzebę i widzę, że inni również doceniają geniusz dr Dąbrowskiej. Dzięki Sewerynowi odkryłam wykłady dostępne na Youtubie, a jego zadowolenie dotyczące postu udzieliło się także mnie. Tym bardziej chcę to w końcu zrobić. Przez ten "wolny" czas będę jeszcze dokładnie czytała książki i oglądała wykłady. Zbiorę nieco wiedzy i na pewno podzielę się wrażeniami.
piątek, 22 listopada 2013
Eko produkty
W zdrowym ciele zdrowy duch. Ale ciało to nie tylko ćwiczenia i zdrowe jedzenie. To także skóra, która zajmuje od 1,5 do 2 m² powierzchni naszego ciała. Zatem wszystko co jest w powietrzu, nasze ubrania, chemia różnego rodzaju i kosmetyki mogą korzystnie lub nie wpływać na nasze zdrowie.
Jestem zwolenniczką eko produktów jak często się da. I wiem jednocześnie, że jest wiele powodów, które to utrudniają lub wręcz uniemożliwiają. Kosmetyki, które pochodzą z natury, są ekologiczne i mają biodegradowalne opakowania. Jestem za i bardzo często używam, ale wiele razy musiałam kupić tradycyjny (niestety bardzo chemiczny) odpowiednik ze względu na cenę. Nie chcę narzekać, ale zarobki marne i człowiek czasem MUSI sobie odmówić bio, żeby starczyło do następnej wypłaty. Znam ten ból nad wyraz dobrze. Ale nie o tym.
I żeby nie było to nie reklama, ale coś mnie tak pozytywnie zaskoczyło, że muszę się podzielić tym ze światem.
Jakiś czas temu usłyszałam o Glossybox. Takie małe napomknięcie, ale opakowanie ładne, a w środku przyjemnie wyglądające kosmetyki - niespodzianki. Więc zamówiłam i dla siebie. W pakiecie, bo najtaniej wychodziło. I mogłoby się wydawać, że źle zrobiłam i tracę kasę, ale.... Po zamówieniu można się zalogować i wypełniać ankiety. Dzięki temu poczki stają się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej personalne, dopasowane do preferencji zamawiającego. Tak oto dostałam wiele kosmetyków ekologicznych. Duże opakowania lub próbki (choć tych pierwszych więcej). Wiem, że niektórych nigdy bym nie kupiła ze względu na cenę, sugerując się moimi zarobkami. A dzięki zamówieniu poznałam nowe firmy o których do tej pory nie słyszałam. Niektóre problemy się skończyły i znalazłam kosmetyk idealny do mojej skóry (ach te moje uczulenia i alergie). Do tego moja wiedza o rynku ekologicznych kosmetyków nieco ruszyła do przodu. Dawno nie byłam z czegoś tak zadowolona. Dlatego od czasu do czasu będę się dzieliła swoimi odkryciami i spostrzeżeniami. W zdrowej skórze zdrowy duch i tego będę się trzymała.
Jestem zwolenniczką eko produktów jak często się da. I wiem jednocześnie, że jest wiele powodów, które to utrudniają lub wręcz uniemożliwiają. Kosmetyki, które pochodzą z natury, są ekologiczne i mają biodegradowalne opakowania. Jestem za i bardzo często używam, ale wiele razy musiałam kupić tradycyjny (niestety bardzo chemiczny) odpowiednik ze względu na cenę. Nie chcę narzekać, ale zarobki marne i człowiek czasem MUSI sobie odmówić bio, żeby starczyło do następnej wypłaty. Znam ten ból nad wyraz dobrze. Ale nie o tym.
I żeby nie było to nie reklama, ale coś mnie tak pozytywnie zaskoczyło, że muszę się podzielić tym ze światem.
Jakiś czas temu usłyszałam o Glossybox. Takie małe napomknięcie, ale opakowanie ładne, a w środku przyjemnie wyglądające kosmetyki - niespodzianki. Więc zamówiłam i dla siebie. W pakiecie, bo najtaniej wychodziło. I mogłoby się wydawać, że źle zrobiłam i tracę kasę, ale.... Po zamówieniu można się zalogować i wypełniać ankiety. Dzięki temu poczki stają się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej personalne, dopasowane do preferencji zamawiającego. Tak oto dostałam wiele kosmetyków ekologicznych. Duże opakowania lub próbki (choć tych pierwszych więcej). Wiem, że niektórych nigdy bym nie kupiła ze względu na cenę, sugerując się moimi zarobkami. A dzięki zamówieniu poznałam nowe firmy o których do tej pory nie słyszałam. Niektóre problemy się skończyły i znalazłam kosmetyk idealny do mojej skóry (ach te moje uczulenia i alergie). Do tego moja wiedza o rynku ekologicznych kosmetyków nieco ruszyła do przodu. Dawno nie byłam z czegoś tak zadowolona. Dlatego od czasu do czasu będę się dzieliła swoimi odkryciami i spostrzeżeniami. W zdrowej skórze zdrowy duch i tego będę się trzymała.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
