Bieganie, cóż za wspaniała rzecz:)
Swoje treningi postanowiłam pobudzić. Biegnąc z górki robię to w zdecydowanie szybszym tempie. Po płaskim też mi się zdarza. I rezultaty są.
Kolejny bieg do autobusu. Wiele linii. Wybrałam numer 11 i okazało się, że w jedną ze stron autobus zawsze się spóźnia w drugą natomiast jedzie zawsze przed czasem. Kolejny raz przekonałam się o tym tydzień temu i postanowiłam zdążyć. Bieg. Serce nie wyrwało się z ciała, a oddech nie powodował wypluwania płuc. Jedynie miłe ciepło na plecach w ten zimny dzień. Było całkiem przyjemnie. 10 nieregularnych treningów, a pierwsze zwycięstwa za mną. Autobusów się nie boję.
A potem treningi zamęczyła choroba. Czułam się świetnie, zrobiłam oczyszczający organizm weekend i zdrowie dopisywało rewelacyjne. A dokładnie w momencie mojego okresu wszyscy dookoła zaczęli chorować. No i jak to zwykle bywa w te dni mój organizm niby młody, silny i zdrowy, ale odmawia posłuszeństwa. Totalne osłabienie i choroba załapała. Trudno się nie zarazić jak 80% ludzi chorych. Dwa dni były tragiczne z gorączką i innymi dolegliwościami. Ale zamiast tony kapsułek biorę naturalne leki. Mam wyciąg z czosnku do picia. Taki skoncentrowany z czymś tam jeszcze. Do tego zioła i dużo owoców. Nieźle stawia na nogi. Dlatego dzieci mi nie przychodzą na zajęcia, a nauczyciele biorą L4. A ja przespałam gorączkę (24h w łóżku) i teraz jestem na nogach. Na tydzień tylko odpuściłam rower i biegi. Czasem mi się nie chce i robię coś wolniej, ale nie jestem chodzącą apteką i nie umieram od zwykłego przeziębienia.
Uprawiajcie sporty i jedzcie zdrowo!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
DorotaM
niedziela, 21 października 2012
niedziela, 30 września 2012
Zadyszka
Jem ostatnio co popadnie. Niestety wir pracy pochłonął mnie doszczętnie, a jedzenie zeszło na bardzo daleki plan. Oczywiście mięsa nigdy nie tknę, ale przetworzone "słodycze" z automatów królują:/
Więc przechodzę na oczyszczanie. Ale o tym innym razem.
Zadyszka. Łapie cię kiedy szybko wchodzisz po schodach. Kiedy idziesz z ciężkimi zakupami, kiedy biegniesz do autobusu. Gdy nie ćwiczysz oddechu i nie starasz się pomóc sercu każdy większy wysiłek powoduje zadyszkę. A wystarczy wykonywać ćwiczenia aerobowe i po problemie. Zbyt rzadko ostatnio pływam. Za to dużo jeżdżę na rowerze. Zadyszka była. Bardzo mała, ale jednak. Serce miało problem, a ciśnienie w głowie...
I nagle wszystko zaczęło znikać. Oddech jest stabilny, serce nie wyrywa się, a krew nie uderza do głowy. Małe zmęczenie pozostało, ale człowiek nie dostaje zawału biegnąc 300 metrów do autobusu.
No to podaj w końcu tą cudowną receptę!!
Bieganie. Moi drodzy po prostu regularne ćwiczenia. Ja biegałam (tak profesjonalnie) do tej pory 6 razy. 25-35 minut. Pod górkę, po płaskim i z górki. Taki teren górzysty mam, więc korzystam. Truchtam w sumie, a nie biegam jak maratończyk. Powolutku, ale do celu. No i już widać efekty. Dobiegłam nieumordowana do autobusu i byłam w stanie powiedzieć jaki chcę kupić bilet. Parę lat temu wsiadłabym i przez 3 minuty "umierała". Potem bym się cała czerwona pozbierała do kierowcy i wydusiła gdzie jadę. Teraz biegnę, a oddech stabilny:)
Więc biegajcie. Wzmocnicie kości, mięśnie i oddech. Dotlenicie mózg! I będziecie mogli wsiąść do autobusu i bez problemu kupicie bilet:) Polecam. Satysfakcja gwarantowana:D
DorotaM
Więc przechodzę na oczyszczanie. Ale o tym innym razem.
Zadyszka. Łapie cię kiedy szybko wchodzisz po schodach. Kiedy idziesz z ciężkimi zakupami, kiedy biegniesz do autobusu. Gdy nie ćwiczysz oddechu i nie starasz się pomóc sercu każdy większy wysiłek powoduje zadyszkę. A wystarczy wykonywać ćwiczenia aerobowe i po problemie. Zbyt rzadko ostatnio pływam. Za to dużo jeżdżę na rowerze. Zadyszka była. Bardzo mała, ale jednak. Serce miało problem, a ciśnienie w głowie...
I nagle wszystko zaczęło znikać. Oddech jest stabilny, serce nie wyrywa się, a krew nie uderza do głowy. Małe zmęczenie pozostało, ale człowiek nie dostaje zawału biegnąc 300 metrów do autobusu.
No to podaj w końcu tą cudowną receptę!!
Bieganie. Moi drodzy po prostu regularne ćwiczenia. Ja biegałam (tak profesjonalnie) do tej pory 6 razy. 25-35 minut. Pod górkę, po płaskim i z górki. Taki teren górzysty mam, więc korzystam. Truchtam w sumie, a nie biegam jak maratończyk. Powolutku, ale do celu. No i już widać efekty. Dobiegłam nieumordowana do autobusu i byłam w stanie powiedzieć jaki chcę kupić bilet. Parę lat temu wsiadłabym i przez 3 minuty "umierała". Potem bym się cała czerwona pozbierała do kierowcy i wydusiła gdzie jadę. Teraz biegnę, a oddech stabilny:)
Więc biegajcie. Wzmocnicie kości, mięśnie i oddech. Dotlenicie mózg! I będziecie mogli wsiąść do autobusu i bez problemu kupicie bilet:) Polecam. Satysfakcja gwarantowana:D
DorotaM
sobota, 22 września 2012
Sportu trochę
Bieganie nigdy nie było moją mocną stroną. Wolałam inne dziedziny sportu. Bieganie sprawiało mi niemałe trudności i ostatecznie nienawidziłam go. Nawet skok przez skrzynię wydawał mi się lepszy. Moją średnią z wf-u zawsze psuła trója z biegania. Kiedy wszystkim nie szło nauczyciel podwyższał oceny, a ja dostawałam czwórkę.Jedyną czwórkę z biegania.
Postanowiłam sobie, że kończę szkołę i nigdy do tego nie wrócę.
Na studiach pływałam i przestałam bać się głębokiej wody. Przynajmniej ten w basenie, bo z nim mam na co dzień do czynienia. Potem kupiłam rower. Chciałam mieć ładny miejski rower z którym można się pokazać. Czasem tylko pojeździć. Bo modne to i mają wszyscy. Zaczęłam jeździć, bo szybciej niż na piechotkę. I zaczęło mi się podobać. Jeździłam rzadko. Płuca za mało wyćwiczone. Serce nieprzystosowane. Pod górkę było męęęęęęcząco. Potem przeprowadzka tam, gdzie zaczynają się góry. Miasto po którym człowiek porusza się sinusoidą. Nie istnieje tu słowo płasko. I w sumie dobrze. Kocham góry i dlatego tu jestem.
A potem brak kasy. Zmusiło mnie to do ciągłej jazdy na rowerze. Do sklepu, do pracy. Początkowo było kiepsko. Starałam się jechać szybko, ale ledwo mi szło na pierwszym biegu. 2 razy w tygodniu dojeżdżałam do pracy około 7 (może nieco więcej) km. Potem trzeba było wrócić. Pierwszy miesiąc był męczarnią, a każde skrzyżowanie ze światłami na których musiałam się zatrzymać najcudowniejszą rzeczą. Potem zrobiło się lżej. Nie chciałam odpuszczać. Wolałam się pomęczyć, bo było to dobre dla samopoczucia. Fizycznego i psychicznego. Więc drugi bieg. Męka pod górki. Kolejne stopnie załamania psychicznego i dwa miesiące walki z ciałem. Zaczęłam robić dłuższe dystanse. Jeździłam 10, a nawet 15 km. Męka była coraz mniejsza. Czasem zdarzało mi się jechać po płaskim na trzecim biegu i z tęsknotą czekałam, aż nie będę musiała wracać już do "dwójki". I nadszedł ten moment. Cała trasa do pracy na "trójce". Ogromne zmęczenie na twarzy, ale i radość, której nie da się opisać.
A potem kontuzja. Zaczęłam jeździć sześć razy w tygodniu. I odnowiło mi się zapalenie mięśni w prawej nodze. Męczy mnie to w sumie od dziesięciu lat. Lekarz, maści, przerwa. Potem powrót do formy. Kiepsko. Głowa się dołuje. Głowa się martwi. Potem poprawa.
I ściana. Jakiś niewidzialny mur, którego nie potrafię przejść. Doszłam do etapu, gdzie nie potrafię wejść na wyższy stopnień. Denerwowałam się jakiś czas.
Cały czas jednak czytałam, czytałam i czytałam. Czytałam bloga Pepsi. A ona nawijała o bieganiu. Stwierdziłam, że jest walnięta. Potem doszłam do wniosku, że wiele ludzi jest walniętych. A potem już wiedziałam, że ona ma rację.
Ludzie są leniwi. Ciągle sami przed sobą wygłaszają wielkie mowy-wymowy. Głupie wymówki, żeby żreć i nie ćwiczyć. A potem chudzi mówią, że grubi się opychają i nie ruszają. I mówią, że ja taka jestem.
A ja ćwiczę i nagle mam mur. Głowa cały czas pracowała. Wstałam w pewną niedzielę o 7 rano i pojechałam do Decathlonu. Za ostatnie pieniądze na życie kupiłam buty do biegania. Bardzo chciałam czarne, bo nie lubię tych jaskrawych, sportowych ubrań. Czarne były jedynie z najnowszej kolekcji za kupę pieniędzy. Kupiłam biało-fioletowe i od razu ich nienawidziłam. Kupiłam je dlatego, że spełniały istotne dla mnie parametry i były przecenione o jakieś 40%. A i tak wydałam fortunę jak na moje zarobki.
Następnego dla byłam jednak szczęśliwa, że je mam i zaczęłam się owym faktem dzielić. I na wstępie zostałam wyśmiana, że ja na pewno nie ruszę dupy, że nigdy nie będę sportowcem, a buty mają jaskrawy kolor, więc nie są fajne. Buty rzuciłam w kąt, a do ludzi przestałam się odzywać. Zastanawiałam się dlaczego Polacy są tacy "mili". Było mi bardzo przykro. W końcu zebrałam się i poszłam biegać. Znów zostałam wyśmiana. Poczerwieniałam ze zdenerwowania i pobiegłam przed siebie. trwało to 25 minut. W tym czasie się uspokoiłam. Zrobiło mi się lepiej w głowie choć zmęczenie sięgało zenitu. Już wiedziałam o czym pisze Pepsi. I chciałam więcej.
Przed chwilą wróciłam z czwartego biegu. Dziś były 32 min biegania, 10 min marszu i rozciąganie. Właśnie tego mi było trzeba. Właśnie tego.
DorotaM
Postanowiłam sobie, że kończę szkołę i nigdy do tego nie wrócę.
Na studiach pływałam i przestałam bać się głębokiej wody. Przynajmniej ten w basenie, bo z nim mam na co dzień do czynienia. Potem kupiłam rower. Chciałam mieć ładny miejski rower z którym można się pokazać. Czasem tylko pojeździć. Bo modne to i mają wszyscy. Zaczęłam jeździć, bo szybciej niż na piechotkę. I zaczęło mi się podobać. Jeździłam rzadko. Płuca za mało wyćwiczone. Serce nieprzystosowane. Pod górkę było męęęęęęcząco. Potem przeprowadzka tam, gdzie zaczynają się góry. Miasto po którym człowiek porusza się sinusoidą. Nie istnieje tu słowo płasko. I w sumie dobrze. Kocham góry i dlatego tu jestem.
A potem brak kasy. Zmusiło mnie to do ciągłej jazdy na rowerze. Do sklepu, do pracy. Początkowo było kiepsko. Starałam się jechać szybko, ale ledwo mi szło na pierwszym biegu. 2 razy w tygodniu dojeżdżałam do pracy około 7 (może nieco więcej) km. Potem trzeba było wrócić. Pierwszy miesiąc był męczarnią, a każde skrzyżowanie ze światłami na których musiałam się zatrzymać najcudowniejszą rzeczą. Potem zrobiło się lżej. Nie chciałam odpuszczać. Wolałam się pomęczyć, bo było to dobre dla samopoczucia. Fizycznego i psychicznego. Więc drugi bieg. Męka pod górki. Kolejne stopnie załamania psychicznego i dwa miesiące walki z ciałem. Zaczęłam robić dłuższe dystanse. Jeździłam 10, a nawet 15 km. Męka była coraz mniejsza. Czasem zdarzało mi się jechać po płaskim na trzecim biegu i z tęsknotą czekałam, aż nie będę musiała wracać już do "dwójki". I nadszedł ten moment. Cała trasa do pracy na "trójce". Ogromne zmęczenie na twarzy, ale i radość, której nie da się opisać.
A potem kontuzja. Zaczęłam jeździć sześć razy w tygodniu. I odnowiło mi się zapalenie mięśni w prawej nodze. Męczy mnie to w sumie od dziesięciu lat. Lekarz, maści, przerwa. Potem powrót do formy. Kiepsko. Głowa się dołuje. Głowa się martwi. Potem poprawa.
I ściana. Jakiś niewidzialny mur, którego nie potrafię przejść. Doszłam do etapu, gdzie nie potrafię wejść na wyższy stopnień. Denerwowałam się jakiś czas.
Cały czas jednak czytałam, czytałam i czytałam. Czytałam bloga Pepsi. A ona nawijała o bieganiu. Stwierdziłam, że jest walnięta. Potem doszłam do wniosku, że wiele ludzi jest walniętych. A potem już wiedziałam, że ona ma rację.
Ludzie są leniwi. Ciągle sami przed sobą wygłaszają wielkie mowy-wymowy. Głupie wymówki, żeby żreć i nie ćwiczyć. A potem chudzi mówią, że grubi się opychają i nie ruszają. I mówią, że ja taka jestem.
A ja ćwiczę i nagle mam mur. Głowa cały czas pracowała. Wstałam w pewną niedzielę o 7 rano i pojechałam do Decathlonu. Za ostatnie pieniądze na życie kupiłam buty do biegania. Bardzo chciałam czarne, bo nie lubię tych jaskrawych, sportowych ubrań. Czarne były jedynie z najnowszej kolekcji za kupę pieniędzy. Kupiłam biało-fioletowe i od razu ich nienawidziłam. Kupiłam je dlatego, że spełniały istotne dla mnie parametry i były przecenione o jakieś 40%. A i tak wydałam fortunę jak na moje zarobki.
Następnego dla byłam jednak szczęśliwa, że je mam i zaczęłam się owym faktem dzielić. I na wstępie zostałam wyśmiana, że ja na pewno nie ruszę dupy, że nigdy nie będę sportowcem, a buty mają jaskrawy kolor, więc nie są fajne. Buty rzuciłam w kąt, a do ludzi przestałam się odzywać. Zastanawiałam się dlaczego Polacy są tacy "mili". Było mi bardzo przykro. W końcu zebrałam się i poszłam biegać. Znów zostałam wyśmiana. Poczerwieniałam ze zdenerwowania i pobiegłam przed siebie. trwało to 25 minut. W tym czasie się uspokoiłam. Zrobiło mi się lepiej w głowie choć zmęczenie sięgało zenitu. Już wiedziałam o czym pisze Pepsi. I chciałam więcej.
Przed chwilą wróciłam z czwartego biegu. Dziś były 32 min biegania, 10 min marszu i rozciąganie. Właśnie tego mi było trzeba. Właśnie tego.
DorotaM
niedziela, 9 września 2012
Grubi ludzie
Ciągle spotykam się z opinią, że grubi ludzie nie uprawiają sportu, są bardzo chorzy, a wyniki podstawowych badań przyprawiają o zawrót głowy, nie mówiąc już o głębszej analizie.
Nie będę wszystkich broniła bo otyłość i choroby cywilizacyjne są plagą, ale nie można wszystkiego uogólniać.
Według wytycznych lekarzy i dietetyków: moja waga jest bardzo dobra, wyniki badań mam rewelacyjne, rzadko choruję, uprawiam dużo różnych sportów i jem w miarę zdrowo.
A jak ktoś na mnie popatrzy to to stwierdza, że jem co popadnie, nie ruszam się, jestem gruba i brzydka więc na pewno jestem na coś chora.
Moje szerokie biodra i grube nogi do końca życia mnie nie opuszczą. Jedyną nadzieją jest bieganie, które zaczynam właśnie trenować. Ale obawiam się, że będzie tak jak z innymi sportami z którymi wiązałam te same nadzieje.
Zaburzone są więc proporcje, gdzie od pasa w dół mam większy rozmiar niż na górze. Wyglądam jakbym miała dwa tyłki i chwalenie się rozmiarem bluzki S nic tu nie zmieni!
Dlatego nie czepiajcie się wszystkich grubych ludzi.
Czepiajcie się tych, którzy żrą w Macu i nie ruszają dupy z fotela!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Nie będę wszystkich broniła bo otyłość i choroby cywilizacyjne są plagą, ale nie można wszystkiego uogólniać.
Według wytycznych lekarzy i dietetyków: moja waga jest bardzo dobra, wyniki badań mam rewelacyjne, rzadko choruję, uprawiam dużo różnych sportów i jem w miarę zdrowo.
A jak ktoś na mnie popatrzy to to stwierdza, że jem co popadnie, nie ruszam się, jestem gruba i brzydka więc na pewno jestem na coś chora.
Moje szerokie biodra i grube nogi do końca życia mnie nie opuszczą. Jedyną nadzieją jest bieganie, które zaczynam właśnie trenować. Ale obawiam się, że będzie tak jak z innymi sportami z którymi wiązałam te same nadzieje.
Zaburzone są więc proporcje, gdzie od pasa w dół mam większy rozmiar niż na górze. Wyglądam jakbym miała dwa tyłki i chwalenie się rozmiarem bluzki S nic tu nie zmieni!
Dlatego nie czepiajcie się wszystkich grubych ludzi.
Czepiajcie się tych, którzy żrą w Macu i nie ruszają dupy z fotela!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
sobota, 1 września 2012
Zupa z kwiatami cukinii
Pyszna włoska zupka :)
Jeżeli znajdziesz całe cukinie z kwiatami wykorzystaj je. Jeśli masz jedynie same cukinie nie zmienia to bardzo przepisu.
kilka łyżek oliwy
1 posiekana cebula
garść świeżej posiekanej pietruszki
ząbek czosnku, drobno posiekany (opcjonalnie)
2 obrane i pokrojone ziemniaki
2 garści fasolki szparagowej pokrojonej na kawałki
300 ml sosu pomidorowego (najlepiej samodzielnie przygotowanego ze świeżych letnich pomidorów:) )
nieco soli
4 małe cukinie
kwiaty, liście i łodygi cukinii (opcjonalnie)
W głębokim garnku rozgrzej oliwę i zeszklij cebulę. Dodaj pietruszkę, czosnek i ziemniaki. Podsmaż minutę, by czosnek się nie przypalił. Dodaj fasolkę, sos i posól. Wlej wodę by przykryła całość i był zapas kilku centymetrów. Gotuj pod przykryciem 15 minut. Posiekaj cukinie w drobną kostkę. Kwiaty zostaw w całości. dodaj do garnka. Gotuj 30 minut.Smacznego.
Jeżeli znajdziesz całe cukinie z kwiatami wykorzystaj je. Jeśli masz jedynie same cukinie nie zmienia to bardzo przepisu.
kilka łyżek oliwy
1 posiekana cebula
garść świeżej posiekanej pietruszki
ząbek czosnku, drobno posiekany (opcjonalnie)
2 obrane i pokrojone ziemniaki
2 garści fasolki szparagowej pokrojonej na kawałki
300 ml sosu pomidorowego (najlepiej samodzielnie przygotowanego ze świeżych letnich pomidorów:) )
nieco soli
4 małe cukinie
kwiaty, liście i łodygi cukinii (opcjonalnie)
W głębokim garnku rozgrzej oliwę i zeszklij cebulę. Dodaj pietruszkę, czosnek i ziemniaki. Podsmaż minutę, by czosnek się nie przypalił. Dodaj fasolkę, sos i posól. Wlej wodę by przykryła całość i był zapas kilku centymetrów. Gotuj pod przykryciem 15 minut. Posiekaj cukinie w drobną kostkę. Kwiaty zostaw w całości. dodaj do garnka. Gotuj 30 minut.Smacznego.
Uzależnienia
Tydzień był intensywny. Nie było czasu ani na porządne spanie, ani na zdrowe jedzenie. 12 godzin spędzałam na szkoleniu. Przerwa była na tyle krótka, że wszyscy biegali jedynie do "Żabki" na dole po zupki z kubka, colę i bułki. Przed wyjazdem okazało się dopiero, że gdzieś niedaleko jest "Biedronka". A potem całe godziny w pociągach. Było źle. Skupienie było tak wielkie, że widzę to dopiero teraz analizując całą tą dziwna sytuację. I zauważam, że przyzwyczajenie z dzieciństwa do chleba i uzależnienie od glutenu jest szalenie wielkie. Hmmm jeden z moich narkotyków. I muszę co nieco zaradzić. Żeby się ciągle nie objadać chlebem. Nawet myślę o upieczeniu go w domu, żeby zmniejszyć ilość syfu. Ale nadal jest to chleb. A były całe tygodnie kiedy go nie dotykałam. Kiedy nie był mi potrzebny do szczęścia. I znów wpadłam w wir. Muszę to jeszcze raz przemyśleć i zaradzić. Jedzeniowo podupadam.
Nie mam czasu myśleć o jedzeniu lub ciągle myślę o jedzeniu. Człowiek tak się koncentruje, że się zatraca. A jeszcze parę tygodni temu było dużo lepiej.
Ale kilka dni i przyjdzie motywacja w postaci innej osoby, która obiecała zacząć ze mną oczyszczanie. Brak zapychaczy: chleb, makaron, ryż, kasze. Same warzywa z dodatkiem owoców. Prawie bez tłuszczu.
Człowiek potrzebuje około 3 tygodnie, aby się w miarę przestawić. Po miesiącu coś staje się nawykiem i nawet nie zwracamy na to uwagi.
A poza tym kiedyś nie wierzyłam, że pewne rzeczy można jeść raw. Przykładem jest tu kalafior oraz kukurydza. Po co męczyć się z kolbami, które trzeba kroić, bo nie mieszczą się w żadnym garnku! Kukurydza jest słodka i pyszna. Kupujemy kukurydzę, myjemy, suszymy i jemy:) Polecam
A kalafior surowy... ja wykorzystuję do sałatek. Sałata, papryka, pomidor czy co kto lubi. Do tego przyprawy i ... kalafior:)
I tak od chleba idziemy do kalafiora :)
Pozdrawiam :)
DorotaM
Nie mam czasu myśleć o jedzeniu lub ciągle myślę o jedzeniu. Człowiek tak się koncentruje, że się zatraca. A jeszcze parę tygodni temu było dużo lepiej.
Ale kilka dni i przyjdzie motywacja w postaci innej osoby, która obiecała zacząć ze mną oczyszczanie. Brak zapychaczy: chleb, makaron, ryż, kasze. Same warzywa z dodatkiem owoców. Prawie bez tłuszczu.
Człowiek potrzebuje około 3 tygodnie, aby się w miarę przestawić. Po miesiącu coś staje się nawykiem i nawet nie zwracamy na to uwagi.
A poza tym kiedyś nie wierzyłam, że pewne rzeczy można jeść raw. Przykładem jest tu kalafior oraz kukurydza. Po co męczyć się z kolbami, które trzeba kroić, bo nie mieszczą się w żadnym garnku! Kukurydza jest słodka i pyszna. Kupujemy kukurydzę, myjemy, suszymy i jemy:) Polecam
A kalafior surowy... ja wykorzystuję do sałatek. Sałata, papryka, pomidor czy co kto lubi. Do tego przyprawy i ... kalafior:)
I tak od chleba idziemy do kalafiora :)
Pozdrawiam :)
DorotaM
niedziela, 19 sierpnia 2012
Zmobilizuj się cz. III i IV
Wyjeżdżam na szkolenie. Do pisania wrócę dopiero w weekend. A poniżej dwie ostatnie części ćwiczeń do mobilizowania się :)
Przyjemnego czytania i pracy życzę :) <3
DorotaM
Przyjemnego czytania i pracy życzę :) <3
3.
Dwójmyślenie zamiast fantazjowania
MYŚL
NIE TYLKO O KORZYŚCIACH, ALE TAKŻE O PRZESZKODACHSekretem
utrzymania nieustającej motywacji do działania jest zachowanie
równowagi między emocjami a logiką. Marzenia,
wizualizacja celu i określenie tego, czego w życiu pragniesz,
pobudza emocje, ale bez realnego spojrzenia na możliwości
osiągnięcia sukcesu zostaniesz tylko marzycielem. Nie ruszysz z
miejsca,
mimo
że wiesz, co mogłoby być dla ciebie dobre, jeśli nie czujesz, że
cel to jest coś, czego bardzo pragniesz. Brytyjski psycholog Richard
Wisenlan proponuje metodę pomocną w ustaleniu balansu między
emocjami a intelektem, która podtrzyma w tobie motywację
do
osiągnięcia celu. Nazywa ją „dwój-myśleniem" i proponuje
ją jako uzupełnienie wizualizacji odniesionego sukcesu, która
podnosi nastrój, ale nie wystarczy do wytrwania w drodze do
celu. Wiseman zachęca, aby
skupić
się na korzyściach wynikających
z finalizowania
działań,
ale również na przeszkodach, jakie mogą stanąć nam na drodze.
ĆWICZENIE
Ćwiczenie
to wykonaj w skupieniu i poświęć na nie sporo czasu. Weź coś do
pisania. Odpowiedzi na poniższe pytania. Nie spiesz się, pozwól
najpierw swojej wyobraźni i emocjom stworzyć w twojej głowie
odpowiednie obrazy.
»
Jaki
masz cel?
»
Wyobraź
sobie i zapisz, w
jaki sposób poprawi się twoje życie,
jeśli uda ci się ten cel osiągnąć. Wyobraź sobie wszystkie
możliwe korzyści – jak będziesz wyglądać, jak będziesz się
czuć, co zmieni się w tobie, co w twoim otoczeniu itp.
»
Podziel
swój cel na mniejsze konkretne kroki.
Każdy z nich zapisz na małej oddzielnej karteczce. Przyjrzyj się
każdemu mini celowi, który zapisałeś i zastanów się co może
pójść nie tak, co może przeszkodzić ci na tym etapie – zapisz
to na odwrocie kartki. Teraz zastanów się, jak sobie poradzisz z
przeszkodą. Może Masz pomysł, jak teraz zmodyfikować ten krok,
aby uniknąć przeszkody?
4.
Siła
nawyku
11
SPCJSOBÓW
NA PROKRASTYNCJĘ Czasem
bywa tak, że minio konkretnie ustalonego, ambitnego i spójnego celu
odkładamy pracę nad: jego osiągnięciem! na później lub w ogóle
jej nie podejmujemy. Wynikać
to może z wielu przyczyn: lęku przed porażką, perfekcjonizmu,
niskiego poziomu samokontroli, postrzegania pracy nad osiągnięciem
celu jako całości, a nie sekwencji działań, szybkiego nudzenia
się czy złej oceny tego, jak czasochłonne jest zadanie. Chroniczne
odkładanie; na później tego, czym powinniśmy się zająć w danej
chwili, nazywa
się prokrastynacją. Prokrastynacja jest działaniem: na własną
szkodę, co może prowadzić do poważnych problemów -
niewywiązywania się z obowiązków, niepłacenia rachunków czy
niewystarczającego przygotowania do wyzwań. Z
chronicznym
odkładaniem rzeczy na później można walczyć. Oto kilka sposobów:
»
Rozbij duże cele na mniejsze, „łatwiejsze w obsłudze"
elementy.
»
Zacznij w
dowolnym
miejscu. Już
samo działanie obniża napięcie związane z rozpoczęciem pracy nad
tym, co chcesz osiągnąć. Jeśli będziesz wytrwale rozpoczynał,
zakończenie dojdzie do skutku, głównie dlatego iż pojawił się w
tobie naturalna potrzeba domykania tego, co rozpocząłeś.
»
Skorzystaj z metody „ser szwajcarski": zacznij od
„zrobienia dziur” w swoim zadaniu Wykonaj
łatwe, natychmiastowe działania, które zajmą
pięć lub
nawet
mniej minut.
Jeśli jakieś zadanie poprowadzi cię w ślepą uliczkę, zajmij się
innym. Ciąg natychmiastowych zadań pewnie nie wystarczy do
ukończenia projektu, ale pomoże ci się zorientować, co trzeba
zrobić i kto ma to zrobić.
»
Inna szkoła uczy, że najskuteczniejsze jest wykonanie najpierw
najtrudniejszych, najbardziej nieprzyjemnych części zadania.
Pomyśl,
jak je wykonać kreatywnie, łatwo i szybko. Potem będzie już tylko
przyjemnie.
»
Wyznaczaj granice. Ustal
własne tempo. Zaplanuj czas nawet na odrobienie zaległości.
»
Mądrze wykorzystuj swoją szczytową formę w ciągu
doby. Staraj
się osiągnąć codzienną porcję nieprzerwanej, wysokowydajnej
pracy. Niech to będzie przynajmniej 30 minut dziennie.
»
Gdy zabierasz się do pracy, usuń zakłócenia wyłącz TV, internet
i komunikatory. Pamiętaj
też, że będzie ci trudno zachować wysoki poziom energii, kiedy
pracujesz lub czytasz na kanapie pod kocem. Zorganizuj swoje miejsce
pracy tak, żebyś mógł się skupić, ale żebyś nie tracił
wysokiego poziomu energii - zadbaj o wygodne krzesło, zrób porządek
Wokół siebie, niezbędne rzeczy miej pod ręką.
»
Stosuj pozytywny monolog wewnętrzny na temat swoich zadań.
Powtarzanie
sobie „muszę" oraz „powinienem" utrzymuje cię w
poczuciu winy, beznadziei i depresji. Zamiast tego skup się na
rezultatach, jakie
chcesz
uzyskać i mów „chcę", „wolę".
»
Niech twoim celem będzie to, że jesteś świetny. Doskonałość
nie istnieje. Pamiętaj
o zasadzie Pareto - 20 proc. najbardziej istotnych czynności
wystarczy, by osiągnąć 80. proc. efektów. Zadowalaj się
wystarczająco dobrym celem - to więcej niż potrzeba w przypadku
większości zadań.
»
Zapamiętaj słowa Jima Ryuną „Motywacja jest tym, co pozwala ci
zacząć. Nawyk
jest tym, co pozwala ci wytrwać". Jeśli trudno ci wytrwać we
wprowadzaniu jakiejś zmiany w swoim zachowaniu, zrób eksperyment.
Powtarzaj nowe zachowanie przez30
dni.
Po tym czasie nowe zachowanie na pewno stanie się już twoim
nawykiem, a jeśli okaże się błędnym wyborem - po prostu z niego
zrezygnujesz.
»
Zadbaj o
swoją
postawę: określ
pozycję ciała predysponują
do pojawienia się w nas konkretnych emocji. Sprawdź to na sobie.
Pomyśl
o ambitnym zadaniu, które cię czeka. Wstań niechętnie, złącz
nogi, opuść ręce i zgarbiony powiedz do siebie: „Dam radę".
Jak się czujesz?
Jesteś zmotywowany? Teraz stań w lekkim rozkroku, wyprostuj się, odważnie spójrz przed siebie i powtórz głośniej: „Dam radę". Czy teraz czujesz się bardziej na siłach?
Jesteś zmotywowany? Teraz stań w lekkim rozkroku, wyprostuj się, odważnie spójrz przed siebie i powtórz głośniej: „Dam radę". Czy teraz czujesz się bardziej na siłach?
DorotaM
Subskrybuj:
Posty (Atom)