Organizm to jednak jest mądre zwierzę. Jak jest nieco bardziej odtruty i lepiej odżywiony to ciekawe rzeczy człowiek zauważa. Oczywiście trzeba przyglądać się sygnałom, ale to już nieco inny temat. Zbiegiem wielu różnych mało ciekawych okoliczności wyszło tak, że zjadłam w sumie (jak na mnie) dużo niezdrowych rzeczy w ciągu zaledwie kilku godzin. Dla przeciętnego człowieka to mało. Ja jednak wiem, że to mega dużo. Nie będę się rozpisywać co dokładnie, bo nie o to chodzi. Chciałabym bowiem zawędrować z wami na koniec tej historii i opisać skutki.
Człowiek całymi dniami/tygodniami je zdrowo, aż tu nagle feralny dzień i mocna zmiana. A kolejnego dnia czuje jakby umierał. Tak, mam tak dziś. Po wczorajszym obżarstwie, bo nie da się tego inaczej nazwać dziś czuję się jak trup. Nie sądziłam, że takiego "kaca" może wywołać z pozoru zwykłe jedzenie. Po prostu jakbym wypiła morze wódy, piwa i nie wiadomo czego jeszcze.
Rano wypiłam szklankę wody z cytryną i pewnie jeszcze większe oczyszczenie mnie dopadło. A oto co fizycznie i psychicznie dziś odczuwam:
- osłabienie
- senność
- zmęczenie (jakbym dwa dni imprezowała i nie spała!)
- rozdrażnienie
- ból głowy
- podwyższona temperatura
- uczucie zimna
- bulgotanie w żołądku
- opuchlizna (brzuch, oczy)
- mała sprawność ruchowa
Worów pod oczami nie miałam już.... wiele miesięcy. Niedługo to mogłabym zacząć liczyć w latach. A tu niestety wory jak z ziemniakami. Tak dużych jeszcze u siebie nie widziałam. Jestem tak osłabiona, że bałam się jechać do pracy na rowerze! Wieki tak nie miałam. Senność taka, że popołudniu zasnęłam na 2 h.W nocy ciągle się budziłam i było mi niedobrze. A głowę to chce mi rozerwać. Jest coraz gorzej i zaczynam odczuwać migrenowe objawy. Chyba muszę odszukać dawno ukryte tabletki na ból głowy, czyli jest naprawdę poważnie.
Rozważam picie jutro jedynie wody z eko cytryną. Nie cierpię postów, więc będzie to męczarnia, ale myślę, że się opłaci. I już chyba nigdy nie zjem junk foodu w takich ilościach. Jedna z lepszych lekcji dla kompulsywnych objadaczy. Nie polecam próbowania w domu. Przestrzegam jedynie słownie. Jeżeli jesz zdrowo i się ruszasz to nie rób sobie takiej krzywdy jak ja zrobiłam wczoraj. Zbyt duży jest to bowiem kontrast dla organizmu i skutki są też dużo gorsze niż dla przeciętniaków.
Poza tym uważam, że fast foody/junk foody powinny zniknąć z powierzchni ziemi. Są naprawdę bombą zegarową, która wyniszcza społeczeństwo! Ja się czuję po nich co najmniej jak po alkoholu. Poważna sprawa. I gdyby nie te durne firmy, które wszystkich przekupują... Nie zwalczymy ich, więc bądźmy mądrzejsi! Ja już na pewno jestem.
Do tego konkluzja o słodyczach. Dziś DZIEŃ KOBIET. Dostałam czekoladki. Kilka pralinek z dobrej firmy. Niby nie było w nich za bardzo chemii, niby gorzka czekolada, ale do tego trochę nadzienia. Postanowiłam spróbować. Choć mleka nie pijam to tym razem olałam skład. Zjadłam dwie. Smakowały nieco chemicznie! I pomyśleć, że KILKA pralinek może kosztować KILKANAŚCIE/KILKADZIESIĄT złotych i SMAKUJĄ CHEMICZNIE. Rozbój w biały dzień. Chyba zrobię surowe, orzechowe kulki w domu. Inaczej widzę, że się nie da zjeść zdrowego słodycza!
No cóż. Najwyraźniej znów skrócę listę rzeczy, które jem. Znów przekonałam się, że najlepsze jest to co BEZ opakowania i tam, gdzie NIE trzeba czytać składu! Nic dodać, nic ująć.
sobota, 8 marca 2014
czwartek, 6 marca 2014
Skrajności
Niech mi ktoś wyjaśni skąd się to bierze. Jest takie stare powiedzenie: "Skrajność gorsza od faszyzmu". I czasem widzę, że takie zachowania prowadzą do naprawdę poważnych konsekwencji.
Takie dwa przypadki:
- jedna osoba nie przejmuje się pieniędzmi. Wydaje na prawo i lewe. Potrafi stracić połowę, albo jeszcze więcej wypłaty na ubrania, których nie potrzebuje. Jak dla mnie przegięcie.
- druga osoba jest tak skąpa, że nie pożyczy ołówka czy długopisu, bo zużyje się szybciej. Nie rozumie także, że w pewne rzeczy należy zainwestować, żeby na tym zarobić.
W dzisiejszych czasach raczej trudno o dobrą pensję, dlatego skąpców nie brakuje. Coraz mniej lubię chodzić do restauracji. Bo widzę (lub nie, bo sprytnie to ukrywają) jak bardzo oszczędza się na ludziach i NA JEDZENIU! Przerażające. Kilka lat temu często chodziliśmy na przykład do pizzerii. Składników było sporo i ser całkiem niezły. Teraz to już tylko wspomnienie. Zresztą ja już wielu rzeczy nie jem, ale to inny temat.
No i to oszczędzanie na ludziach. Grosze za godzinę, a roboty tyle, że człowiek haruje jak wół. Widzę niektóre kelnerki to mnie się słabo robi, a co one mają powiedzieć. I nie rzadko pracują na czarno, choć jesteśmy w XXI wieku! A pracodawca robi prezenty rodzinie warte kilkaset złotych czy nawet kilka tysięcy. Ot tak, bez okazji. A kelnerce nie da porządnej pensji, choć dla niego to tysiąc czy dwa ROCZNIE. Dla niej to jest ogromna różnica. Dla niego jeden prezent mniej...
Widzę, że wszystko trzyma się dla swoich. Ja jednak pamiętam druga połowę lat osiemdziesiątych i początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy nie było świetnie, ale jakoś ludzie sobie pomagali i byli życzliwsi dla siebie. Sąsiadka popilnowała dziecka, a sąsiad skoczył na zakupy czy wyprowadził psa na spacer. ZA DARMO. Tak po prostu z czystej życzliwości. Ludzie ciułali kasę, ale nie widziałam takich skrajności jak dziś. Może przez to że byłam wtedy dzieckiem. Może jednak było inaczej. Nie wiem. Jedyne co mogę stwierdzić to fakt, że dzisiejsze zachowania ludzi odnośnie pieniądza są wynaturzone. I nie da się tego inaczej nazwać. Mądrze robili ci, którzy gospodarki swojego kraju chcieli odciąć od tej tendencji. Skąpcy i chciwcy jednak im nie dali. Chciałabym, żeby i u nas przeciętny Kowalski nieco wyluzował. Oszczędzał jak należy, inwestował jak trzeba.
Takie dwa przypadki:
- jedna osoba nie przejmuje się pieniędzmi. Wydaje na prawo i lewe. Potrafi stracić połowę, albo jeszcze więcej wypłaty na ubrania, których nie potrzebuje. Jak dla mnie przegięcie.
- druga osoba jest tak skąpa, że nie pożyczy ołówka czy długopisu, bo zużyje się szybciej. Nie rozumie także, że w pewne rzeczy należy zainwestować, żeby na tym zarobić.
W dzisiejszych czasach raczej trudno o dobrą pensję, dlatego skąpców nie brakuje. Coraz mniej lubię chodzić do restauracji. Bo widzę (lub nie, bo sprytnie to ukrywają) jak bardzo oszczędza się na ludziach i NA JEDZENIU! Przerażające. Kilka lat temu często chodziliśmy na przykład do pizzerii. Składników było sporo i ser całkiem niezły. Teraz to już tylko wspomnienie. Zresztą ja już wielu rzeczy nie jem, ale to inny temat.
No i to oszczędzanie na ludziach. Grosze za godzinę, a roboty tyle, że człowiek haruje jak wół. Widzę niektóre kelnerki to mnie się słabo robi, a co one mają powiedzieć. I nie rzadko pracują na czarno, choć jesteśmy w XXI wieku! A pracodawca robi prezenty rodzinie warte kilkaset złotych czy nawet kilka tysięcy. Ot tak, bez okazji. A kelnerce nie da porządnej pensji, choć dla niego to tysiąc czy dwa ROCZNIE. Dla niej to jest ogromna różnica. Dla niego jeden prezent mniej...
Widzę, że wszystko trzyma się dla swoich. Ja jednak pamiętam druga połowę lat osiemdziesiątych i początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy nie było świetnie, ale jakoś ludzie sobie pomagali i byli życzliwsi dla siebie. Sąsiadka popilnowała dziecka, a sąsiad skoczył na zakupy czy wyprowadził psa na spacer. ZA DARMO. Tak po prostu z czystej życzliwości. Ludzie ciułali kasę, ale nie widziałam takich skrajności jak dziś. Może przez to że byłam wtedy dzieckiem. Może jednak było inaczej. Nie wiem. Jedyne co mogę stwierdzić to fakt, że dzisiejsze zachowania ludzi odnośnie pieniądza są wynaturzone. I nie da się tego inaczej nazwać. Mądrze robili ci, którzy gospodarki swojego kraju chcieli odciąć od tej tendencji. Skąpcy i chciwcy jednak im nie dali. Chciałabym, żeby i u nas przeciętny Kowalski nieco wyluzował. Oszczędzał jak należy, inwestował jak trzeba.
poniedziałek, 3 marca 2014
autyzm a szczepionki
Temat szczepionek to jeden z największych bumerangów jakie do mnie wracają. Czasem przez przypadek, czasem specjalnie ktoś coś podeśle. Wiem jedno. Nie przemawiają do mnie ludzie tłumaczący, że to nie prawda. Że dzieci nigdy nie chorują po szczepionkach.
Pamiętacie zapewne matkę, która mieszkała dłuższy czas w Wielkiej Brytanii i tam zaszczepiła swoje dziecko. Potem syn zachorował i trwa jego leczenie. Z marnym oczywiście skutkiem farmaceutycznej medycyny.
Czemu to piszę? Ten sam typ szczepionki (MMR) podawany jest w USA, Wielkiej Brytanii oraz we Włoszech. I ten ostatni kraj idzie po rozum do głowy i uznaje taką możliwość jaką jest choroba wywołana szczepionką. Odbyło się już wiele spraw w sądzie i co ciekawe wiele na korzyść poszkodowanych. Sąd wydał konkretne kary. Włoskie Ministerstwo Zdrowia wypłaciło m.in.: 200 000 euro na rzecz chorego. I jakby się mogło zdawać nie jest to odosobniony przypadek.
A teraz prywata. Zostałam zaszczepiona (jak większość dzieci w Polsce!!!) na ospę. TYLKO NIECH KTOŚ MI POWIE PO CO!?!?!?!?!?!
Szczepionka jeżeli działała to pewnie bardzo krótko. Nie uchroniła mnie przed chorobą. Zachorowałam jako dorosła osoba, co wiązało się z podwójnymi konsekwencjami. Lekarz straszył mnie szpitalem i prawie agonalnym stanem. Byłam przerażona, choć szczepionkę miałam! Ja rozumiem jakąś malarię czy inne dziwactwo. Ale ospę i tego typu dziecięce (niby) choroby? Lepiej odchorować jak się jest małym i mieć to z głowy. Znam tyle dzieci zaszczepionych i prawie każde zaraża się ospą i chorują. W moim otoczeniu od grudnia około 15 osób. Wszyscy zaszczepieni. To po co ja się pytam? Po co?
Źródło 1.
Pamiętacie zapewne matkę, która mieszkała dłuższy czas w Wielkiej Brytanii i tam zaszczepiła swoje dziecko. Potem syn zachorował i trwa jego leczenie. Z marnym oczywiście skutkiem farmaceutycznej medycyny.
Czemu to piszę? Ten sam typ szczepionki (MMR) podawany jest w USA, Wielkiej Brytanii oraz we Włoszech. I ten ostatni kraj idzie po rozum do głowy i uznaje taką możliwość jaką jest choroba wywołana szczepionką. Odbyło się już wiele spraw w sądzie i co ciekawe wiele na korzyść poszkodowanych. Sąd wydał konkretne kary. Włoskie Ministerstwo Zdrowia wypłaciło m.in.: 200 000 euro na rzecz chorego. I jakby się mogło zdawać nie jest to odosobniony przypadek.
A teraz prywata. Zostałam zaszczepiona (jak większość dzieci w Polsce!!!) na ospę. TYLKO NIECH KTOŚ MI POWIE PO CO!?!?!?!?!?!
Szczepionka jeżeli działała to pewnie bardzo krótko. Nie uchroniła mnie przed chorobą. Zachorowałam jako dorosła osoba, co wiązało się z podwójnymi konsekwencjami. Lekarz straszył mnie szpitalem i prawie agonalnym stanem. Byłam przerażona, choć szczepionkę miałam! Ja rozumiem jakąś malarię czy inne dziwactwo. Ale ospę i tego typu dziecięce (niby) choroby? Lepiej odchorować jak się jest małym i mieć to z głowy. Znam tyle dzieci zaszczepionych i prawie każde zaraża się ospą i chorują. W moim otoczeniu od grudnia około 15 osób. Wszyscy zaszczepieni. To po co ja się pytam? Po co?
Źródło 1.
Budyń i poranne dziwactwa
Miałam ochotę na budyń, więc sobie zrobiłam. Ale o tym za chwilę.
Witam wszystkich serdecznie i przedstawiam subiektywny zarys zdrowego dnia. Podam po prostu to co dziś robię od rana i będę robiła do samego wieczora.
W nocy byłam budzona dwa razy więc nieco przyspałam i wstałam o 7.30. Zrobiłam dużą szklanę wody z bio cytryną i popijając nałożyłam kotom śniadanko :D Potem poszłam się ubrać, opróżniłam pęcherz i wyszłam z domu. Dziś akurat 42 minuty biegu pod górę i z powrotem. No takie tereny mamy. Czerwona jak burak wpadłam potem do piekarni po żytni, razowy na zakwasie i poleciałam pędem do domu. Po drodze zachciało mi się konsystencji budyniu. Bo ja już tak mam, że mnie się chce różnych konsystencji. Jak pochrupię jabłka, sałatę czy marchewkę to muszę mieć jakąś odmianę.
Witam wszystkich serdecznie i przedstawiam subiektywny zarys zdrowego dnia. Podam po prostu to co dziś robię od rana i będę robiła do samego wieczora.
W nocy byłam budzona dwa razy więc nieco przyspałam i wstałam o 7.30. Zrobiłam dużą szklanę wody z bio cytryną i popijając nałożyłam kotom śniadanko :D Potem poszłam się ubrać, opróżniłam pęcherz i wyszłam z domu. Dziś akurat 42 minuty biegu pod górę i z powrotem. No takie tereny mamy. Czerwona jak burak wpadłam potem do piekarni po żytni, razowy na zakwasie i poleciałam pędem do domu. Po drodze zachciało mi się konsystencji budyniu. Bo ja już tak mam, że mnie się chce różnych konsystencji. Jak pochrupię jabłka, sałatę czy marchewkę to muszę mieć jakąś odmianę.
Składniki:
garść sałaty
max 100 ml wody
trzy wielkie dojrzałe banany
łyżka zmielonego siemienia
łyżka kakako
Wykonanie:
Sałatę zmiksowałam z wodą. Dopiero wtedy dodałam całą resztę składników do blendera. Kilka ruchów i bardzo gęsta masa, czyli mój "budyń", była gotowa do jedzenia.
Zjadłam i poszłam się umyć, żeby nie straszyć po treningu. Jak zwykle o tej porze obmyślam co na obiad i przygotowuję się do pracy (w głowie i na papierze). Przed południem czytam też maile, blogi i sama piszę. Potem szybko obiad (albo w trakcie), trochę sprzątania i do roboty. Co w tym czasie zjadam?
Na drugie śniadanie dziś po prostu sałata, czyli reszta główki, którą wyjęłam, żeby zrobić "budyń" i do tego jakiś pomidor, parę oliwek, nieco octu balsamico i łyżka oliwy.
Na obiad moja wariacja na temat zielonego curry.
Składniki:
200 g. fasolki szparagowej
pół brokuła
dwie łodygi selera naciowego
50 g. ryżu brązowego
łyżka pasty curry
woda
A oto jak to zrobić:
Do garnka wlewamy dwie szklanki wody i wsypujemy ryż. Gotujemy. W tym czasie kroimy selera i dorzucamy do ryżu. Do całości dodajemy łyżkę zielonej pasty curry. Po prawie 30 minutach dodajemy fasolkę i czekamy, aż całość znów się zagotuje. Jeżeli brakuje wody to dolewamy po trochu. Na koniec dodajemy brokuła i czekamy, aż wszystko zmięknie.
Porcja wychodzi podwójna, więc ja czasem wracając wieczorem z pracy, kiedy jestem bardzo głodna i wiem, że jeszcze nie idę spać i posiedzę to zjadam drugi talerz. Albo mam gotowy obiad na drugi dzień. Nie tracę czasu. Jupi :)
A co między obiadem i kolacją? Najczęściej owoce. Łatwo zabrać i łatwo zjeść. Banan, jabłko, gruszka, czasem robię sałatkę owocową dodając jeszcze ananasa czy cytrusy. A są dni, że mam ochotę na chleb. Robię wtedy jakąś pastę warzywną i przygotowuję kanapki, dodając sałatę, ogórka, kiełki i inne pyszności.
A co do ruchu.... to nie ograniczam się do biegania. Czasem poćwiczę w domu z jakimś nagraniem z Youtube, czasem jadę na basen czy po prostu idziemy na kilka godzin w góry. A jak nie ma siarczystych mrozów i nie pada śnieg to do pracy 2-3 razy w tygodniu jadę rowerem. Wychodzi około 16 km do góry i na dół. Na miejscu jestem cała zlana potem od tych wzniesień i ludzie pytają co mi się stało, że mam wypieki. Oni tego nie doświadczają. To może Ty się skusisz na trening? Polecam!
PS dziś jakiś pan w średnim wieku ze zdziwienia wyjął telefon i krzyczał, że mi zdjęcie zrobi podczas treningu (jakimś ewenementem jestem?). Ale nie dziwi mnie jego zaskoczenie. Piwny brzuszek, a raczej brzuszysko mówiło samo za siebie.
PS A oto sałata. Jak można tego nie lubić?!?!?! (I moja stopa, której nie zauważyłam w kadrze. Kiepski ze mnie fotograf.)
PS A oto sałata. Jak można tego nie lubić?!?!?! (I moja stopa, której nie zauważyłam w kadrze. Kiepski ze mnie fotograf.)
niedziela, 2 marca 2014
Proste jedzenie
Jakoś nigdy nie mogłam przekonać się do prostego jedzenia. W dzieciństwie kanapki miały tyle składników, że wszystko spadało. Ale dzięki temu jedliśmy naprawdę dużo warzyw. Zresztą inne dania miały się podobnie. Dopiero teraz wiem, że lepsze jest prostsze. Czasem stare nawyki wygrywają, ale staram się z nimi ciągle walczyć. I tak oto zrobiłam na obiad proste (według mnie) zielone curry. Mam dwie wersje.
Oto pierwsza:
A oto jak to przygotować:
Do garnka lub na patelnię wlewamy pół szklanki wody, dodajemy pastę curry i mleko kokosowe. Następnie wkładamy warzywa i nieco podduszamy do ulubionej miękkości/twardości.
Makaron robimy według przepisu na opakowaniu, czyli najczęściej wkładamy do gorącej szklanki z wodą i po trzech minutach gotowe. Dodajemy go do warzyw i obiad gotowy.
Na co trzeba zwrócić uwagę? Na azjatyckie składniki. Często robią je europejskie firmy i dodają mnóstwo niepotrzebnych i zarazem chemicznych składników. Niektóre produkty przyjeżdżające do nas z Azji mają też sporo chemii, żeby przetrwać transport. Szczerze polecam poszukać czegoś bez zbędnych moim zdaniem składników. Ja znalazłam takowe w Lidlu, ale promocja się skończyła i nie wiem co dalej. Została mi pasta curry i na pewno będę z nią dalej eksperymentowała, bo uważam, że jest genialna.
Drugi przepis:
A oto jak to zrobić:
Szklankę wody, pastę i ryż wsypujemy do garnka i gotujemy 30 minut. Po tym czasie ryż zaczyna mięknąć i woda nieco wyparowuje. Możemy dolewać jej nieco więcej w trakcie gotowania. Dodajemy resztę składników i gotujemy do miękkości ryżu. To dopiero proste danie. Mój ideał z wczorajszego obiadu.
A czemu piszę 1-2 łyżeczek pasty curry? To zależy od gustów. Azjatyckie przyprawy są zazwyczaj bardzo ostre. Do pasty dodaje się m.in. chilli. Ja używam dwie łyżki i czuję, że piecze. Dlatego można dodać zdecydowanie mniej lub więcej jak ktoś lubi nie czuć co je :D Kwestia indywidualna. Azja jest dla mnie mega krajem jeżeli chodzi o semi-wegetarianizm, wegetarianizm czy nawet weganizm. Nigdy tam nie byłam i nie prędko polecę. Wiem jednak, że wiele regionów je bardzo pysznie i zarazem bezmięsnie! To tylko większe miasta chcą dogonić świat i zmieniają swoje menu. A czasem zmieniają je dla turystów i podają frytki na obiad :/ Ale moje curry jest przepyszne.
Smacznego!
Oto pierwsza:
Składniki:
150 g. fasolki szparagowej
150 g. kalafiora
50 g. makarony ryżowego/sojowego lub jakiegoś innego azjatyckiego. Bez chemii!
pół puszki mleka kokosowego
1-2 łyżki zielonej pasty curry. Bez chemii!
2 razy po około pół szklanki wody
A oto jak to przygotować:
Do garnka lub na patelnię wlewamy pół szklanki wody, dodajemy pastę curry i mleko kokosowe. Następnie wkładamy warzywa i nieco podduszamy do ulubionej miękkości/twardości.
Makaron robimy według przepisu na opakowaniu, czyli najczęściej wkładamy do gorącej szklanki z wodą i po trzech minutach gotowe. Dodajemy go do warzyw i obiad gotowy.
Na co trzeba zwrócić uwagę? Na azjatyckie składniki. Często robią je europejskie firmy i dodają mnóstwo niepotrzebnych i zarazem chemicznych składników. Niektóre produkty przyjeżdżające do nas z Azji mają też sporo chemii, żeby przetrwać transport. Szczerze polecam poszukać czegoś bez zbędnych moim zdaniem składników. Ja znalazłam takowe w Lidlu, ale promocja się skończyła i nie wiem co dalej. Została mi pasta curry i na pewno będę z nią dalej eksperymentowała, bo uważam, że jest genialna.
Drugi przepis:
Składniki:
50 g. ryżu brązowego
300 g. fasolki szparagowej
pół puszki mleka kokosowego
1-2 łyżki pasty curry
1-2 szklanki wody
A oto jak to zrobić:
Szklankę wody, pastę i ryż wsypujemy do garnka i gotujemy 30 minut. Po tym czasie ryż zaczyna mięknąć i woda nieco wyparowuje. Możemy dolewać jej nieco więcej w trakcie gotowania. Dodajemy resztę składników i gotujemy do miękkości ryżu. To dopiero proste danie. Mój ideał z wczorajszego obiadu.
A czemu piszę 1-2 łyżeczek pasty curry? To zależy od gustów. Azjatyckie przyprawy są zazwyczaj bardzo ostre. Do pasty dodaje się m.in. chilli. Ja używam dwie łyżki i czuję, że piecze. Dlatego można dodać zdecydowanie mniej lub więcej jak ktoś lubi nie czuć co je :D Kwestia indywidualna. Azja jest dla mnie mega krajem jeżeli chodzi o semi-wegetarianizm, wegetarianizm czy nawet weganizm. Nigdy tam nie byłam i nie prędko polecę. Wiem jednak, że wiele regionów je bardzo pysznie i zarazem bezmięsnie! To tylko większe miasta chcą dogonić świat i zmieniają swoje menu. A czasem zmieniają je dla turystów i podają frytki na obiad :/ Ale moje curry jest przepyszne.
Smacznego!
piątek, 28 lutego 2014
"Nie chce mi się..."
Mój dzisiejszy post zaczyna się od cudzysłowu. O ile sama czasem korzystam z tych słów, to dookoła mnie ludzie mówią to dosłownie co chwilę. Każdemu się nie chce i najchętniej rzuciłby wszystko i legł na plaży w jakimś ciepłym kraju. Już mnie to powoli zaczyna drażnić. Marnujemy bowiem takie ilości energii na to przysłowiowe "nie chce mi się...", że aż żal patrzeć. Równie dobrze energię tą możemy spożytkować na coś znacznie lepszego i zdrowszego.
Ale są jeszcze gorsze rzeczy. Ja powiedziałam śmiało, że również miewam lenia, ale szybko dochodzę do powyższej konkluzji. Nie marnuj energii na marudzenie. Przykład: wczorajsze wczesne popołudnie. Zastanawiałam się czy jechać do pracy autobusem czy na rowerze. Jakoś te 16 km nieco odstraszało, ale w końcu powiedziałam sobie, że nie jestem mięczakiem i olewam "niechcenie". Pojechałam rowerem. A co usłyszałam na miejscu? Milion wymówek, dlaczego inni tego nie robią i że to ja jestem dziwna, że nie mam samochodu i wolę rower. A jak powiedziałam, że do mnie to nie przemawia to zaczął się hejt. I według niektórych to ja jestem zła. Narzucam innym swoje zdanie (jeżdżenie na rowerze jest lepsze niż "nie chce mi się") i ludzie odbiegający od normy (samochód, nadwaga, choroby i jedzenie świństwa) są dziwni i trzeba ich wykluczyć/hejtować/udowodnić (wg mnie bezzasadnie więc się nie przejmuję), że nie mają racji.
A na koniec temat tłustego czwartku. Oczywiście talerz pączków dla kadry. I zdziwko ludzi, że ja ich nie tykam. Mówię, że ja raczej takich rzeczy nie używam, bo po pierwsze nie jem mięsa, a po drugie nigdy nie przepadałam za pączkami i obrzydliwym lukrem/pudrem na wierzchu itd, itp. Komentarz: nie przesadzaj to nie jest mięso i każdy powinien zjeść pączka w taki dzień.
Niestety tradycją jest smażenie pączków na smalcu (bleee) i dodawanie do nich masła i nie wiadomo czego jeszcze. Jak dla mnie bliżej temu do mięsa niż do warzyw. Dlatego ja zjadłam z rana szejka na obiad nieco makaronu i ogromną porcję sałaty, a popołudniu duuużo różnych owoców. Skusiłam się jedynie na kawę z odrobiną mleka sojowego. Nie widziałam potrzeby zajadania się tymi wszystkimi tłusto czwartkowymi specjałami. Szkoda tylko, że mój zdrowy dzień okazał się tak nie przystępny dla przeciętnego polaka i "nie chce mi się.." było jeszcze głośniejsze i częstsze niż zwykle.
wtorek, 25 lutego 2014
Treningowe śniadanie
Przez pewien czas unikałam szejków. Podobnie zresztą jak bananów, ponieważ bardzo mi się przejadły. Z dnia na dzień bowiem pomyślałam, że witarianizm to idealna rzecz dla mnie. Podleczy mnie tam, gdzie trzeba i już. Ale przyzwyczajenia do gotowanych obiadów mam tak silne, że nie wytrwałam zbyt długo na 100 % surowym. Wiele mi jednak zostało z tamtego okresu i jem dużo surowych i zdrowych rzeczy. Ostatnio wróciłam do robienia szejków na śniadanie. Przed porannym bieganiem muszę zjeść coś energetycznego, sycącego i jednocześnie lekkiego. Dzięki mojej miksturze nie mam kolek jak biegnę i nie czuję się głodna, a co najważniejsze zmęczona. Energia z rana jest kosmiczna. Polecam każdemu.
A oto jak to przygotować:
Do sporego naczynia wlewamy wodę. Ja mam pojemnik, który kupiłam razem z blenderem. Jest od razy miarka (max 700 ml). Do wody wkładamy szpinak lub inne zielsko i robimy gładką "zupę".
Dopiero wtedy dokładamy owoce i również blendujemy. Na koniec dodajemy siemie i kakao. Dokładnie mieszamy blenderem i voila.
Wodę używam w zależności jaką konsystencję chcę uzyskać. Mniej wodu - "papka". Więcej - "zupa".
A na koniec mała refleksja. Kto widział w internecie/gazecie piękne zdjęcia kolorowych szejków? O takie na przykład:
No to niestety mój taki piękny z mlekiem i z photoshopa nie jest. Wygląda jak nie powiem co, ale smak ma nieziemski i na pewno jest zdrowy. I zrobiłam zdjęcia. Większość już wychlałam, ale coś ocalał.
Składniki:
ok. 200 ml wody
garść lub dwie świeżego szpinaku (może być inne zielsko)
3 banany
garść truskawek/malin/jagód/gruszka/jabłko (cokolwiek lubicie)
łyżka kakao
łyżka zmielonego siemienia
A oto jak to przygotować:
Do sporego naczynia wlewamy wodę. Ja mam pojemnik, który kupiłam razem z blenderem. Jest od razy miarka (max 700 ml). Do wody wkładamy szpinak lub inne zielsko i robimy gładką "zupę".
Dopiero wtedy dokładamy owoce i również blendujemy. Na koniec dodajemy siemie i kakao. Dokładnie mieszamy blenderem i voila.
Wodę używam w zależności jaką konsystencję chcę uzyskać. Mniej wodu - "papka". Więcej - "zupa".
A na koniec mała refleksja. Kto widział w internecie/gazecie piękne zdjęcia kolorowych szejków? O takie na przykład:
No to niestety mój taki piękny z mlekiem i z photoshopa nie jest. Wygląda jak nie powiem co, ale smak ma nieziemski i na pewno jest zdrowy. I zrobiłam zdjęcia. Większość już wychlałam, ale coś ocalał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





