"Zajmowanie się swoim ciałem wyzwala. Wiele kobiet marnuje czas, energię i pieniądze na upiększanie domu, gotowanie dla rodziny i przyjaciół, zajmowanie się innymi ludźmi czy chodzenie do teatru. Zapominają natomiast o swoim ciele i usprawiedliwiają się przed sobą, twierdząc, że nie mają czasu na spacer, oczyszczanie skóry czy planowanie diety.
Nie zdają sobie sprawy z tego, jak ważne jest utrzymanie ciała w harmonii i zdrowiu. Zajmowanie się swoim ciałem i wyglądem, wygładzanie skóry, masowanie i uelastycznianie stawów jest rzadko praktykowane (szczególnie w pewnym wieku) przez ludzi żyjących w krajach zachodnich. Są oni ofiarami myśli judeochrześcijańskiej, traktującej ciało jako należące do sfery tabu i nieczyste. Łaźnie, masaże i teorie dietetyczne epoki hellenistycznej oraz czasów rzymskich zniknęły z naszej kultury właśnie wraz z pojawieniem się chrześcijaństwa.
Co się stało z rozsądkiem i elegancją, ze staraniami o posiadanie promiennej cery, zdrowego ciała, zwinnej sylwetki? Zastąpiły je brak rozsądku, folgowanie sobie, lenistwo, a także brak uczciwości wobec siebie i innych. Czy mamy prawo w imię przyjemności, smacznego jedzenia i rozrywek oraz z powodu płacenia składek na ubezpieczenie społeczne nie dbać o swoje zdrowie, podczas gdy miliony ludzi na świecie nie mają dostępu do podstawowej opieki medycznej, szpitali, a nawet żywności? Dlaczego akceptujemy wysoki poziom cholesterolu, nadmiar kilogramów, wysokie ciśnienie, pozbawioną blasku, pokrytą plamami skórę, zniekształcone stawy, wizyty u lekarza jako nieuniknioną konsekwencję wieku, a odrzucamy zmianę trybu życia, przyzwyczajeń i sposobu odżywania?
Mieć ciało, które powoduje cierpienie i sprawia, że wszystkie ruchy są bolesne, to żyć bez odpoczynku i bez poczucie wolności, bez godności, niezależności. To być niewolnikiem, więźniem samego siebie. A tego niewolnictwa nikt nam nie narzucił.
Potrzeby ciała są ograniczone. Nie powinniśmy ich lekceważyć, ponieważ to od naszego ciała zależy nasze życie. A od naszego życia zależy życie innych. Oczywiście zajmowanie się tylko ciałem (sportem, jedzeniem, zabiegami higienicznymi) jest oznaką braku zdolności intelektualnych. Aby jednak żyć godnie, należy poświęcać ciału nieco uwagi. Trzeba więc nauczyć się (albo raczej przypomnieć sobie), jak zachowywać umiar, co robić, by ciało było bardziej elastyczne, jak się myć, oczyszczać i jak dyscyplinować siebie.
Ciało nie powinno przytłaczać duszy. powinno być dyspozycyjne w sposób zależny od tego, czego wymagają aktywność intelektualna i sfera duchowa."
fragment książki "Sztuka prostoty" Dominique Loreau przełożyła J. Sobotnik, wyd. Czarna owca, wydanie II, Warszawa 2012
polecam w całości
DorotaM
środa, 8 sierpnia 2012
wtorek, 7 sierpnia 2012
Mała refleksja nad poszukiwaniem minimalizmu w domu
Poszukałam i jak na razie tu kieruję swoje myśli:
http://www.domosfera.pl/wnetrza/56,94387,11375069,Minimalizm_w_dunskim_stylu__.html
Tylko jedno mnie zastanawia. Praktycznie wszystkie oglądane przeze mnie minimalistyczne wnętrza są strasznie duże. Hale, a nie pokoje.
W miarę poszerzania refleksyjności nad tematem post będzie się powiększał :)
DorotaM
Przychodzi zdrowy człowiek do chorej przychodni NFZ cz. II
Jestem okazem zdrowia.
I to by wystarczyło, ale ja mam znów tysiąc myśli...
Usłyszałam, że wszystkie badania mam ok, ale musiałam sama zacząć pytać. Tak bardzo korciło. Bo to, bo tamto. Wszytko mnie interesowało. Lekarz oczywiście odpowiadał, ale cały czas podkreślał, że wszystko jest w normie.
Jak się okazuje jednego wyniku nie można samodzielnie rozpatrywać. Krew. Objętość mam w dolnej granicy normy, ale pięć innych wyników z tego "działu" jest super. Odczytując je razem (czyli tak jak powinno być) to mój wynik jest rewelacyjny. Niczego mi nie brakuje.
Podobnie mocz. Zdrowa kobieta może mieć nawet 50 000 bakterii w moczu. Z uwagi na krótką cewkę szybko też łapiemy infekcje, a nasz pęcherz choruje. Dopuszcza się z tego tytułu nawet dwa zapalenia pęcherza rocznie. Zwiększone ryzyko występuje przy częstych kontaktach seksualnych, na basenie, w jacuzzi i gdy w nocy mamy w pokoju otwarte okno, a chłodny wiatr nas "podwiewa".
Czyli należy się zamknąć w domu i wegetować. Ciało nie będzie sprawiało problemów. Hmm tylko co z psychiką...
Czyli generalnie żyjmy bez takich ograniczeń i cieszmy się tym :)
A co do badań. Jestem nieco spokojniejsza. Jeszcze czekają mnie robaki, ale to grubszy temat i zajmę się niem za kilka dni.
A badania róbcie dla swojego spokojnego nie tylko serca, ale i umysłu.
A poza tym nieco inny wątek. Duuużo jeżdżę na rowerze. I pływam. Kiedyś nie jeździłam, ale za to tańczyłam. Nie tylko na imprezach, ale przede wszystkim w szkole tańca do której chodziłam.
Pomimo tego wszystkiego nigdy nie byłam szczupła!
10 lat temu zaczęłam mieć problemy z prawym kolanem. Chodziłam do lekarzy. Od jednego do drugiego. Ciągle rentgeny, które nic nie wykazywały. Łapali się za głowę. I nic. Wciskali mi kolagen od zwierząt, a mnie nie było wcale lepiej.
W zeszłym miesiącu zrobiłam na rowerze 500 km. Do tego basen i wyjazdy nad jeziora, gdzie potrafiłam pływać 2-3 h. Bóle się nasiliły. Będąc u lekarza przy okazji zapytałam go co mogę z tym zrobić, bo mi to po prostu przeszkadza w funkcjonowaniu. Bałam się, że wrócą te bóle, które miałam kilka lat temu. Prawie nie mogłam chodzić i płakałam przy każdym kroku.
Lekarz postanowił najpierw zbadać nogę. Zaczął mi ją całą wykręcać na różne strony. Słuchał czy coś nie przeskakuje. Pytał co czuję. I powiedział. TO NIE KOŚCI! Zaczął badać mięśnie. I okazało się, że od 10 lat mam zapalenie mięśni! I muszę na jakiś czas je odciążyć. Brak niektórych sportów (w tym rower :() i leki przeciwzapalne miejscowo. Za 3 tygodnie mam przyjść na kontrolę.
I po co ja marnowałam w liceum czas na leczenie??!! Na wizyty u specjalistów??!! A tu w dwie minuty wszystko wiem. To się nazywa lekarz!! Obyśmy tylko takich spotykali na swojej drodze.
I tylko wtedy kiedy wizyta w gabinecie jest ostatnią możliwością
DorotaM
I to by wystarczyło, ale ja mam znów tysiąc myśli...
Usłyszałam, że wszystkie badania mam ok, ale musiałam sama zacząć pytać. Tak bardzo korciło. Bo to, bo tamto. Wszytko mnie interesowało. Lekarz oczywiście odpowiadał, ale cały czas podkreślał, że wszystko jest w normie.
Jak się okazuje jednego wyniku nie można samodzielnie rozpatrywać. Krew. Objętość mam w dolnej granicy normy, ale pięć innych wyników z tego "działu" jest super. Odczytując je razem (czyli tak jak powinno być) to mój wynik jest rewelacyjny. Niczego mi nie brakuje.
Podobnie mocz. Zdrowa kobieta może mieć nawet 50 000 bakterii w moczu. Z uwagi na krótką cewkę szybko też łapiemy infekcje, a nasz pęcherz choruje. Dopuszcza się z tego tytułu nawet dwa zapalenia pęcherza rocznie. Zwiększone ryzyko występuje przy częstych kontaktach seksualnych, na basenie, w jacuzzi i gdy w nocy mamy w pokoju otwarte okno, a chłodny wiatr nas "podwiewa".
Czyli należy się zamknąć w domu i wegetować. Ciało nie będzie sprawiało problemów. Hmm tylko co z psychiką...
Czyli generalnie żyjmy bez takich ograniczeń i cieszmy się tym :)
A co do badań. Jestem nieco spokojniejsza. Jeszcze czekają mnie robaki, ale to grubszy temat i zajmę się niem za kilka dni.
A badania róbcie dla swojego spokojnego nie tylko serca, ale i umysłu.
A poza tym nieco inny wątek. Duuużo jeżdżę na rowerze. I pływam. Kiedyś nie jeździłam, ale za to tańczyłam. Nie tylko na imprezach, ale przede wszystkim w szkole tańca do której chodziłam.
Pomimo tego wszystkiego nigdy nie byłam szczupła!
10 lat temu zaczęłam mieć problemy z prawym kolanem. Chodziłam do lekarzy. Od jednego do drugiego. Ciągle rentgeny, które nic nie wykazywały. Łapali się za głowę. I nic. Wciskali mi kolagen od zwierząt, a mnie nie było wcale lepiej.
W zeszłym miesiącu zrobiłam na rowerze 500 km. Do tego basen i wyjazdy nad jeziora, gdzie potrafiłam pływać 2-3 h. Bóle się nasiliły. Będąc u lekarza przy okazji zapytałam go co mogę z tym zrobić, bo mi to po prostu przeszkadza w funkcjonowaniu. Bałam się, że wrócą te bóle, które miałam kilka lat temu. Prawie nie mogłam chodzić i płakałam przy każdym kroku.
Lekarz postanowił najpierw zbadać nogę. Zaczął mi ją całą wykręcać na różne strony. Słuchał czy coś nie przeskakuje. Pytał co czuję. I powiedział. TO NIE KOŚCI! Zaczął badać mięśnie. I okazało się, że od 10 lat mam zapalenie mięśni! I muszę na jakiś czas je odciążyć. Brak niektórych sportów (w tym rower :() i leki przeciwzapalne miejscowo. Za 3 tygodnie mam przyjść na kontrolę.
I po co ja marnowałam w liceum czas na leczenie??!! Na wizyty u specjalistów??!! A tu w dwie minuty wszystko wiem. To się nazywa lekarz!! Obyśmy tylko takich spotykali na swojej drodze.
I tylko wtedy kiedy wizyta w gabinecie jest ostatnią możliwością
DorotaM
niedziela, 5 sierpnia 2012
Recipes
Niektóre próbowałam, niektóre nie. Na pewno są pyszne:)
Lato w pełni więc na pierwszy ogień lody:
http://pinkcake.blox.pl/2012/05/Lody-szpinakowe.html
A poza tym chłopcy z sigur ros przygotowali przepisy. Książkę da się za darmo ściągnąć. Są opisy i zdjęcia. Na stronie także filmiki. Polecam.
http://jonsiandalex.com/recipes
A na koniec sałata
3 pomarańcze
2 awokado
garść małych pomidorków
czerwona cebula
natka pietruszki
czarne oliwki
garść płatków migdałowych
ewentualnie sos winegret:
1/2 szklanki oliwy
40 ml octu winnwgo
sól
pieprz
2 łyżki musztardy diżońskiej
sok z cytryny
Wszystkie składniki winegretu zmiksować. Elementy sałatki drobno pokroić i układać warstwami na górze posypując migdałami. Jak ktoś lubi polać sosem.
Smacznego <3
DorotaM
Lato w pełni więc na pierwszy ogień lody:
http://pinkcake.blox.pl/2012/05/Lody-szpinakowe.html
A poza tym chłopcy z sigur ros przygotowali przepisy. Książkę da się za darmo ściągnąć. Są opisy i zdjęcia. Na stronie także filmiki. Polecam.
http://jonsiandalex.com/recipes
A na koniec sałata
3 pomarańcze
2 awokado
garść małych pomidorków
czerwona cebula
natka pietruszki
czarne oliwki
garść płatków migdałowych
ewentualnie sos winegret:
1/2 szklanki oliwy
40 ml octu winnwgo
sól
pieprz
2 łyżki musztardy diżońskiej
sok z cytryny
Wszystkie składniki winegretu zmiksować. Elementy sałatki drobno pokroić i układać warstwami na górze posypując migdałami. Jak ktoś lubi polać sosem.
Smacznego <3
DorotaM
Ten, którego miało nie być
Miałam dzisiaj nic nie pisać. A narodził się ten, którego miało nie być.
Ale różne zdarzenia dzisiejszego (i nie tylko) dnia zmobilizowały mnie do głębokiej analizy człowieka pod pewnymi względami. Od dłuższego czasu to we mnie narastało i dziś czuję, że dorosłam do zadania kilku pytań.
Jestem osobą w miarę poukładaną. To znaczy staram się radzić sobie w każdych warunkach. Nowy dom, nowe miasto, nowa praca, nowi ludzie. Nie załamuję się i podążam na przód. Wiele osób mi mówi, że radzę sobie o wiele lepiej niż oni. Wiem jak wiele mam w sobie złych cech, ale pracuję nad sobą, nad umysłem, ciałem i codziennymi kłopotami. Przecież każdy je ma. Tylko po co wstawać z samego rana z założeniem, że jest się chorym. Po co marudzić, że jest źle, choć jeszcze nic się nie wydarzyło. Po co wymyślać różne historie i opowiadać je żeby tylko zwrócić na siebie uwagę innych. W końcu po co oceniać różnych ludzi i sytuacje kiedy nie ma się obrazu całości. Po czterech latach pracy z chorymi oraz otaczania się różnymi ludźmi w tym hipochondrykami (lub 2 w 1) mam powoli dosyć. Zjadają moją energię dając mi w zamian tylko niechęć do życia i otwierają drzwi do podróży w depresję. A to nie moja droga! Sami pogłębiają swoje fizyczne urazy niewłaściwym zachowaniem. Wolą być do końca życia wytykani jako niepełnosprawni niż wrócić do normalnego życia. Bo dzięki temu dostają od ludzi zainteresowanie, współczucie, pomoc w każdej sytuacji i jak sami mówią ogromne pieniądze.
Może mi ktoś powiedzieć, że jestem nieczuła, ale nie jest to prawda. Wiele lat starałam się robić wszystko na rzecz innych. W pewnym momencie zorientowałam się, że moje życie na tym cierpi. Starałam się przeorganizować to tak, żeby wszyscy mieli korzyści z mojego poświęcenia. Oni i ja. Ale nadszedł moment kiedy zaczynam się wycofywać. Nikt nie docenia tego co robię. Jest wręcz przeciwnie.
Zatem nogą robię krok w tył, głową krok naprzód. I dochodzimy do sedna tego wywodu. Kim jest hipochondryk i co nim kieruje.
Poniższy tekst pochodzi z Wikipedii, ale jego bibliografia ma głęboki sens, więc wydaje mi się, że tak samo jest z tekstem.
"Hipochondria (zaburzenie hipochondryczne) - zaburzenie somatoformiczne, którego dominującą cechą jest stałe nieuzasadnione przekonanie o istnieniu przynajmniej jednej poważnej, postępującej choroby somatycznej.
Osoba cierpiąca na hipochondrię ujawnia uporczywe skargi somatyczne lub stale skupia uwagę na ich fizycznej naturze. Normalne czy banalne doznania lub przejawy są często interpretowane jako nienormalne i świadczące o chorobie, a uwaga skupiona jest zwykle na jednym czy dwóch narządach albo układach ciała.
Hipochondria często występuje w depresji lub towarzyszy jej lęk.
Przyczyną powstawania zaburzenia jest egocentryczna lub narcystyczna orientacja. Historia dzieciństwa jest bogata w doświadczenia urazów psychicznych, łącznie z przemoc i nadużyciami seksualnymi".
O niektórych rzeczach nie wiedziałam, niektóre nie pojawiają się w poznanych mi "żywych" przypadkach.
Hmm.. napisałam cały tekst i połowę skasowałam. Aż się zdenerwowałam jak sobie przypomniałam niektóre sprawy. To napiszę tylko jedną i kończę.
Osoba, nazwijmy ją A pojechała do znajomej osoby, powiedzmy B. Pomieszkała tam jakiś czas na koszt tej osoby, bo stwierdziła, że jest biedna i chora. Osoba B mając znajomych w różnych "poważnych" profesjach opowiedziała to znajomemu lekarzowi. Lekarz bez kontaktu z tą osobą oraz bez zrobienia jakichkolwiek badań wypisać świadectwo lekarskie dla osoby A. Same najgorsze rzeczy. Osoba A poszła do pewnej państwowej instytucji i dostała kilkadziesiąt tysięcy na rehabilitację oraz inne cele. Musi się z tych pieniędzy rozliczyć. Jeżeli nie wyda wszystkiego musi zwrócić resztę. Aby się rozliczyć musi jedynie napisać oświadczenie, że wszystko wydała na określone rzeczy (w tym głównie leczenie). Oświadczenie napisała, wysłała pocztą i koniec przygody. Tylko jest jeden mały szkopuł. Osoba na określone cele wydała kilka tysięcy, a resztę zgarnęła dla siebie.
Nie mam nic przeciwko chorym ludziom, którym należy się pomoc, ale wiem:
po 1., że wiele chorób da się wyleczyć bez służby zdrowia i dodatkowych pieniędzy!
po 2. jest to wobec mnie nieuczciwe, że płacę podatki, żeby budować Polskę, bo w nią wierzę, a nieuczciwi ludzie tak robią. Czy oni nie czują się polakami?
Co sądzicie o hipochondrii i tym co napisałam? Czy tylko ja chciałabym żyć w pięknym, rozwijającym się kraju z uczciwymi i miłymi ludźmi bez takich sytuacji?
Ale różne zdarzenia dzisiejszego (i nie tylko) dnia zmobilizowały mnie do głębokiej analizy człowieka pod pewnymi względami. Od dłuższego czasu to we mnie narastało i dziś czuję, że dorosłam do zadania kilku pytań.
Jestem osobą w miarę poukładaną. To znaczy staram się radzić sobie w każdych warunkach. Nowy dom, nowe miasto, nowa praca, nowi ludzie. Nie załamuję się i podążam na przód. Wiele osób mi mówi, że radzę sobie o wiele lepiej niż oni. Wiem jak wiele mam w sobie złych cech, ale pracuję nad sobą, nad umysłem, ciałem i codziennymi kłopotami. Przecież każdy je ma. Tylko po co wstawać z samego rana z założeniem, że jest się chorym. Po co marudzić, że jest źle, choć jeszcze nic się nie wydarzyło. Po co wymyślać różne historie i opowiadać je żeby tylko zwrócić na siebie uwagę innych. W końcu po co oceniać różnych ludzi i sytuacje kiedy nie ma się obrazu całości. Po czterech latach pracy z chorymi oraz otaczania się różnymi ludźmi w tym hipochondrykami (lub 2 w 1) mam powoli dosyć. Zjadają moją energię dając mi w zamian tylko niechęć do życia i otwierają drzwi do podróży w depresję. A to nie moja droga! Sami pogłębiają swoje fizyczne urazy niewłaściwym zachowaniem. Wolą być do końca życia wytykani jako niepełnosprawni niż wrócić do normalnego życia. Bo dzięki temu dostają od ludzi zainteresowanie, współczucie, pomoc w każdej sytuacji i jak sami mówią ogromne pieniądze.
Może mi ktoś powiedzieć, że jestem nieczuła, ale nie jest to prawda. Wiele lat starałam się robić wszystko na rzecz innych. W pewnym momencie zorientowałam się, że moje życie na tym cierpi. Starałam się przeorganizować to tak, żeby wszyscy mieli korzyści z mojego poświęcenia. Oni i ja. Ale nadszedł moment kiedy zaczynam się wycofywać. Nikt nie docenia tego co robię. Jest wręcz przeciwnie.
Zatem nogą robię krok w tył, głową krok naprzód. I dochodzimy do sedna tego wywodu. Kim jest hipochondryk i co nim kieruje.
Poniższy tekst pochodzi z Wikipedii, ale jego bibliografia ma głęboki sens, więc wydaje mi się, że tak samo jest z tekstem.
"Hipochondria (zaburzenie hipochondryczne) - zaburzenie somatoformiczne, którego dominującą cechą jest stałe nieuzasadnione przekonanie o istnieniu przynajmniej jednej poważnej, postępującej choroby somatycznej.
Osoba cierpiąca na hipochondrię ujawnia uporczywe skargi somatyczne lub stale skupia uwagę na ich fizycznej naturze. Normalne czy banalne doznania lub przejawy są często interpretowane jako nienormalne i świadczące o chorobie, a uwaga skupiona jest zwykle na jednym czy dwóch narządach albo układach ciała.
Hipochondria często występuje w depresji lub towarzyszy jej lęk.
Przyczyną powstawania zaburzenia jest egocentryczna lub narcystyczna orientacja. Historia dzieciństwa jest bogata w doświadczenia urazów psychicznych, łącznie z przemoc i nadużyciami seksualnymi".
O niektórych rzeczach nie wiedziałam, niektóre nie pojawiają się w poznanych mi "żywych" przypadkach.
Hmm.. napisałam cały tekst i połowę skasowałam. Aż się zdenerwowałam jak sobie przypomniałam niektóre sprawy. To napiszę tylko jedną i kończę.
Osoba, nazwijmy ją A pojechała do znajomej osoby, powiedzmy B. Pomieszkała tam jakiś czas na koszt tej osoby, bo stwierdziła, że jest biedna i chora. Osoba B mając znajomych w różnych "poważnych" profesjach opowiedziała to znajomemu lekarzowi. Lekarz bez kontaktu z tą osobą oraz bez zrobienia jakichkolwiek badań wypisać świadectwo lekarskie dla osoby A. Same najgorsze rzeczy. Osoba A poszła do pewnej państwowej instytucji i dostała kilkadziesiąt tysięcy na rehabilitację oraz inne cele. Musi się z tych pieniędzy rozliczyć. Jeżeli nie wyda wszystkiego musi zwrócić resztę. Aby się rozliczyć musi jedynie napisać oświadczenie, że wszystko wydała na określone rzeczy (w tym głównie leczenie). Oświadczenie napisała, wysłała pocztą i koniec przygody. Tylko jest jeden mały szkopuł. Osoba na określone cele wydała kilka tysięcy, a resztę zgarnęła dla siebie.
Nie mam nic przeciwko chorym ludziom, którym należy się pomoc, ale wiem:
po 1., że wiele chorób da się wyleczyć bez służby zdrowia i dodatkowych pieniędzy!
po 2. jest to wobec mnie nieuczciwe, że płacę podatki, żeby budować Polskę, bo w nią wierzę, a nieuczciwi ludzie tak robią. Czy oni nie czują się polakami?
Co sądzicie o hipochondrii i tym co napisałam? Czy tylko ja chciałabym żyć w pięknym, rozwijającym się kraju z uczciwymi i miłymi ludźmi bez takich sytuacji?
piątek, 3 sierpnia 2012
Mini i konsekwencje konsumpcjonizmu
Miałam pisać o badaniach, lekarzach, służbie zdrowia i surowym jedzeniu.
Mój dr wziął dzień wolnego, a wszystko z tym związane przesuwa się o co najmniej 4 dni. NFZ ma przecież weekend.
Zmieniam zatem na moment temat.
Od paru miesięcy próbuję sobie ułożyć życie w nowym mieście ze świeżym spojrzeniem na rzeczywistość. A ponieważ dużo czytam w ręce wpadł mi artykuł o minimalistycznym podejściu do rzeczy. Zafascynowana tym napisałam maila do znajomego, który jak się okazało przysłał mi rewelacyjne linki, ale zupełni inne niż się spodziewałam. Urodziły się dzięki temu dwa wątki, mój i jego. I o nich napiszę.
Najpierw ten drugi:)
Domy. Mieszkania. Ludzie biorą kredyty na 30 lat, żeby mieć 3,4,5, wiele pokoi. Nie chcą 40 m, chcą 150. Budują domy, żeby mieć 200, 300. Zarzynają się w pracy, żeby urządzić całość, bo tyle przestrzeni musi mieć meble i inne gadżety. Potem mają wylew, zawał, raka albo inną chorobę. A wszystko ze stresów, że się straci ten wymarzony dom, a kredyt wisi nad człowiekiem. I Pytam się po co??
Rozumiem to poniekąd. Też chciałabym mieszkać na swoim, ale nie uważam, że to wszystko musi być wielkie i z przepychem. Doszłam do wniosku, że surowe wnętrza też są piękne i skoro nie mam wieloosobowej rodziny to metraż nie jest taki ważny.
Oczywiście są ludzie, którzy przesadzają w drugą stronę. Pewnie mają jakieś powody, ale do mnie jeszcze nie dotarły.
Poniżej ciekawy link. Wydaje mi się, że bardziej w formie eksperymentu lub dla osób opisanych w tym artykule.
Bo przesadza nie jest wskazana w żadną stronę.
http://bryla.gazetadom.pl/bryla/1,85298,4871922.html
A druga sprawa, która stała się dla mnie motywacją. Artykuł z gazety. Niby nic, a jednak coś wielkiego.
Minimalistyczne podejście do gromadzonego dobra. Nie przychylam się do nieposiadania niczego, ale obecny konsumpcjonizm mnie przeraża. Ciągłe promocje w sklepach i namowy reklam, że musisz to mieć. A wcale nie musisz!
Nie uważam, że mam mało rzeczy. Wręcz zaczęłam je segregować i jest ich trochę. Ale dochodzę do wniosku, że wiele z nich związanych jest z moim zawodem, a że część pracy wykonuję w domu ułatwia mi to życie i ratuje wiele sytuacji.
Pozostałych nie jest jeszcze tak dużo żeby się martwić. Mimo to postanowiłam wszystko przegrzebać i pomyśleć nieco nad gromadzonymi dobrami. Jestem nadal w trakcie. Doszłam już jednak do pewnych wniosków. Zdarza mi się kupować kompulsywnie. I mimo, że rzeczy do oddania mam zaledwie kilka, a ostatecznie myślę, że kilkanaście to jednak przychodzi refleksja nad tym co się dzieje na świecie. Kupujemy na potęgę, chwilę korzystamy i bez skrupułów wywalamy. Nie da się tego inaczej nazwać. Często są to rzeczy, które "działają". Nadają się, żeby nadal ich używać! A mimo to musimy posiadać nowszy model:/
Ostatecznie po nitce do kłębka dochodzę do ekologii i ilości odpadów na Ziemi. 100 lat temu było to nie do pomyślenia co się dzieje dzisiaj. Są kraje jak Szwecja, które 90% swoich odpadów w jakiś sposób przetwarzają,a nie gromadzą na wysypiskach. Tam nawet z jedzenia robi się biogaz i ogrzewa mieszkania. Tam nawet ciepła woda ze zlewu trafia do specjalnego urządzenia, które wykorzystuje tą temperaturę (ok 18st.) do wytwarza energię.
U nas ludziom nie chce się wynieść makulatury o innych odpadach już nie wspominając.
Wydawałoby się to takie trudne, a jest szalenie proste.
Mam znajomą rodzinę mieszkającą na obrzeżach miasta. Hodują kury, mają kompostownik. Wszystkie moje "stołowe resztki" trafiają do drugiego kosza i są wywożone do kur. Suchy chleb wisi w worku na oknie. Plastikowe butelki wywożę do pracy. Szefowa je potrzebuje do ponownego użycia. Kosz do makulatury mam 35 km od domu, ale jak tam jadę to biorę siatkę gazet na ramie i nie narzekam. Po ostatnim przeglądaniu moich rzeczy uzbierała się druga. Byłam w szoku.
Nawet nie wiemy jak wiele niepotrzebnie gromadzimy.
A ciuchy.
A ciuchy na koty. Wiele ludzi organizuje akcje dla schronisk. Zbierają ubrania w dobrym stanie i za kilka złotych sprzedają na aukcjach. Pieniądze idą na zwierzęta.
I tak trudno nie gromadzić? Nawet jeżeli mamy za dużo to usiądźmy i pomyślmy. Może za którymś razem dojrzejemy, żeby oddać nasze książki, ubrania lub inne gadżety komuś innemu. Oczyści to nie tylko nasze mieszkanie, ale i głowę.
Z uściskami dla naszej kochanej Ziemi <3
DorotaM
Mój dr wziął dzień wolnego, a wszystko z tym związane przesuwa się o co najmniej 4 dni. NFZ ma przecież weekend.
Zmieniam zatem na moment temat.
Od paru miesięcy próbuję sobie ułożyć życie w nowym mieście ze świeżym spojrzeniem na rzeczywistość. A ponieważ dużo czytam w ręce wpadł mi artykuł o minimalistycznym podejściu do rzeczy. Zafascynowana tym napisałam maila do znajomego, który jak się okazało przysłał mi rewelacyjne linki, ale zupełni inne niż się spodziewałam. Urodziły się dzięki temu dwa wątki, mój i jego. I o nich napiszę.
Najpierw ten drugi:)
Domy. Mieszkania. Ludzie biorą kredyty na 30 lat, żeby mieć 3,4,5, wiele pokoi. Nie chcą 40 m, chcą 150. Budują domy, żeby mieć 200, 300. Zarzynają się w pracy, żeby urządzić całość, bo tyle przestrzeni musi mieć meble i inne gadżety. Potem mają wylew, zawał, raka albo inną chorobę. A wszystko ze stresów, że się straci ten wymarzony dom, a kredyt wisi nad człowiekiem. I Pytam się po co??
Rozumiem to poniekąd. Też chciałabym mieszkać na swoim, ale nie uważam, że to wszystko musi być wielkie i z przepychem. Doszłam do wniosku, że surowe wnętrza też są piękne i skoro nie mam wieloosobowej rodziny to metraż nie jest taki ważny.
Oczywiście są ludzie, którzy przesadzają w drugą stronę. Pewnie mają jakieś powody, ale do mnie jeszcze nie dotarły.
Poniżej ciekawy link. Wydaje mi się, że bardziej w formie eksperymentu lub dla osób opisanych w tym artykule.
Bo przesadza nie jest wskazana w żadną stronę.
http://bryla.gazetadom.pl/bryla/1,85298,4871922.html
A druga sprawa, która stała się dla mnie motywacją. Artykuł z gazety. Niby nic, a jednak coś wielkiego.
Minimalistyczne podejście do gromadzonego dobra. Nie przychylam się do nieposiadania niczego, ale obecny konsumpcjonizm mnie przeraża. Ciągłe promocje w sklepach i namowy reklam, że musisz to mieć. A wcale nie musisz!
Nie uważam, że mam mało rzeczy. Wręcz zaczęłam je segregować i jest ich trochę. Ale dochodzę do wniosku, że wiele z nich związanych jest z moim zawodem, a że część pracy wykonuję w domu ułatwia mi to życie i ratuje wiele sytuacji.
Pozostałych nie jest jeszcze tak dużo żeby się martwić. Mimo to postanowiłam wszystko przegrzebać i pomyśleć nieco nad gromadzonymi dobrami. Jestem nadal w trakcie. Doszłam już jednak do pewnych wniosków. Zdarza mi się kupować kompulsywnie. I mimo, że rzeczy do oddania mam zaledwie kilka, a ostatecznie myślę, że kilkanaście to jednak przychodzi refleksja nad tym co się dzieje na świecie. Kupujemy na potęgę, chwilę korzystamy i bez skrupułów wywalamy. Nie da się tego inaczej nazwać. Często są to rzeczy, które "działają". Nadają się, żeby nadal ich używać! A mimo to musimy posiadać nowszy model:/
Ostatecznie po nitce do kłębka dochodzę do ekologii i ilości odpadów na Ziemi. 100 lat temu było to nie do pomyślenia co się dzieje dzisiaj. Są kraje jak Szwecja, które 90% swoich odpadów w jakiś sposób przetwarzają,a nie gromadzą na wysypiskach. Tam nawet z jedzenia robi się biogaz i ogrzewa mieszkania. Tam nawet ciepła woda ze zlewu trafia do specjalnego urządzenia, które wykorzystuje tą temperaturę (ok 18st.) do wytwarza energię.
U nas ludziom nie chce się wynieść makulatury o innych odpadach już nie wspominając.
Wydawałoby się to takie trudne, a jest szalenie proste.
Mam znajomą rodzinę mieszkającą na obrzeżach miasta. Hodują kury, mają kompostownik. Wszystkie moje "stołowe resztki" trafiają do drugiego kosza i są wywożone do kur. Suchy chleb wisi w worku na oknie. Plastikowe butelki wywożę do pracy. Szefowa je potrzebuje do ponownego użycia. Kosz do makulatury mam 35 km od domu, ale jak tam jadę to biorę siatkę gazet na ramie i nie narzekam. Po ostatnim przeglądaniu moich rzeczy uzbierała się druga. Byłam w szoku.
Nawet nie wiemy jak wiele niepotrzebnie gromadzimy.
A ciuchy.
A ciuchy na koty. Wiele ludzi organizuje akcje dla schronisk. Zbierają ubrania w dobrym stanie i za kilka złotych sprzedają na aukcjach. Pieniądze idą na zwierzęta.
I tak trudno nie gromadzić? Nawet jeżeli mamy za dużo to usiądźmy i pomyślmy. Może za którymś razem dojrzejemy, żeby oddać nasze książki, ubrania lub inne gadżety komuś innemu. Oczyści to nie tylko nasze mieszkanie, ale i głowę.
Z uściskami dla naszej kochanej Ziemi <3
DorotaM
czwartek, 2 sierpnia 2012
Przychodzi zdrowy człowiek do chorej przychodni NFZ cz. I
W jednym z moich miejsc pracy (gdzie jest 5 osób) usłyszałam, że dostanę 1/8 etatu. Podobnie jedna z koleżanek. Pozostałe osoby będą miały przedłużone zlecenie. My we dwie musimy zrobić z tego zaszczytnego tytułu "umowa o pracę" badania epidemiologiczno jakieś tam. No bo praca z dziećmi, a dzieci jak są wiele godzin poza domem to jedzą. Ja nie będę miała kontaktu z ich posiłkami, ale badania muszę zrobić. Dziewczyny na zleceniu będą im podawały posiłki, ale przecież zlecenie to nie praca, więc mogą być chore i nikt tego nie sprawdzi. Zdziwiło mnie to, potem zdenerwowało, aż w końcu ręce mi do ziemi opadły. Ostatecznie odpuściłam sobie.
Poszłam do domu, ochłonęłam i postanowiłam zapomnieć. Wpadł mi za to do głowy inny, zaskakujący pomysł. Jak już chodzę po lekarzach to zrobię sobie badania. Nie robiłam nic takiego 8 lat. Najwyższy czas. Mam sympatycznego lekarza ogólnego i wybrałam odpowiedni dzień, żeby uniknąć porannych kolejek od 5 rano (ciekawe, że oni wszyscy mają siłę tak stać 3 h w tych kolejkach, a potem kolejne godziny przed gabinetem. Trzeba mieć niezłe zdrowie, żeby to wytrzymać ;P).
Rozmowa trwała około 10 minut. Opowiedziałam mu o niejedzeniu mięsa od roku i o bardzo sporadycznym spożywaniu produktów odzwierzęcych, co i tak chcę całkowicie wyeliminować. Dowiedziałam się zaskakujących rzeczy i muszę to ogłosić światu:
Nie trzeba od razu iść robić badania na B12. Podstawowe badanie krwi może nam wiele powiedzieć. Jeżeli brakuje nam B12 to krwinki będą miały inną objętość, będą nieprawidłowo małe.
Żelazo: można wykryć przez nieprawidłową gęstość krwinek.
Jedynie wit. D nie da się zbadać w ten sposób, ale lekarz pytał mnie czy mam objawy braku wit. D. Po wywiadzie nie stwierdził takowych i pogratulował mi zdrowia.
Jest przekonany, że wyniki wyjdą w normie:)
Postanowiłam zatem badać się regularnie co 3-5 lat (takie normy podają lekarze dla ludzi w moim wieku i nieco starszych).
Badań wegetarian i wegan na odpowiednią skalę się nie robi i wszędzie czytam, że nic się nie dowiem.
Więc sama będę robiła badania. Nie tylko dla siebie, ale też dla innych. Jeżeli ktoś mnie zapyta jakie mam wyniki jestem skłonna je podać.
Wiem, że bardzo chaotycznie piszę, ale emocje mną dziś rządzą i energię mam podwójną. A po pobieraniu krwi nadal mi się ręce trzęsą. Ale krew mam podobno dobrą, bo ciągle mnie gryzą komary (jeden zrobił to przed chwilą).
To tyle na dziś, a reszta jutro jak laboratorium ogarnie moje cztery fiolki czerwonej cieczy!
<3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3
Poszłam do domu, ochłonęłam i postanowiłam zapomnieć. Wpadł mi za to do głowy inny, zaskakujący pomysł. Jak już chodzę po lekarzach to zrobię sobie badania. Nie robiłam nic takiego 8 lat. Najwyższy czas. Mam sympatycznego lekarza ogólnego i wybrałam odpowiedni dzień, żeby uniknąć porannych kolejek od 5 rano (ciekawe, że oni wszyscy mają siłę tak stać 3 h w tych kolejkach, a potem kolejne godziny przed gabinetem. Trzeba mieć niezłe zdrowie, żeby to wytrzymać ;P).
Rozmowa trwała około 10 minut. Opowiedziałam mu o niejedzeniu mięsa od roku i o bardzo sporadycznym spożywaniu produktów odzwierzęcych, co i tak chcę całkowicie wyeliminować. Dowiedziałam się zaskakujących rzeczy i muszę to ogłosić światu:
Nie trzeba od razu iść robić badania na B12. Podstawowe badanie krwi może nam wiele powiedzieć. Jeżeli brakuje nam B12 to krwinki będą miały inną objętość, będą nieprawidłowo małe.
Żelazo: można wykryć przez nieprawidłową gęstość krwinek.
Jedynie wit. D nie da się zbadać w ten sposób, ale lekarz pytał mnie czy mam objawy braku wit. D. Po wywiadzie nie stwierdził takowych i pogratulował mi zdrowia.
Jest przekonany, że wyniki wyjdą w normie:)
Postanowiłam zatem badać się regularnie co 3-5 lat (takie normy podają lekarze dla ludzi w moim wieku i nieco starszych).
Badań wegetarian i wegan na odpowiednią skalę się nie robi i wszędzie czytam, że nic się nie dowiem.
Więc sama będę robiła badania. Nie tylko dla siebie, ale też dla innych. Jeżeli ktoś mnie zapyta jakie mam wyniki jestem skłonna je podać.
Wiem, że bardzo chaotycznie piszę, ale emocje mną dziś rządzą i energię mam podwójną. A po pobieraniu krwi nadal mi się ręce trzęsą. Ale krew mam podobno dobrą, bo ciągle mnie gryzą komary (jeden zrobił to przed chwilą).
To tyle na dziś, a reszta jutro jak laboratorium ogarnie moje cztery fiolki czerwonej cieczy!
<3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3
Subskrybuj:
Posty (Atom)