Nie od dziś wiadomo, że przytyć jest łatwo, a utrzymać wagę i schudnąć zdecydowanie trudniej. Z pomocą przychodzą nam zatem specjaliści, którzy w ostatnim numerze "Coaching" opisali kilka wskazówek dla odchudzających się.
"Warto na początku zwrócić uwagę, a jaki sposób myśli o zmianie stylu życia. Zapytać siebie, czy naprawdę chcę, czy też muszę zmienić dotychczasowy tryb życia. Słowa są tutaj kluczowe. Odchudzanie rozpocznij od zastanowienia się:
JAK JEM? JAK ŻYJĘ?
Zapisz na kartce: ile razy dziennie jadłeś/aś, co i w jakich godzinach, i zobacz, co dzięki temu odkrywasz. Jaki styl życia prowadzisz: czy uprawiasz jakiś sport, jeżeli tak - ile razy w tygodniu?
- Wiedząc, że sukces w odchudzaniu w znacznym stopniu zależy od regularności posiłków oraz aktywności fizycznej, zastanów się, do czego dążysz. Jaki byłby idealny model twojego nowego aktywnego życia?
- Zmianę zacznij od małych kroków - w każdym tygodniu wprowadź jeden rytuał - coś nowego, z czego będziesz dumna/y. Nagradzaj się! To twoje osiągnięcia!
Bardzo ważne są emocje, które towarzyszą nam podczas jedzenia. Na jeden tydzień stań się obserwatorem swoich emocji: W JAKICH SYTUACJACH JESZ? Czy jesz, kiedy jesteś zły/a, kiedy jest ci smutno, kiedy jesteś nieszczęśliwy/a, kiedy coś ci się nie udało? Co odkrywasz, odpowiadając na te pytania?
CZY JEDZENIE JEST DLA CIEBIE FORMĄ NAGRODY i czy sprawia ci radość? Jeżeli twoja odpowiedź brzmi "tak", wypisz pięć rzeczy, które sprawiają ci w życiu przyjemność, i wybierz tę, która może zastąpić ci jedzenie w chwilach, gdy potrzebujesz zmienić negatywne emocje.
CO JEST TWOIM CELEM - do czego dążysz? Ważne, żeby sformułować cel jak najbardziej konkretnie, by był to cel pozytywny i w czasie teraźniejszym, np: "Jem pięć razy dziennie zdrowe posiłki, trzy razy w tygodniu biegam. Na koniec wakacji znowu noszę moje ulubione spodnie". Unikaj wyznaczonych celów w kilogramach. Dowiedziono, że jeżeli do wyznaczonej daty nie osiągniemy oznaczonej liczby kilogramów, motywacja drastycznie spada. Wyznaczaj cele dotyczące zachowań
PRZEJDŹ DO DZIAŁANIA - jaki będzie twój pierwszy krok?"
Powodzenia!
niedziela, 23 lutego 2014
Na spontanie
Kurcze no!
Witam wszystkich znowu po przerwie.
Ja to chyba powinnam pisać na spontanie, bo jak tylko coś sobie zaplanuję, że napiszę, to jakoś nie wychodzi. Odłączyli wam kiedyś internet? Mnie tak. Jak człowiek nie dostanie rachunku to nie zapłaci. A jak nie zapłaci to mu odcinają. Tylko człowiek chętny jest do płacenia, a rachunku niet i już. I czyja to wina? No nie ważne. Internet za to znów jest i ja znów mogę pisać. Choć dziś ewidentnie mi się nie chce. Zmęczyłam się mocno. Dotleniłam organizm i doładowałam dużo jak na luty witaminy D ze słoneczka. Cztery godziny łażenia po górach w pełnym słońcu. Dawno tak nie było. Dużo za to bydła niestety. W szpilach wjeżdżają kolejką i w schronisku brylują. Makijaż i fryzura nienaganne. A ja? Poszarpana, do kolan z błota, w wielkich brudnych buciorach. Ale ja i tak czuję się fantastycznie z moją czerwoną twarzą, ledwo posmarowaną kremem. I biegaczy dużo w tym wszystkim. Pozazdrościć formy można. Ale jak nogi odpoczną to jutro może też uda się pobiegać.
A wracając do tematu brylujących... Kilka moich refleksji na temat naszego społeczeństwa. Weszliśmy do pierwszego schroniska (potem szliśmy jeszcze na jeden szczyt i zaliczyliśmy drugie schronisko) i dużo bydła popijało piwko, jadło gulasze i mega tłusty bigos. Na deser szarlotka lub sernik posypany toną pudru i kolorowe napoje. My usiedliśmy z boku i zaczęła się obserwacja. Zjedliśmy po kanapce, ciśnienie złagodziliśmy kawą parzuchą i chwilę patrzyliśmy na ludzi wchodzących i podchodzących do kasy. Po pierwsze prawie nikt nie był brudny z błota, czyli musieli jechać kolejką. Po drugie ci brudni nie byli bardzo zadyszani. Pewnie wchodzili pół dnia, żeby się przypadkiem nie zmęczyć, bo to takie straszne. No i ta rewia mody. Buty na obcasie/koturnie to norma. Mało ubrań sportowych i niestety mało rzeczy wygodnych! A jak już ktoś się zaopatrzył w dresowe czy turystyczne ubrania to wszystko funkiel nówki na pewno rzadko używane. Dalej było tylko gorzej. Pijany facet szedł mega zygzakiem i wpadł na ścianę...
Konkluzja: Już wiem, czemu jesteśmy najszybciej przybierającym na wadze krajem europy. Już wiem, czemu polskie dzieci są najgrubsze. Każdy mówi o ruchu, ale ja widzę jedynie PSEUDO ruch. Najważniejszy jest nienaganny wygląd, a nie wydolność. Ten trend jest przerażający. A potem zawał za zawałem i kupa kasy na leczenie. Sama również powinnam więcej ćwiczyć, bo wiem, że mi kondycja siadła. Ale jednak coś robię i staram się poważnie do tego podchodzić. I zamiast fast foodu wróciłam do domu i ugotowałam zdrowy obiad. Da się? No da się. Więc o co chodzi???!!!
Witam wszystkich znowu po przerwie.
Ja to chyba powinnam pisać na spontanie, bo jak tylko coś sobie zaplanuję, że napiszę, to jakoś nie wychodzi. Odłączyli wam kiedyś internet? Mnie tak. Jak człowiek nie dostanie rachunku to nie zapłaci. A jak nie zapłaci to mu odcinają. Tylko człowiek chętny jest do płacenia, a rachunku niet i już. I czyja to wina? No nie ważne. Internet za to znów jest i ja znów mogę pisać. Choć dziś ewidentnie mi się nie chce. Zmęczyłam się mocno. Dotleniłam organizm i doładowałam dużo jak na luty witaminy D ze słoneczka. Cztery godziny łażenia po górach w pełnym słońcu. Dawno tak nie było. Dużo za to bydła niestety. W szpilach wjeżdżają kolejką i w schronisku brylują. Makijaż i fryzura nienaganne. A ja? Poszarpana, do kolan z błota, w wielkich brudnych buciorach. Ale ja i tak czuję się fantastycznie z moją czerwoną twarzą, ledwo posmarowaną kremem. I biegaczy dużo w tym wszystkim. Pozazdrościć formy można. Ale jak nogi odpoczną to jutro może też uda się pobiegać.
A wracając do tematu brylujących... Kilka moich refleksji na temat naszego społeczeństwa. Weszliśmy do pierwszego schroniska (potem szliśmy jeszcze na jeden szczyt i zaliczyliśmy drugie schronisko) i dużo bydła popijało piwko, jadło gulasze i mega tłusty bigos. Na deser szarlotka lub sernik posypany toną pudru i kolorowe napoje. My usiedliśmy z boku i zaczęła się obserwacja. Zjedliśmy po kanapce, ciśnienie złagodziliśmy kawą parzuchą i chwilę patrzyliśmy na ludzi wchodzących i podchodzących do kasy. Po pierwsze prawie nikt nie był brudny z błota, czyli musieli jechać kolejką. Po drugie ci brudni nie byli bardzo zadyszani. Pewnie wchodzili pół dnia, żeby się przypadkiem nie zmęczyć, bo to takie straszne. No i ta rewia mody. Buty na obcasie/koturnie to norma. Mało ubrań sportowych i niestety mało rzeczy wygodnych! A jak już ktoś się zaopatrzył w dresowe czy turystyczne ubrania to wszystko funkiel nówki na pewno rzadko używane. Dalej było tylko gorzej. Pijany facet szedł mega zygzakiem i wpadł na ścianę...
Konkluzja: Już wiem, czemu jesteśmy najszybciej przybierającym na wadze krajem europy. Już wiem, czemu polskie dzieci są najgrubsze. Każdy mówi o ruchu, ale ja widzę jedynie PSEUDO ruch. Najważniejszy jest nienaganny wygląd, a nie wydolność. Ten trend jest przerażający. A potem zawał za zawałem i kupa kasy na leczenie. Sama również powinnam więcej ćwiczyć, bo wiem, że mi kondycja siadła. Ale jednak coś robię i staram się poważnie do tego podchodzić. I zamiast fast foodu wróciłam do domu i ugotowałam zdrowy obiad. Da się? No da się. Więc o co chodzi???!!!
czwartek, 20 lutego 2014
Wzięło mnie
No sport to zdrowie. Tak wiadomo. Zdrowe jedzenie też. No wiadomo. Ale dopiero jakiś czas temu uświadomiłam sobie, jakie to jest ważne razem. Dopiero kiedy usłyszałam słowo: "holistyczny" dotarło do mnie to wszystko. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, że skoro chcę schudnąć i chcę być zdrowa wszystko musi dziać się jednocześnie. Ważny jest też odpoczynek, oczyszczanie ciała i wiele innych rzeczy. I moje: "Chcę schudnąć pięć kilo" nabiera realnych kształtów. Dwa tygodnie (z mniejszymi i większymi odstępstwami) stosuję coś ala dietę. Muszę jeszcze nad tym popracować. Do tego od 10 dni regularnie ćwiczę. I nie udaję, że coś robię tylko naprawdę treninguję :D Na początku mi się nie chce. Po treningu chce mi się więcej. Uwielbiam to uczucie!
Myśląc o holistycznym podejściu przypomniało mi się jak trzy lata temu "wchodziłam" w temat zdrowego życia, sportu nie tylko rekreacyjnie i braku mięsa w diecie. Pierwszy raz stosowałam dietę dr Dąbrowskiej, pierwszy raz ćwiczyłam 3-6 razy w tygodniu czyli regularnie. Pierwszy raz poczułam się zdrowa i schudłam 8 kilo. Był to dla mnie przełom, który dopiero dziś rozumiem w pełni. Albo jedynie w 90 procentach.
Wiem natomiast, że swoją wiedzą mogę podzielić się z innymi. I to będę czyniła. A na pierwszy ogień tekst stricte na temat z najnowszego numeru "Coaching". No tak, jakby czytali w moich myślach. Dlatego zapraszam jutro na trening... głowy, aby ciało też się dobrze miało.
Myśląc o holistycznym podejściu przypomniało mi się jak trzy lata temu "wchodziłam" w temat zdrowego życia, sportu nie tylko rekreacyjnie i braku mięsa w diecie. Pierwszy raz stosowałam dietę dr Dąbrowskiej, pierwszy raz ćwiczyłam 3-6 razy w tygodniu czyli regularnie. Pierwszy raz poczułam się zdrowa i schudłam 8 kilo. Był to dla mnie przełom, który dopiero dziś rozumiem w pełni. Albo jedynie w 90 procentach.
Wiem natomiast, że swoją wiedzą mogę podzielić się z innymi. I to będę czyniła. A na pierwszy ogień tekst stricte na temat z najnowszego numeru "Coaching". No tak, jakby czytali w moich myślach. Dlatego zapraszam jutro na trening... głowy, aby ciało też się dobrze miało.
wtorek, 18 lutego 2014
2000 kcal
Nie cierpię szufladkowania. Drażni mnie to pod wieloma względami. Czemu wegetarianie to niby "oszołomy"? O weganach to już się nawet nie mówi. Czemu patrzą na ciebie z pod byka jak jedziesz do pracy rowerem i nie posiadasz samochodu? Czemu szufladkują i opisują ludzi nie znając ich osobiście?
Hmmm... Czasem opisując społeczeństwo robi się pewne skróty, wyciąga się średnią. Ale nie jest to do końca dobre. Weźmy dziś pod uwagę to co jemy. Na opakowaniach żywności producenci mają obowiązek umieszczać nie tylko skład, ale i wartość kaloryczną danego produktu. Piszą też często ile to jest procent RDA czy dziennego zapotrzebowania. Za takowe przyjmują 2000 kcal dla dorosłej osoby. Tylko jest jeden mały problem. Mężczyźni i kobiety potrzebują zupełnie innej ilości kalorii. O dzieciach to już nawet się nie wspomina. Poza tym w zależności od wieku, wagi, wzrostu, trybu życia i ambicji schudnę/przytyję (dla chudzielców z niedowagą) te kalorię są bardzo różne. No i niby taka dorosła kobieta mniej więcej w moim wieku ma jeść 2000. A ja wam powiem, że to bujda. Można to obliczyć (choć nie wiem jak dokładnie).
Wzór dla kobiet: 655 + (9,6 x waga ciała) + (1,8 x wzrost w cm) - (4,7 x wiek)
Potem należy to pomnożyć.
1,2 siedzący tryb życia
1,375 lekka aktywność - 2 razy w tygodniu
1,5 średnia aktywność - 4 razy w tygodniu
1,7 duża aktywność - 6 razy w tygodniu
Mnie wyszło: 1406,4
I teraz zamierzam ćwiczyć nie mniej niż 4 razy w tygodniu (czasem 5 lub 6 jak warunki ku temu będą odpowiednie) czyli ogólny wynik: 2109,6. Przy lżejszej aktywności: 1933,8. Przy większej: 2390,88.
Ja chcę schudnąć, więc staram się nie przekraczać 1800 kcal.
No to się te cyferki pozmieniały.Czyli nie szufladkujcie się. To nie ma sensu!
A co u facetów?
66,47 + (13,7 x waga ciała) + (5,0 x wzrost w cm) - (6,76 x wiek)
a potem mnożymy. I co wyszło?
Hmmm... Czasem opisując społeczeństwo robi się pewne skróty, wyciąga się średnią. Ale nie jest to do końca dobre. Weźmy dziś pod uwagę to co jemy. Na opakowaniach żywności producenci mają obowiązek umieszczać nie tylko skład, ale i wartość kaloryczną danego produktu. Piszą też często ile to jest procent RDA czy dziennego zapotrzebowania. Za takowe przyjmują 2000 kcal dla dorosłej osoby. Tylko jest jeden mały problem. Mężczyźni i kobiety potrzebują zupełnie innej ilości kalorii. O dzieciach to już nawet się nie wspomina. Poza tym w zależności od wieku, wagi, wzrostu, trybu życia i ambicji schudnę/przytyję (dla chudzielców z niedowagą) te kalorię są bardzo różne. No i niby taka dorosła kobieta mniej więcej w moim wieku ma jeść 2000. A ja wam powiem, że to bujda. Można to obliczyć (choć nie wiem jak dokładnie).
Wzór dla kobiet: 655 + (9,6 x waga ciała) + (1,8 x wzrost w cm) - (4,7 x wiek)
Potem należy to pomnożyć.
1,2 siedzący tryb życia
1,375 lekka aktywność - 2 razy w tygodniu
1,5 średnia aktywność - 4 razy w tygodniu
1,7 duża aktywność - 6 razy w tygodniu
Mnie wyszło: 1406,4
I teraz zamierzam ćwiczyć nie mniej niż 4 razy w tygodniu (czasem 5 lub 6 jak warunki ku temu będą odpowiednie) czyli ogólny wynik: 2109,6. Przy lżejszej aktywności: 1933,8. Przy większej: 2390,88.
Ja chcę schudnąć, więc staram się nie przekraczać 1800 kcal.
No to się te cyferki pozmieniały.Czyli nie szufladkujcie się. To nie ma sensu!
A co u facetów?
66,47 + (13,7 x waga ciała) + (5,0 x wzrost w cm) - (6,76 x wiek)
a potem mnożymy. I co wyszło?
poniedziałek, 17 lutego 2014
Marnowanie jedzenia
Wydaje mi się, że już kiedyś o tym pisałam. Ale temat rzeka zawsze powróci jak bumerang, dlatego dziś kilka słów na temat moich obserwacji polaków.
Zacząć trzeba od tego, że nie mieszkam sama, widzę nie tylko moją zawartość lodówki/talerza. Po drugie kilka przeprowadzek dało mi ogląd na ludzi w różnym wieku i z różnym podejściem do życia, w tym do jedzenia. Jedno prawie nigdy się nie zmienia. Wszyscy marnują pewną część tego co kupią. Bo jedzenie niby drogie w Polsce, ale ogólnie dostępne i kupujemy je na potęgę. Ja też nie jestem bez winy. Zdarza mi się coś wywalić, ale ogólnie staram się nie marnować nie tylko moich pieniędzy, ale i zasobów naszej planety, dzięki którym my możemy żyć.
Jak widzę jest kilka typów zakupowiczów. Mało kto robi konkretną listę. A jak nie robimy listy to do koszyka ląduje to na co mamy nagle w sklepie ogromną ochotę jak jesteśmy głodni i to co wydaje nam się konieczne. Potem produkty z promocji. I tu często (mnie również) zdarzają się problemy. Hasło głosi: "Kup dwie sałaty w cenie jednej". No to bierzemy. A potem jedna sałata marnieje i ląduje w koszu. Mnie się taki przykład nie zdarza, bo sałatę mam na jedno, dwa posiedzenia, ale nie raz coś się popsuło w mojej lodówce. Często też pod wpływem reklamy kupujemy produkty na które nie mamy ochoty i w ostatecznym rozrachunku nie jemy ich. Przykłady można tu mnożyć, ale nie o to chodzie.
Refleksja przyszła nagle i doznałam olśnienia. DIETA. Na diecie je się konkretne rzeczy w konkretnych ilościach. Do tego przygotowujemy listę czasem z dokładną wagą produktów i kupujemy jedynie według niej. Co mogę powiedzieć po pierwszym tygodniu diety? Nic nie wyrzuciłam. Nic! Nawet chleba zabrakło. Ja jem go mało, ale domownicy ogólnie dużo. Nie dokupiłam. Dzięki temu naprawdę wiem, co jem i nie wywalam. Przygotowywanie tych list jest nieco męczące, ale poza tym naprawdę to nieźle działa. I jak widzę, ile ludzie marnują jedzenia to mam motywację, żeby jednak nie podążać za nimi. Wszystkim polecam refleksję dotycząca jedzenia i własnej, domowej lodówki.
Zacząć trzeba od tego, że nie mieszkam sama, widzę nie tylko moją zawartość lodówki/talerza. Po drugie kilka przeprowadzek dało mi ogląd na ludzi w różnym wieku i z różnym podejściem do życia, w tym do jedzenia. Jedno prawie nigdy się nie zmienia. Wszyscy marnują pewną część tego co kupią. Bo jedzenie niby drogie w Polsce, ale ogólnie dostępne i kupujemy je na potęgę. Ja też nie jestem bez winy. Zdarza mi się coś wywalić, ale ogólnie staram się nie marnować nie tylko moich pieniędzy, ale i zasobów naszej planety, dzięki którym my możemy żyć.
Jak widzę jest kilka typów zakupowiczów. Mało kto robi konkretną listę. A jak nie robimy listy to do koszyka ląduje to na co mamy nagle w sklepie ogromną ochotę jak jesteśmy głodni i to co wydaje nam się konieczne. Potem produkty z promocji. I tu często (mnie również) zdarzają się problemy. Hasło głosi: "Kup dwie sałaty w cenie jednej". No to bierzemy. A potem jedna sałata marnieje i ląduje w koszu. Mnie się taki przykład nie zdarza, bo sałatę mam na jedno, dwa posiedzenia, ale nie raz coś się popsuło w mojej lodówce. Często też pod wpływem reklamy kupujemy produkty na które nie mamy ochoty i w ostatecznym rozrachunku nie jemy ich. Przykłady można tu mnożyć, ale nie o to chodzie.
Refleksja przyszła nagle i doznałam olśnienia. DIETA. Na diecie je się konkretne rzeczy w konkretnych ilościach. Do tego przygotowujemy listę czasem z dokładną wagą produktów i kupujemy jedynie według niej. Co mogę powiedzieć po pierwszym tygodniu diety? Nic nie wyrzuciłam. Nic! Nawet chleba zabrakło. Ja jem go mało, ale domownicy ogólnie dużo. Nie dokupiłam. Dzięki temu naprawdę wiem, co jem i nie wywalam. Przygotowywanie tych list jest nieco męczące, ale poza tym naprawdę to nieźle działa. I jak widzę, ile ludzie marnują jedzenia to mam motywację, żeby jednak nie podążać za nimi. Wszystkim polecam refleksję dotycząca jedzenia i własnej, domowej lodówki.
niedziela, 16 lutego 2014
Ćwiczyć każdy może
W poprzednim sezonie miałam kontuzję. Mało biegałam czy jeździłam na rowerze. Dodatkowo zmieniłam go na inny. Nagle z miejskiego przesiadłam się na górala. Nie tylko z napisem "górski", ale z osprzętem do prawdziwej jazdy w terenie. I do tego męska rama. Poważna sprawa, dlatego bałam się na nim jeździć. Kilka razy spróbowałam, a potem cieszyłam się, że jest na tyle zimno, że wsiadam w autobus i nie muszę dotykać roweru. Teraz jednak czas ruszyć go ponownie. Wyjęłam, obejrzałam i ruszyłam. Było ciepło (około 8 stopni), dlatego jazda to czysta przyjemność. 45 minut na przemian w górę i w dół po bardzo różnym terenie. Cudo! Aż się rozmarzyłam. Jutro też idę pojeździć:)
Ale chciałam napisać coś zupełnie innego. Takie mam ostatnio refleksje na różne tematy. Teraz naszło mnie na sport. Parę lat temu wyprowadziłam się z rodzinnego miasta. Jakoś nie podobało mi się tam za bardzo i nie widziałam dla siebie perspektyw. Pokochałam góry i Beskid niski jest jak dla mnie świetnym miejscem. Miast sporo, a góry i lasy mimo to na wyciągnięcie ręki. Władze wygospodarowały nieco kasy na ścieżki rowerowe i tereny rekreacyjne. Jest gdzie jeździć, jest gdzie biegać. Rozpisuję się nie bez przyczyny na ten temat. Znam różne miasta, gdzie są tereny, do aktywnego spędzania czasu. Ale są one martwe. 80% zainwestowanych środków marnuje się w tragiczny sposób. Polskie społeczeństwo nie jest nauczone ruchu i bardzo nad tym ubolewam. O ile moda na sport dosięgnęła młodych to nasi rodzice i dziadkowie w większości dogorywają w wolnym czasie na kanapie przed telewizorem czy wśród znajomych przy torcie, golonce i alkoholu.Ble.
Ale, ale. Powyższe to wstęp do pozytywnych rzeczy o których chcę napisać. Mam nadzieję, że więcej jest takich wyjątkowych miast/dzielnic jak moje obecne. Zagospodarowane tereny nie marnują się tu za często. I może nie jest idealnie, ale cieszy mnie to co widzę. Dzisiaj.... no ja miałam mega szybki spacer 60 minut, a potem rower 45 minut. I przez ten czas byłam w kilku miejscach w mieście i widziałam tak wielu aktywnych ludzi. Rowery dookoła. Do tego biegacze! Tak wielu biegaczy, że oczy z orbit wychodzą. A ile dziadków! Nordic walking pełną gębą. I to całymi stadami. Pewnie jakbym poszła dalej w las i na jakiś górski szlak (jak dwa tygodnie temu) to znów bym spotkała całe stada z kijami. Czasem zdarza mi się w tygodniu z samego rana choćby o 7 iść do lasu i biegać. Jak mroźno to raczej pusto, ale jak się zbliży słupek do zera to dużo ludzi wychodzi. Pobiegać, pochodzić trochę. No i jeździć po górach.
Trzeba się jedynie zorganizować. I po kilku razach wszystko wiadomo. Wtedy nie ma już wymówek.
A ja niestety szybko się nudzę, dlatego co jakiś czas zmieniam ćwiczenia. Ostatnio postanowiłam robić pompki. Ale jako=kobieta uważająca na ręce (w końcu to moje narzędzie pracy) nie mam zbyt dużych i silnych mięśni. Dlatego zaczęłam od podstaw. Okazałam się mega słabeuszem, czyli damskie lajtowe pompki na pierwszy ogień. Męczarnia. Po tygodniu widzę progres, więc idę ćwiczyć dalej. Może w marcu uda mi się przejść na męskie. A jutro rower i.... no muszę coś nowego skombinować. Co myślicie o ćwiczeniach Ewy Chodakowskiej? To naprawdę daje takie rezultaty po miesiącu?
BTW ćwiczyć każdy może! Chęci, chęci i jeszcze raz chęci. A potem dobra organizacja czasu i luzik. To znaczy nie luzik, tylko męczarnia. Ale jaka przyjemna... No to idę popompować :D
Ale chciałam napisać coś zupełnie innego. Takie mam ostatnio refleksje na różne tematy. Teraz naszło mnie na sport. Parę lat temu wyprowadziłam się z rodzinnego miasta. Jakoś nie podobało mi się tam za bardzo i nie widziałam dla siebie perspektyw. Pokochałam góry i Beskid niski jest jak dla mnie świetnym miejscem. Miast sporo, a góry i lasy mimo to na wyciągnięcie ręki. Władze wygospodarowały nieco kasy na ścieżki rowerowe i tereny rekreacyjne. Jest gdzie jeździć, jest gdzie biegać. Rozpisuję się nie bez przyczyny na ten temat. Znam różne miasta, gdzie są tereny, do aktywnego spędzania czasu. Ale są one martwe. 80% zainwestowanych środków marnuje się w tragiczny sposób. Polskie społeczeństwo nie jest nauczone ruchu i bardzo nad tym ubolewam. O ile moda na sport dosięgnęła młodych to nasi rodzice i dziadkowie w większości dogorywają w wolnym czasie na kanapie przed telewizorem czy wśród znajomych przy torcie, golonce i alkoholu.Ble.
Ale, ale. Powyższe to wstęp do pozytywnych rzeczy o których chcę napisać. Mam nadzieję, że więcej jest takich wyjątkowych miast/dzielnic jak moje obecne. Zagospodarowane tereny nie marnują się tu za często. I może nie jest idealnie, ale cieszy mnie to co widzę. Dzisiaj.... no ja miałam mega szybki spacer 60 minut, a potem rower 45 minut. I przez ten czas byłam w kilku miejscach w mieście i widziałam tak wielu aktywnych ludzi. Rowery dookoła. Do tego biegacze! Tak wielu biegaczy, że oczy z orbit wychodzą. A ile dziadków! Nordic walking pełną gębą. I to całymi stadami. Pewnie jakbym poszła dalej w las i na jakiś górski szlak (jak dwa tygodnie temu) to znów bym spotkała całe stada z kijami. Czasem zdarza mi się w tygodniu z samego rana choćby o 7 iść do lasu i biegać. Jak mroźno to raczej pusto, ale jak się zbliży słupek do zera to dużo ludzi wychodzi. Pobiegać, pochodzić trochę. No i jeździć po górach.
Trzeba się jedynie zorganizować. I po kilku razach wszystko wiadomo. Wtedy nie ma już wymówek.
A ja niestety szybko się nudzę, dlatego co jakiś czas zmieniam ćwiczenia. Ostatnio postanowiłam robić pompki. Ale jako=kobieta uważająca na ręce (w końcu to moje narzędzie pracy) nie mam zbyt dużych i silnych mięśni. Dlatego zaczęłam od podstaw. Okazałam się mega słabeuszem, czyli damskie lajtowe pompki na pierwszy ogień. Męczarnia. Po tygodniu widzę progres, więc idę ćwiczyć dalej. Może w marcu uda mi się przejść na męskie. A jutro rower i.... no muszę coś nowego skombinować. Co myślicie o ćwiczeniach Ewy Chodakowskiej? To naprawdę daje takie rezultaty po miesiącu?
BTW ćwiczyć każdy może! Chęci, chęci i jeszcze raz chęci. A potem dobra organizacja czasu i luzik. To znaczy nie luzik, tylko męczarnia. Ale jaka przyjemna... No to idę popompować :D
sobota, 15 lutego 2014
Refleksja
Znów miało być o czymś innym. Jednak moja podróż do Czech natchnęła mnie wielokierunkowo.
Po pierwsze drogi i ich stan. Według mnie w Polsce są trzy rodzaje dróg. Te w budowie czy też właśnie oddawane do użytku są całkiem niezłe. Bez dziur i kolein, szerokie, piękne i pożądane przez nas. Następnie są drogi nieco już wyjeżdżone, trochę połatane i z koleinami, czyli codzienność. Jest jeszcze kategoria pod tytułem: "Katastrofa". Jest ich niestety sporo w naszym pięknym kraju. Ja mam sporo w pobliżu. Zawieszenie wytrzymuje jedynie kilka miesięcy. Ilość dziur jest zatrważająca. Nawet nie da się ich ominąć, bo wjeżdża się w kolejne. Rzadko kiedy są remontowane i nie wiem jakim cudem wypadki są tam rzadkością (przynajmniej w pobliży mojego domu). Po kilku rozmowach z mundurówką dowiedziałam się, że w Europie przodujemy, jeżeli chodzi o wymianę i naprawę zawieszenia. Części dostępne od ręki i każdy mechanik zna się na tym rewelacyjnie. W innych krajach nie do pomyślenia.
A teraz refleksja z Czech. Jechałam kilkanaście kilometrów samochodem. Hmmm, jeszcze nie tak. Jechałam pociągiem 145 km z czeskiego Cieszyna. A potem dopiero samochodem, czyli przemierzyłam 1/4 sąsiedniego kraju. Widziałam autostrady, obwodnice, drogi miejskie i wiejskie. Mają tam trzy kategorie dróg według prawa. Ta najgorsza u nich jest lepsza, niż średnia u nas. Nawet jak dziury załatane, to jakoś tak równo. Jedziesz i nie czujesz nierówności. Tylko jak spoglądałam do przodu to widziałam kwadraty, czyli miejsca wylewania nowego asfaltu do dziury. Zero kolein. Zero czegokolwiek. Po prostu nie mogłam uwierzyć!
Druga refleksja to pociąg. U nas IC i EC to drogie rzeczy nie dla przeciętniaków. Niby ładne, ale ceny z kosmosu. Do tego przejazd przez granicę to dodatkowa mega kasa. Dlatego my się jak zwykle przeszłyśmy przez granicę. Kilkanaście minut i z polskiego dworca przechodzę na czeski. I mnie i koleżance spacer dobrze zrobił. Nasze portfele też się ucieszyły. Na dworcu Pani wszystko zrozumiała po polsku. W końcu to teren przygraniczny, więc nie ma co się jeszcze cieszyć. Ale bilety to jedynie 22 złote po przeliczeniu. U nas taki odcinek kosztuje 3 razy tyle. Wiem, bo jeżdżę ze śląska do stolycy. A pociąg jak marzenie. Czysty, pachnący, ubikacja jak należy. I konduktor mówiący w dwóch językach. A dla anglojęzycznych zapowiadanie po czesku i angielsku oraz wyświetlacze. Też czeskie i angielskie. Czułyśmy się jak w raju. Aż żal było wracać.
A na koniec wisienka na torcie. Zarówno mnie jak i moich znajomych bardzo denerwuje, jak ludzie palą opony i inne wstrętne śmieci w domowych piecach. Kopci to na czarno, nic nie widać, smród nie do zniesienia. Astma się szerzy i pewnie rak płuc też już niedaleko. Dlatego cieszy mnie, że za kilka lat nie będzie takich kretyńskich piecy, do których wrzuci się wszystko i nie myśli się o duszących się dzieciach na podwórku. Co na to Czechy? Już mają zakaz i powiem szczerze, że jak wysiadłyśmy z pociągu to powietrze było tak czyste i świeże, że aż mnie zatkało. Gorzej jednak było po powrocie. Wysiadka w Cieszynie i makabra. Ja kaszlałam 15 minut. Nie mogłam nic mówić, bo znów się zaczynałam dusić. Okropne uczucie i wiem jak się mają na co dzień astmatycy. Nikomu tego nie życzę.
Wiem, wiem, że u nas też nie wszystko jest do dupy. Wiem, że u nich też nie wszystko jest wspaniale. Ale wiem, że pociąg może jechać szybko i sprawnie, drogi mogą być dobrze połatane i czyste powietrze w środku europy jest możliwe. Wiem! Po prostu martwi mnie to, że jest inaczej, niż mogłoby być. Dlatego bierzmy przykład z Pepików i innych krajów.
Po pierwsze drogi i ich stan. Według mnie w Polsce są trzy rodzaje dróg. Te w budowie czy też właśnie oddawane do użytku są całkiem niezłe. Bez dziur i kolein, szerokie, piękne i pożądane przez nas. Następnie są drogi nieco już wyjeżdżone, trochę połatane i z koleinami, czyli codzienność. Jest jeszcze kategoria pod tytułem: "Katastrofa". Jest ich niestety sporo w naszym pięknym kraju. Ja mam sporo w pobliżu. Zawieszenie wytrzymuje jedynie kilka miesięcy. Ilość dziur jest zatrważająca. Nawet nie da się ich ominąć, bo wjeżdża się w kolejne. Rzadko kiedy są remontowane i nie wiem jakim cudem wypadki są tam rzadkością (przynajmniej w pobliży mojego domu). Po kilku rozmowach z mundurówką dowiedziałam się, że w Europie przodujemy, jeżeli chodzi o wymianę i naprawę zawieszenia. Części dostępne od ręki i każdy mechanik zna się na tym rewelacyjnie. W innych krajach nie do pomyślenia.
A teraz refleksja z Czech. Jechałam kilkanaście kilometrów samochodem. Hmmm, jeszcze nie tak. Jechałam pociągiem 145 km z czeskiego Cieszyna. A potem dopiero samochodem, czyli przemierzyłam 1/4 sąsiedniego kraju. Widziałam autostrady, obwodnice, drogi miejskie i wiejskie. Mają tam trzy kategorie dróg według prawa. Ta najgorsza u nich jest lepsza, niż średnia u nas. Nawet jak dziury załatane, to jakoś tak równo. Jedziesz i nie czujesz nierówności. Tylko jak spoglądałam do przodu to widziałam kwadraty, czyli miejsca wylewania nowego asfaltu do dziury. Zero kolein. Zero czegokolwiek. Po prostu nie mogłam uwierzyć!
Druga refleksja to pociąg. U nas IC i EC to drogie rzeczy nie dla przeciętniaków. Niby ładne, ale ceny z kosmosu. Do tego przejazd przez granicę to dodatkowa mega kasa. Dlatego my się jak zwykle przeszłyśmy przez granicę. Kilkanaście minut i z polskiego dworca przechodzę na czeski. I mnie i koleżance spacer dobrze zrobił. Nasze portfele też się ucieszyły. Na dworcu Pani wszystko zrozumiała po polsku. W końcu to teren przygraniczny, więc nie ma co się jeszcze cieszyć. Ale bilety to jedynie 22 złote po przeliczeniu. U nas taki odcinek kosztuje 3 razy tyle. Wiem, bo jeżdżę ze śląska do stolycy. A pociąg jak marzenie. Czysty, pachnący, ubikacja jak należy. I konduktor mówiący w dwóch językach. A dla anglojęzycznych zapowiadanie po czesku i angielsku oraz wyświetlacze. Też czeskie i angielskie. Czułyśmy się jak w raju. Aż żal było wracać.
A na koniec wisienka na torcie. Zarówno mnie jak i moich znajomych bardzo denerwuje, jak ludzie palą opony i inne wstrętne śmieci w domowych piecach. Kopci to na czarno, nic nie widać, smród nie do zniesienia. Astma się szerzy i pewnie rak płuc też już niedaleko. Dlatego cieszy mnie, że za kilka lat nie będzie takich kretyńskich piecy, do których wrzuci się wszystko i nie myśli się o duszących się dzieciach na podwórku. Co na to Czechy? Już mają zakaz i powiem szczerze, że jak wysiadłyśmy z pociągu to powietrze było tak czyste i świeże, że aż mnie zatkało. Gorzej jednak było po powrocie. Wysiadka w Cieszynie i makabra. Ja kaszlałam 15 minut. Nie mogłam nic mówić, bo znów się zaczynałam dusić. Okropne uczucie i wiem jak się mają na co dzień astmatycy. Nikomu tego nie życzę.
Wiem, wiem, że u nas też nie wszystko jest do dupy. Wiem, że u nich też nie wszystko jest wspaniale. Ale wiem, że pociąg może jechać szybko i sprawnie, drogi mogą być dobrze połatane i czyste powietrze w środku europy jest możliwe. Wiem! Po prostu martwi mnie to, że jest inaczej, niż mogłoby być. Dlatego bierzmy przykład z Pepików i innych krajów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
