Dwa dni próbowałam się "przespać z tematem". Nagle mnie oświeciło i po prostu zgasło, dlatego nie wiedziałam co dalej. Fakt faktem będzie kontrowersyjnie i pod prąd, ale skoro tak czuję to muszę to napisać. Życie wyleczyło mnie z mówienia prawdy i odzywania się przy każdej okazji, ale teraz czuję, że powinnam.
Lubicie podróżować? W sumie to ja nie lubię długich, nudnych i męczących wojaży. Te godziny w różnych środkach transportu, z bagażami ciężkimi jak nie wiadomo co... I to pakowanie walizek, które nie chcą się zapiąć. Do tego ciężkie plecaki, które trzeba samemu tachać na przykład po górach. No nie lubię tego. Bardzo. Dużo przyjemniej jest już być na miejscu. Pozwiedzać, zjeść coś lokalnego jak nie straszy trupem. Tak. To lubię. Ale nie uważam, że jest to takie niezbędne do życia. To ciągłe jeżdżenie po całym świecie.
Czemu o tym piszę? Co rusz czytam lub słyszę, że zima w Polsce jest taka czy owaka. Że ludzie nienawidzą zimna i najchętniej przenieśliby się do ciepłych krajów i wrócili w kwietniu na święta. Narzekają, narzekają, a popularni blogerzy podsycają ich nienawiść. Sami bowiem udają się na tydzień, dwa lub trzy do "egzotyki" i publikują plażowe zdjęcia i słoneczne klimaty. A "my" ich za to kochamy lub nienawidzimy i jeszcze bardziej narzekamy na swoją codzienność. Tylko co nam to da? Co dobrego wniesie do naszego życia przechodzenie w depresyjny stan i nienawidzenie własnego kraju?!
Jeżeli koniecznie musisz gdzieś wyjechać, to zrób wszystko, żeby się udało. Ja jednak jestem zwolenniczką tej drugiej teorii. Przestań żyć cudzym życiem i cudzymi marzeniami. Zacznij realizować swoje! Żeby często być w górach nie trzeba jechać wielu kilometrów z bagażami. Ja się po porostu przeprowadziłam. Wybrałam miasto, gdzie znajdzie się i praca i można iść w góry z lekkim plecakiem. Da się? Da się! I widok z okna piękny. Żyć nie umierać.
A poza tym sama zadałam sobie podstawowe pytanie: czy ty naprawdę chcesz pojechać....(tu wstawiasz miejsce/kraj/miasto)? Okazuje się, że inni coś opowiadają, coś gdzieś czytasz czy oglądasz i nagle wydaje ci się, że musisz tam być. A to jedynie złudzenie i sugestia otoczenia. Sama mam pewne miejsca, które faktycznie chciałabym odwiedzić, ale jest to ułamek tego co sugerują inni. Po prostu nastała moda na podróże i stały się one bardziej dostępne. Czy jednak musimy ciągle żyć przyszłością i nie dostrzegać tu i teraz? Ja już do tego doszła. A wy odpowiedzcie sobie sami.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PODRÓŻE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PODRÓŻE. Pokaż wszystkie posty
sobota, 15 marca 2014
sobota, 15 lutego 2014
Refleksja
Znów miało być o czymś innym. Jednak moja podróż do Czech natchnęła mnie wielokierunkowo.
Po pierwsze drogi i ich stan. Według mnie w Polsce są trzy rodzaje dróg. Te w budowie czy też właśnie oddawane do użytku są całkiem niezłe. Bez dziur i kolein, szerokie, piękne i pożądane przez nas. Następnie są drogi nieco już wyjeżdżone, trochę połatane i z koleinami, czyli codzienność. Jest jeszcze kategoria pod tytułem: "Katastrofa". Jest ich niestety sporo w naszym pięknym kraju. Ja mam sporo w pobliżu. Zawieszenie wytrzymuje jedynie kilka miesięcy. Ilość dziur jest zatrważająca. Nawet nie da się ich ominąć, bo wjeżdża się w kolejne. Rzadko kiedy są remontowane i nie wiem jakim cudem wypadki są tam rzadkością (przynajmniej w pobliży mojego domu). Po kilku rozmowach z mundurówką dowiedziałam się, że w Europie przodujemy, jeżeli chodzi o wymianę i naprawę zawieszenia. Części dostępne od ręki i każdy mechanik zna się na tym rewelacyjnie. W innych krajach nie do pomyślenia.
A teraz refleksja z Czech. Jechałam kilkanaście kilometrów samochodem. Hmmm, jeszcze nie tak. Jechałam pociągiem 145 km z czeskiego Cieszyna. A potem dopiero samochodem, czyli przemierzyłam 1/4 sąsiedniego kraju. Widziałam autostrady, obwodnice, drogi miejskie i wiejskie. Mają tam trzy kategorie dróg według prawa. Ta najgorsza u nich jest lepsza, niż średnia u nas. Nawet jak dziury załatane, to jakoś tak równo. Jedziesz i nie czujesz nierówności. Tylko jak spoglądałam do przodu to widziałam kwadraty, czyli miejsca wylewania nowego asfaltu do dziury. Zero kolein. Zero czegokolwiek. Po prostu nie mogłam uwierzyć!
Druga refleksja to pociąg. U nas IC i EC to drogie rzeczy nie dla przeciętniaków. Niby ładne, ale ceny z kosmosu. Do tego przejazd przez granicę to dodatkowa mega kasa. Dlatego my się jak zwykle przeszłyśmy przez granicę. Kilkanaście minut i z polskiego dworca przechodzę na czeski. I mnie i koleżance spacer dobrze zrobił. Nasze portfele też się ucieszyły. Na dworcu Pani wszystko zrozumiała po polsku. W końcu to teren przygraniczny, więc nie ma co się jeszcze cieszyć. Ale bilety to jedynie 22 złote po przeliczeniu. U nas taki odcinek kosztuje 3 razy tyle. Wiem, bo jeżdżę ze śląska do stolycy. A pociąg jak marzenie. Czysty, pachnący, ubikacja jak należy. I konduktor mówiący w dwóch językach. A dla anglojęzycznych zapowiadanie po czesku i angielsku oraz wyświetlacze. Też czeskie i angielskie. Czułyśmy się jak w raju. Aż żal było wracać.
A na koniec wisienka na torcie. Zarówno mnie jak i moich znajomych bardzo denerwuje, jak ludzie palą opony i inne wstrętne śmieci w domowych piecach. Kopci to na czarno, nic nie widać, smród nie do zniesienia. Astma się szerzy i pewnie rak płuc też już niedaleko. Dlatego cieszy mnie, że za kilka lat nie będzie takich kretyńskich piecy, do których wrzuci się wszystko i nie myśli się o duszących się dzieciach na podwórku. Co na to Czechy? Już mają zakaz i powiem szczerze, że jak wysiadłyśmy z pociągu to powietrze było tak czyste i świeże, że aż mnie zatkało. Gorzej jednak było po powrocie. Wysiadka w Cieszynie i makabra. Ja kaszlałam 15 minut. Nie mogłam nic mówić, bo znów się zaczynałam dusić. Okropne uczucie i wiem jak się mają na co dzień astmatycy. Nikomu tego nie życzę.
Wiem, wiem, że u nas też nie wszystko jest do dupy. Wiem, że u nich też nie wszystko jest wspaniale. Ale wiem, że pociąg może jechać szybko i sprawnie, drogi mogą być dobrze połatane i czyste powietrze w środku europy jest możliwe. Wiem! Po prostu martwi mnie to, że jest inaczej, niż mogłoby być. Dlatego bierzmy przykład z Pepików i innych krajów.
Po pierwsze drogi i ich stan. Według mnie w Polsce są trzy rodzaje dróg. Te w budowie czy też właśnie oddawane do użytku są całkiem niezłe. Bez dziur i kolein, szerokie, piękne i pożądane przez nas. Następnie są drogi nieco już wyjeżdżone, trochę połatane i z koleinami, czyli codzienność. Jest jeszcze kategoria pod tytułem: "Katastrofa". Jest ich niestety sporo w naszym pięknym kraju. Ja mam sporo w pobliżu. Zawieszenie wytrzymuje jedynie kilka miesięcy. Ilość dziur jest zatrważająca. Nawet nie da się ich ominąć, bo wjeżdża się w kolejne. Rzadko kiedy są remontowane i nie wiem jakim cudem wypadki są tam rzadkością (przynajmniej w pobliży mojego domu). Po kilku rozmowach z mundurówką dowiedziałam się, że w Europie przodujemy, jeżeli chodzi o wymianę i naprawę zawieszenia. Części dostępne od ręki i każdy mechanik zna się na tym rewelacyjnie. W innych krajach nie do pomyślenia.
A teraz refleksja z Czech. Jechałam kilkanaście kilometrów samochodem. Hmmm, jeszcze nie tak. Jechałam pociągiem 145 km z czeskiego Cieszyna. A potem dopiero samochodem, czyli przemierzyłam 1/4 sąsiedniego kraju. Widziałam autostrady, obwodnice, drogi miejskie i wiejskie. Mają tam trzy kategorie dróg według prawa. Ta najgorsza u nich jest lepsza, niż średnia u nas. Nawet jak dziury załatane, to jakoś tak równo. Jedziesz i nie czujesz nierówności. Tylko jak spoglądałam do przodu to widziałam kwadraty, czyli miejsca wylewania nowego asfaltu do dziury. Zero kolein. Zero czegokolwiek. Po prostu nie mogłam uwierzyć!
Druga refleksja to pociąg. U nas IC i EC to drogie rzeczy nie dla przeciętniaków. Niby ładne, ale ceny z kosmosu. Do tego przejazd przez granicę to dodatkowa mega kasa. Dlatego my się jak zwykle przeszłyśmy przez granicę. Kilkanaście minut i z polskiego dworca przechodzę na czeski. I mnie i koleżance spacer dobrze zrobił. Nasze portfele też się ucieszyły. Na dworcu Pani wszystko zrozumiała po polsku. W końcu to teren przygraniczny, więc nie ma co się jeszcze cieszyć. Ale bilety to jedynie 22 złote po przeliczeniu. U nas taki odcinek kosztuje 3 razy tyle. Wiem, bo jeżdżę ze śląska do stolycy. A pociąg jak marzenie. Czysty, pachnący, ubikacja jak należy. I konduktor mówiący w dwóch językach. A dla anglojęzycznych zapowiadanie po czesku i angielsku oraz wyświetlacze. Też czeskie i angielskie. Czułyśmy się jak w raju. Aż żal było wracać.
A na koniec wisienka na torcie. Zarówno mnie jak i moich znajomych bardzo denerwuje, jak ludzie palą opony i inne wstrętne śmieci w domowych piecach. Kopci to na czarno, nic nie widać, smród nie do zniesienia. Astma się szerzy i pewnie rak płuc też już niedaleko. Dlatego cieszy mnie, że za kilka lat nie będzie takich kretyńskich piecy, do których wrzuci się wszystko i nie myśli się o duszących się dzieciach na podwórku. Co na to Czechy? Już mają zakaz i powiem szczerze, że jak wysiadłyśmy z pociągu to powietrze było tak czyste i świeże, że aż mnie zatkało. Gorzej jednak było po powrocie. Wysiadka w Cieszynie i makabra. Ja kaszlałam 15 minut. Nie mogłam nic mówić, bo znów się zaczynałam dusić. Okropne uczucie i wiem jak się mają na co dzień astmatycy. Nikomu tego nie życzę.
Wiem, wiem, że u nas też nie wszystko jest do dupy. Wiem, że u nich też nie wszystko jest wspaniale. Ale wiem, że pociąg może jechać szybko i sprawnie, drogi mogą być dobrze połatane i czyste powietrze w środku europy jest możliwe. Wiem! Po prostu martwi mnie to, że jest inaczej, niż mogłoby być. Dlatego bierzmy przykład z Pepików i innych krajów.
czwartek, 19 grudnia 2013
Dalekie podróże
Zauważyliście, że zimą modne są teraz dalekie podróże do ciepłych, egzotycznych krajów?
Ja także przez wiele lat nie akceptowałam zimy. Kiedy przychodziła ta okrutna pora roku klęłam w myślach i chciałam jak najmniej wychodzić poza ciepły i przytulny dom. Marzyłam o cieple plaży i chciałam być daleko od zimy. Jak najdalej. Wszyscy wokół narzekali. I ja tak robiłam. Większość rozmów dotyczyła temperatury i przewidywanych opadów. Kiedy po wielu miesiącach przychodziła wiosna rozmowy były nieco bardziej ożywione, ale temat nie ulegał zmianie. Ponieważ dalej temperatury nie były "idealne" znów każdy marzył o wyprawie do "prawdziwego ciepełka".
Od jakiegoś czasu oswoiłam się z myślą o zimie i wiem, że jest to bardzo ważna pora roku. Kiedy termometr schodzi coraz niżej marzę, aby było na minusie. Po jakimś czasie wybijane są zarazki i ludzie przestają tak strasznie chorować. Spacer na mrozie orzeźwia i wzmacnia organizm. W momencie kiedy człowiek zaakceptuje nieuniknione stajemy się spokojniejsi i bardziej weseli. Przynajmniej ja tak mam. Nie narzekam już tak dużo jak kiedyś. Odczuwam również wiele innych różnic.
A dalekie podróże? Jak dla mnie to bardziej moda niż faktyczna potrzeba. Reklamy dookoła KAŻĄ nam wyjechać zimą. Wielu słynnych blogerów opowiada jak to jest cudownie w ciepłych krajach, gdy u nas jest śnieg. A my oszołomieni tym, co mówią inni nie zwracamy uwagi na siebie. Powielamy jedynie głośno wypowiedziane słowa innych. Bo jedni marzą o Europie, inni o dalszych kontynentach. Jakbyśmy żyli w jakimś strasznym kraju, gdzie nie ma co jeść, pić i dachu nad głową brak.
Odkąd jesteśmy demokratycznym krajem wiele się u nas zmieniło. W domach średnia temperatura nie schodzi poniżej 20 stopni, choć kiedyś był to jedynie luksus i żyło się w dzień choćby i w 18, a nawet 16. Urodziłam się w latach osiemdziesiątych i sama tego nie pamiętam. Są jednak ludzie, dla których dzisiejsze "marne" (według wielu) życie jest i tak o wiele lepsze od tego co mieli.
Nikt mi zatem nie powie, że muszę wyjechać. Nie odczuwam takiej potrzeby. A teraz idę się przejść na mrozie. -5 to idealna temperatura na spacer :)
Ja także przez wiele lat nie akceptowałam zimy. Kiedy przychodziła ta okrutna pora roku klęłam w myślach i chciałam jak najmniej wychodzić poza ciepły i przytulny dom. Marzyłam o cieple plaży i chciałam być daleko od zimy. Jak najdalej. Wszyscy wokół narzekali. I ja tak robiłam. Większość rozmów dotyczyła temperatury i przewidywanych opadów. Kiedy po wielu miesiącach przychodziła wiosna rozmowy były nieco bardziej ożywione, ale temat nie ulegał zmianie. Ponieważ dalej temperatury nie były "idealne" znów każdy marzył o wyprawie do "prawdziwego ciepełka".
Od jakiegoś czasu oswoiłam się z myślą o zimie i wiem, że jest to bardzo ważna pora roku. Kiedy termometr schodzi coraz niżej marzę, aby było na minusie. Po jakimś czasie wybijane są zarazki i ludzie przestają tak strasznie chorować. Spacer na mrozie orzeźwia i wzmacnia organizm. W momencie kiedy człowiek zaakceptuje nieuniknione stajemy się spokojniejsi i bardziej weseli. Przynajmniej ja tak mam. Nie narzekam już tak dużo jak kiedyś. Odczuwam również wiele innych różnic.
A dalekie podróże? Jak dla mnie to bardziej moda niż faktyczna potrzeba. Reklamy dookoła KAŻĄ nam wyjechać zimą. Wielu słynnych blogerów opowiada jak to jest cudownie w ciepłych krajach, gdy u nas jest śnieg. A my oszołomieni tym, co mówią inni nie zwracamy uwagi na siebie. Powielamy jedynie głośno wypowiedziane słowa innych. Bo jedni marzą o Europie, inni o dalszych kontynentach. Jakbyśmy żyli w jakimś strasznym kraju, gdzie nie ma co jeść, pić i dachu nad głową brak.
Odkąd jesteśmy demokratycznym krajem wiele się u nas zmieniło. W domach średnia temperatura nie schodzi poniżej 20 stopni, choć kiedyś był to jedynie luksus i żyło się w dzień choćby i w 18, a nawet 16. Urodziłam się w latach osiemdziesiątych i sama tego nie pamiętam. Są jednak ludzie, dla których dzisiejsze "marne" (według wielu) życie jest i tak o wiele lepsze od tego co mieli.
Nikt mi zatem nie powie, że muszę wyjechać. Nie odczuwam takiej potrzeby. A teraz idę się przejść na mrozie. -5 to idealna temperatura na spacer :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)